Artykuły z 1908

W tym roku złotego jubileuszu kapłaństwa Ojca św. Piusa X nie możemy, jak pierwotnie zamierzano, podążyć w licznej pielgrzymce do stóp Namiestnika Chrystusowego. Sam Ojciec św. tego sobie nie życzy z powodu wzburzenia umysłów pomiędzy zaciekłymi nieprzyjaciółmi Kościoła w mieście Rzymie, stolicy Ojca św. Tam bezbożni wolnomularze do tego stopnia obałamucili i zepsuli część ludu, że pała nienawiścią do wszystkiego co katolickie i na ulicy lży publicznie kapłanów; to też liczniejsza pielgrzymka mogłaby być wystawioną na obelgi i zniewagi. Tak już wiecie, Najprzewielebniejszy nasz Xiądz Biskup z małą liczbą przedstawicieli naszych obu diecezji udał się jednak do Rzymu, by złożyć hołd czci i wierności dla najwyższej Głowy Kościoła, wiecie również, jak serdecznie i prawdziwie po ojcowsku Pius X przemówił do nich na posłuchaniu. Za te słowa, pełne miłości, wszystkie serca polskie zabiły żywą wdzięcznością dla Ojca św. To też, ufamy, tym milej będzie czytelnikom »Przewodnika« zapoznać się z życiem obecnego Namiestnika Chrystusowego, a to poznanie jego pięknej i ujmującej postaci przyczyni się jeszcze do wzmocnienia synowskiej miłości, jaką każdy katolik winien otaczać najwyższą Głowę Kościoła.

Miejsce rodzinne i młodość.

Miejscem rodzinnym Piusa X jest mała, ale urocza mieścina Riese, położona w północnych Włoszech, u stóp wspaniałych Alp, których szczyty widnieją w oddali. Mały domek w tym miasteczku zamieszkiwał Jan Sarto, ożeniony z Małgorzatą Sanson, szczęśliwy ojciec ośmiorga dzieci, sześciu córek i dwóch synów, z których najstarszy, Józef, obecnie nam panuje jako Pius X. Drugi syn Angelo był woźnym, a teraz jest pocztmistrzem w Gruzie. Trzy siostry poszły za mąż; jedna za krawca, druga za zakrystiana w Salzano, trzecia za właściciela skromnego hotelu w Riese; wszystkie cieszą się licznym potomstwem, z pośród którego wyróżnia się gorliwy kapłan, X. Jan Parolin, ukochany siostrzeniec Piusa X. Trzy drugie siostry Piusa X nie wyszły za mąż i dzieliły zawsze skromne jego życie, najtkliwszym otaczając go staraniem. Pełne skromności pomimo zasług niezaprzeczonych, w miarę jak brat ich wznosił się coraz wyżej w godnościach Kościoła katolickiego, nie odmieniły w niczym ani ubrania ani sposobu życia; a ostateczne jego wyniesienie na stolicę Piotrową napełniło ich serca nie dumą, ale niekłamanym smutkiem z powodu ciężkiej odpowiedzialności najwyższego w Kościele stanowiska.

Jak więc widzimy cała rodzina Piusa X, czy w starszej, czy w młodszej generacji, to prości, skromni pracownicy, przeważnie na roli, ale jakże dobrzy i zacni to ludzie, prawi chrześcijanie, wzorowi rodzice. Podziwiać tu należy zrządzenie Opatrzności, która obecnego Ojca św. wybrała z pośród tak licznej, a skromnej rodziny. Dowód to najlepszy, że kolegium kardynalskie zważa na zasługi, a nie na urodzenie tego, komu godność tę powierza. Wobec namiętnej żądzy wyniesienia się, zdobycia dla siebie i swych dzieci coraz wyższego stanowiska, żądzy, która nigdy w tym stopniu co dotąd nie dręczyła wszelkich warstw społecznych, opatrznościowym jest również zwrócenie wzroku całej ziemi na spokojne i uśmiechnięte oblicze tego najwyższego pasterza dusz, który spełniał tylko zawsze gorliwie swe obowiązki, a nie starał się, ani ubiegał się o żadną w świecie godność, czy dla siebie, czy dla swoich. Wielka to dla nas nauka, i wskazówka jak te dążenia uszlachetniać i czynić je prawdziwie chrześcijańskimi. Nadto przez wybór Piusa X połączył Pan Bóg nowym, silniejszym węzłem władzę z ludem, okazał, że braterstwo wszelkich klas wedle obietnicy Chrystusowej nie jest w chrześcijaństwie niedościgłym ideałem, ale istotną rzeczywistością.

Pius X urodził się w Riese 2 czerwca 1835 roku. Ojciec jego, Jan Sarto, był właścicielem maleńkiego domku i kawałka roli, prawie bez żadnej wartości, to też główne jego utrzymanie stanowił urząd listowego, urząd mało płatny, a jednak pozwolił mu on wyżywić i wychować ośmioro dzieci. Prawdziwie religijny, Jan Sarto sam uczył dzieci swe zasad wiary św., w czym mu pilnie dopomagała żona jego, Małgorzata. Dzielna to była niewiasta: nie zaniedbując domowych zajęć, umiała jeszcze czas znaleźć na szycie sukien wieśniaczkom, a zarobkiem stąd osiągniętym dopomagała do załatania niejednej dziury w ubogim gospodarstwie. W r. 1852, gdy śmierć nielitosna zabrała jej męża a ojca rodzinie, odważnie wzięła w dłonie ster domu. Józef liczył wówczas lat siedemnaście i był uczniem filozofii w seminarium w Padwie. Jako najstarszy z dzieci byłby się bardzo przydał; przerwanie zatem nauk i powrót jego do domu zdawał się niejako konieczny. Ale matka nie zawahała się ani na chwilę; kazała mu kończyć nauki, a na swe barki podjęła cały ciężar wyżywienia drobnych dzieci. Już to samo mówi, że to była niewiasta rozumna i wielkoduszna. Największą jej pochwałę stanowi gorąca miłość, jaką otaczały ją wszystkie dzieci, a zwłaszcza syn najstarszy. Nawzajem kochała go też gorąco; a jednak nie chciała zamieszkać u niego nawet i wtedy, gdy już został biskupem, bo żal jej było opuszczać miejsce rodzinne. Gdy się temu dziwiono, mówiła: »Chcę zamknąć oczy moje strudzone w tej samej zagrodzie, w której przeżyłam moją młodość.«

Jako kapłan i jako biskup Józef Sarto przyjeżdżał do starej matki i spędzał corocznie dni kilka w ubogim domku rodzinnym, a było to jego najmilsze po pracy wytchnienie. Kto wypowie uczucia tych dwóch serc kochających, a godnych siebie. Serce matki proste i pogodne, pomimo ciężkiej walki z losem; serce syna uszlachetnione jeszcze i podniesione przez naukę, przez pobożność i doświadczenie, a jednak nie mające sobie za ujmę dzielić się z matką, prostą kobietą, najwznioślejszymi myślami i poglądami.

Im więcej syn ukochany w poufnych zwierzeniach wylewał przed nią głębią swej duszy, tym więcej matka staruszka pragnęła go widzieć i nim się cieszyć, a i księdza Józefa pociągał silnie dom rodzinny; ale oboje byli zniewoleni czynić ofiarę z tych życzeń serdecznych, coraz nowe bowiem obowiązki i zajęcia krępowały swobodę gorliwego kapłana i biskupa. Obiecywał zawsze przybyć wkrótce i dłużej w Riese zabawić, ale zawsze jakaś niespodziana przeszkoda stawała mu w drodze i biedna mamusia niecierpliwiła się i wyrzekała.

Wreszcie pewnego dnia X. Sarto zawitał niespodzianie i mówi: » Tym razem zabawię cały miesiąc.«  Wielka radość dla matki, ale krótka niestety, bo sama spostrzegła, że był to właśnie 29 kwietnia, do końca miesiąca brakło dwóch dni zaledwie. W istocie po upływie tego czasu ważne obowiązki odwołały syna z domu rodzicielskiego.

Tysiączne anegdotki krążą we Włoszech o tych poufnych rozmowach matki z synem, a wszystkie malują ich szlachetny sposób myślenia. Przytaczamy tu choć jedną z wielu.

Po swym wyświęceniu na biskupa Mantui, gdy X. Sarto ujrzał matkę, rzekł jej, pokazując swój pierścień biskupi:

— Patrz, mateczko, Jaki piękny pierścień mi dano.

A stara matka uśmiechnęła się i spojrzała na syna wzrokiem, który mówił o przebytych cierpieniach, o trudach, dla dzieci podjętych, a pokazując mu nawzajem na lewym palcu ślubną obrączkę, wąską i przez lata zużytą, odrzekła:

— Piękny bardzo twój pierścień, synku mój drogi; ale bez tej obrączki nie miałbyś tego błyszczącego pierścienia.

Szczęśliwa matka jeszcze przed śmiercią oglądała syna kardynałem i była nawet na publicznym konsystorzu, na którym otrzymał kapelusz kardynalski; następnie Ojciec św. Leon XIII raczył ją przyjąć na prywatnej audiencji w czerwcu 1893 roku. Nie przeczuwała wtedy, że przedostatni już raz w życiu ogląda ukochanego syna; umarła 2 lutego następnego roku, a on nie zdążył przybyć na czas do jej łoża. Kardynał Sarto był niepocieszony, że nie pożegnał przed śmiercią ukochanej matki, której wszystko zawdzięczał; długo bardzo nie mógł przeboleć tej straty bolesnej.

Zanim opuścimy Riese, by podążyć śladami Józefa Sarto, przypatrzmy się jeszcze rodzinnemu jego gniazdu; Wszystko tam jeszcze mówi o najwyższym Pasterzu naszego Kościoła, o jego młodości spędzonej pośród ubogiej, ale chrześcijańskiej prawdziwie rodziny. Do dziś kwitnie tam ta sama prostota obyczajów, ta sama uczciwość i pobożność.

Dom rodziny Sarto, niedawno odnowiony, wznosi się w pobliżu kościoła, a nie wyróżnia się niczym od wielu innych, równie ubogich. Otoczony maleńkim ogródkiem, obrosły zielenią, składa się z parteru i jednego piętra. Każde o czterech oknach z frontu. Sień wchodowa dzieli parter na dwie części: na prawo znajduje się kuchnia, błyszcząca od czystości, ale naczynia porządnie poustawiane, są przeważnie z prostej gliny; na lewo pokój, skromnie bardzo umeblowany, odpowiednio do skromnych wymagań rodziny. Z kuchni wąskie schody prowadzą na pięterko, podzielone na cztery pokoiki, z których jeden, obecnie nie zamieszkany, był sypialnym pokojem Ojca św. Łóżko, stół niewielki, skromna umywalnia i komoda, na której stoi krucyfiks, to całe bogactwo tej izdebki, mającej pięć kroków długości i szerokości. Mury wapnem bielone, na ścianie spostrzegamy jeden tylko obraz Matki Najświętszej, ale to ubóstwo i ta prostota jakże wymownie przemawiają do naszego serca.

Inne pokoje niemniej ubogie; rodzina Ojca św. zamieszkująca dotąd w Riese, pomimo niezwykłego wyniesienia swego krewnego w niczym nie zmieniła prostego trybu życia; cechuje ją ta sama co dawniej skromność i uprzejmość.

Kościół parafialny w Riese nie odznacza się niczym nadzwyczajnym, a jednak Pius X ukochał go całym sercem. Tam odprawił swą pierwszą Mszę św., a jako kardynał znaczną sumą przyczynił się do jego odnowienia. Niemniej też jest przywiązany do starożytnej kapliczki, poświęconej Najśw. Pannie, a wznoszącej się po za miasteczkiem wśród pola. Jan Sarto co niedzielę wieczorem zwykł był tam syna prowadzić, a później ksiądz Józef sam już spieszył do tego przybytku Maryi, by gorącą do niej zanieść modlitwę. Ilekroć przybył do Riese jako kapłan i jako biskup, nie zapomniał nawiedzić ukochanej kaplicy.

Młodzieńcze lata Józefa Sarto.

W Riese znajduje się tylko szkółka przygotowawcza. Józef Sarto odwiedzał ją zrazu i wyróżniał się z pośród małych współtowarzyszy wzorowym zachowaniem, pilnością i bystrością umysłu. Ojciec, widząc jego niezwykle do nauki zdolności, posyłał go następnie do szkoły w Castelfranco, miasta o siedem kilometrów od Riese oddalonego. Drogę tę chłopczyna przebywał co rano pieszo, nie ustraszony ani zimnem, ani upałem; w koszyczku niósł swój obiad ubogi, składający się często z suchego kawałka chleba. Wracał wieczorem zgłodniały, zmęczony, ale nazajutrz odważnie spieszył znowu i tak codziennie przez cale cztery lata. W pierwszym zaraz roku odznaczył się wielką pilnością i żądzą wiedzy, to też już wtedy przepowiadano mu świetną przyszłość. Pociągał również wszystkich miłą powierzchownością i uprzejmością niezmierną; wybitnym jego przymiotem była niczym nie zamącona słodycz charakteru, połączona z wielką żywością umysłu. Ówczesny proboszcz w Riese, X. Fusarini, poznawszy bliżej Józefa, gdy go przygotowywał do pierwszej Komunii św., pokochał go i zajął się nim prawdziwie po ojcowsku. Nic tylko zachęcał do dalszej nauki, ale sam mu udzielał początków łaciny, a chłopiec gorliwie przykładał się do pracy, i już po roku zdał świetny egzamin i został przyjęty do małego seminarium w Treviso, a nawet podług ogólnego we Włoszech zwyczaju otrzymał wkrótce, bo 1850 roku sutannę i tonsurę. Przyszłe jego powołanie kapłańskie zostało w ten sposób ustalone, choć rodzice z pewnym niepokojem spoglądali w przyszłość: wszakże tak bardzo byli ubodzy. Kto opłaci długie lata nauki? pytali zatrwożeni. A gdy ojciec zamknął oczy przedwcześnie, troska stała się tym większą. Wtedy ksiądz proboszcz pospieszył z pomocą ukochanemu uczniowi.

— Wasz syn to anioł prawdziwy, rzekł do zasmuconej matki, — wespół z aniołami winien się poświęcić służbie Bożej.

Polecił chłopca patriarsze Wenecji, kardynałowi Monico i wyrobił mu bezpłatne miejsce w seminarium w Padwie. Józef Sarto miał wówczas lat 14, a pozostał tam całe lat dziewięć aż do 23 roku życia, czas najważniejszy, decydujący o całej przyszłości bo słusznie mówi stare nasze przysłowie: Czym się skorupka za młodu napije, tym na starość trąci.

W aktach seminarium przechowane są najchlubniejsze świadectwa młodego Sarto: celował zawsze nauką i życiem wzorowym, co roku zbierając nagrody. W r. 1858 otrzymał święcenie kapłańskie z rąk biskupa Trewizy księdza Farina. Nazajutrz ze skupieniem wielkim odprawił pierwszą Mszę św., a w kilka dni później mianowany został wikariuszem w Tombolo.

Pierwsze osiemnaście lat kapłaństwa księdza Sarto.

Tombolo, pierwsze pole działania księdza Sarto, jest to znaczniejsza osada w okolicy Trewizy. Proboszcz jej Constantini, chorował od dawna, to też ksiądz Sario był raczej administratorem aniżeli wikariuszem. W proboszczu swym, człowieku uczonym i świętobliwym, znalazł prawdziwego ojca i kierownika.

— Więcej nauczyłem się od niego, — mawiał X. Sarto, — aniżeli przez cały czas pobytu w seminarium.

Młody wikary najczulszym staraniem otaczał tego starca, zupełnie bezwładnego; oddawał mu tysiączne przysługi, czuwał nad nim po nocach, odgadywał życzenia, słuchał jak syn najlepszy. A nawzajem X. Constantini udzielał mu chętnie skarbów swej wiedzy, twierdząc, że choć w ten sposób spłaca dług wdzięczności.

Sarto już od pierwszych lat swego duszpasterstwa okazywał wybitny talent kaznodziejski. Stary X. proboszcz będący i w tym dobrym sędzią, zainteresował się jego powodzeniem i zażądał, by mu odczytał kazanie, które miał wygłosić w kościele katedralnym w Trewizo. Ta pierwsza jednak próba nie odpowiadała późniejszym, pięknym przemówieniom X. Sarto; było to dzieło młodości, w którym dbał więcej o piękność stylu aniżeli o głębokość myśli. X. Constantini tyle poprawiał i przekreślał, aż wreszcie z kazania nic nie pozostało, trzeba je było na nowo napisać. Młody wikary z całą pokorą przyjął tę krytykę i dużo z nauki skorzystał.

Daru wymowy, danego mu przez Boga, całym sercem używał na świętą Jego chwałę. Miewał kazania nie tylko w swoim kościele, ale i w okolicznych parafiach; stał się prawdziwym apostołem miejscowego ludu, bardzo ciemnego i prostaczego. I w późniejszych latach, jako biskup i kardynał, Xiądz Sarto lubił przemawiać przy lada okazji. W iluż to skromnych kościołach, w ilu wioskach, od świata nieznanych, rozbrzmiewał słodki głos jego prosto do duszy idący; wieleż to serc poruszył, pocieszył, uleczył! Z największą łatwością mówił choć nie przygotowany, a każde jego przemówienie było pełno ognia, słodyczy i myśli głębokich. Ale do tej doskonałości doszedł dopiero dzięki wytrwałej i upilnuj pracy.

Ksiądz Józef Sarto nie poprzestawał na nauczaniu z ambony swych parafian, ale wszelkimi sposobami usiłował pozyskać ich serca, by je do Boga prowadzić. Ludność w Tombolo składa się przeważnie z drobnych kupców i handlarzy; ludzi dobrego serca, ale skorych do kłótni. Pokochali oni wkrótce swego wikarego, tak młodego, a pełnego świętej powagi. Czyż nie był wszystkim dla wszystkich na wzór Boskiego swego Mistrza, czyż nie zajmował się najchętniej maluczkimi i ubogimi! Miłując swe owieczki i bliżej z nimi obcując, czerpał on coraz to nowe światło i coraz większą zachętę do pracy nad trzodą sobie powierzoną. Ale co za boleść dla gorliwego kapłana, gdy spostrzegał, że praca jego nie wydaje oczekiwanych owoców, wtedy trudno mu było powstrzymać przyrodzoną żywość i porywczość, jak o tym świadczy następujące zdarzenie:

Pewnego dnia kilku młodych ludzi od lat 20 do 25 zatrzymało się tuż przy ogrodzie probostwa, a ich ożywiona rozmowa zamieniła się wkrótce w sprzeczkę tak gwałtowną, że aż jeden z nich kląć zaczął. Ale nie domówił jeszcze rozpoczętego zdania, gdy jakaś dłoń silna wymierzyła mu głośny policzek. To ksiądz Józef Sarto przechadzał się właśnie w ogrodzie, a posłyszawszy słowa bluźniercze, ujął się za swym Bogiem i Panem i bluźniercy dobrą dał nauczkę. Nikt mu tego zresztą nie wziął za złe, ani go też mniej nie szanował, wiedziano bowiem, że żywa wiara i gorąca miłość młodego pokolenia wywoływała te wybuchy porywczości. Dziś jeszcze niejedni mieszkańcy Tombolo szczycą się, że za młodu odebrali takie dotkliwe upomnienia; byli, jak mówią bierzmowani przez X. Józefa.

Ale też jak ich kochał, jak się troszczył o ich potrzeby. Spostrzegłszy, że wielu starszych nawet parafian nie umie czytać ani rachować, otworzył dla nich bezpłatną szkołę wieczorną, i sam był w niej nauczycielem. Obok czytania i pisania uczył tam śpiewu gregoriańskiego, który tak bardzo lubi i w nim celuje, a później, zasiadłszy na stolicy Piotrowej, będzie usiłował dawną przywrócić mu piękność.

Mieszkańcy Tombolo zachowują dotąd w żywej a wdzięcznej pamięci dobroć serca swego wikarego, a cuda opowiadają o jego miłosierdziu. Nic dla siebie nie umiał zatrzymać, poprzestawał na jadle najskromniejszym, miał zaledwie ściśle potrzebne odzienie, a resztę oddawał ubogim, którym nic nie umiał odmówić. Wiedzieli oni o tym i nieraz nadużywali jego dobroci; gdy wychodził z kościoła po odprawionym chrzcie lub pogrzebie, czekali już na niego i póty prosili, aż mu wyłudzili te kilka otrzymanych groszy. — Nic też dziwnego, że dawni parafianie ukochali go całym sercem, a on też ich nawzajem miłował. Będąc już biskupem, spotkał raz na dworcu w Padwie kilku kupców z Tombolo; ci gdy go tylko ujrzeli, otoczyli go, wołając radośnie: »Ksiądz Józef, ksiądz Józef! A on spotkaniem nie mniej uradowany, dobroć swą dla nich posunął tak daleko, że aż wsiadł z nimi do trzeciej klasy, by razem drogę odbyć i porozmawiać swobodnie, czym tych prostych ludzi do łez rozczulił.

Trzeba też było widzieć radość mieszkańców Tombolo, gdy się dowiedzieli, że dawny ich wikary został obrany papieżem.

— Czy to aby prawda? Czy nas nie łudzicie? — pytali.

A upewnieni, że tak jest istotnie, porzucili swe stragany, swój towar cały, i pobiegli zwiastować innym radosną nowinę.

— Cieszymy się, jakbyśmy wygrali wielki los na loterii, — wołali uradowani.

Tak to lata nie zatarły w sercu tych poczciwych ludzi wspomnienia świątobliwego kapłana, który ich ukochał i do Boga prowadził.

Tymczasem nad domem rodzinnym X. Sarto w Riese zawisł cień smutku i niedoli. Młodszy brat X. Józefa został w r. 1859 powołany w szeregi walczących, a tym samym rodzina pozbawiona podpory. X. Józef wziął do siebie dwie siostry, ale to niewiele pomogło; kłopoty pieniężne stawały się coraz cięższe, i biedna Małgorzato Sarto była zniewolona sprzedać trzy hektary ziemi, które otrzymała w posagu. — Trzeba znać przywiązanie do ziemi ludzi na niej wzrosłych, aby pojąć doniosłość ofiary; gdy ksiądz Józef przybył do Riese, by sprawę tę załatwić, znalazł matkę stroskaną bardzo o przyszłość swych dzieci.

Co poczniemy, — mówiła, — teraz, gdy już nie posiadamy ani kawałka ziemi.

Nie troszcz się matko, droga, — odrzekł jej; — Bóg wszystko wie i wszystko przewidział; nie opuści tych, którzy w nim nadzieję położyli.

Sam też nie ugiął się ani na chwilę pośród tych doświadczeń i trudności; szedł śmiało naprzód z oczyma do nieba podniesionemu Spokojnym i panem siebie pozostał również wobec ówczesnych wstrząśnie» politycznych. Wenecja, wraz z północną częścią Włoch pozostającą wtedy pod panowaniem Austrii, w roku 1865 r. stała przyłączona do państwa włoskiego, co ogólny wywołało entuzjazm. Ale już wtedy sekta wolnomularska działała skrycie i wielu uczciwych łudzi pochwyciła w swe sieci, później dopiero odsłaniając wrogie swe dla Kościoła usposobienie. Ksiądz Sarto pomimo lat młodych nie dał się unieść nadmiernemu zapałowi; dobry zawsze patriota dawał przykład cnót, które powinny zdobić kapłana w trudnych i niepewnych chwilach.

Mimo, że pilnie unikał rozgłosu i nie przechwalał się owocami swej działalności misjonarskiej, wyższa władza kościelna umiała ocenić jego zasługi. Po dziewięcioletnim pobycie w Tombolo r. 1867 mianowany został proboszczem w Salzano, miasteczku położonym pomiędzy Padwą a Wenecją. Spędził tam również łat dziewięć, cały oddany służbie Bożej; siał dalej nasienie dobre, przynoszące owoc na żywot wieczny. Plebania w Salzano stała się wkrótce środowiskiem całej parafii: tam powoływano do życia coraz to nowe dzieła miłosierdzia, tam spieszył każdy w smutku czy radości, wiedząc, że dobry pasterz jest na usługi wszystkich bez wyjątku; zarówno uprzejmy dla bogatych jak i dla ubogich, dla katolików i dla innowierców. Podziwiać nam zwłaszcza należy wielką roztropność, jakiej dowody dawał zawsze na tom trudnym stanowisku. Miłosierdzie jego znalazło też szerokie pole działania, a chociaż dochody miał znaczne, rozdawał wszystko do ostatniego grosza, i słudzy czuwać musieli, by dla niego samego choć trochę pozostało; wkrótce trzeba było nawet sprzedać lichego konika, jedyny zbytek, na który sobie zrazu pozwolił.

Poprzednik jego, X. Bosa, umierając zapisał parafii osiem tysięcy lirów na uposażenie i utrzymanie szpitala. Ksiądz Sarto był zniewolony przeprowadzić długi proces, zanim sumę tę otrzymał od spadkobierców, a gdy już wszystko było załatwione, spostrzegł, że dochody nie wystarczały i chorzy długo nieraz czekali za przyjęciom. Czule serce księdza Sarto nie mogło na to pozwolić; sam dawał, co mógł, żebrał, zabiegał tak długo, aż uzbierał sumę potrzebną do powiększenia szpitala. Chorzy mieli zapewnioną opiekę, ale ksiądz Sarto zadłużył się dla nich wspaniałomyślnie, i często na probostwie nie było złamanego szeląga.

Raz gdy przyszedł poborca podatkowy, ksiądz proboszcz nie miał się z czego uiścić; biegnie więc do sióstr swoich, ale i one puste pokazują mu sakiewki; nie było innej rady jak zastawić pierścień, który proboszczowie w Salzano mają prawo nosić. Innym razem pewien zakonnik, wezwany do Salzano dla dawania rekolekcji, spostrzegł na podwórzu probostwa wielki stos drzewa, był to zapas zwieziony na zimę. Nazajutrz stos znacznie zmalał; po dwóch dniach była go zaledwie połowa, a nie minął tydzień, gdy znikł zupełnie. Zdziwiony kaznodzieja, przy okazji zagadnął księdza Sarto:

Cóż to, księże proboszczu, zrobiłeś z twym zapasem drzewa? Czyś je sprzedał?

Nie odrzekł ksiądz Sarto, — rozdałem ubogim. Tylu z nich nie ma przy czym się ogrzać

A ty sam co poczniesz?

O to najmniejsza: ja mogę się obyć bez palenia w piecu.

Wobec takiej dobroci nic dziwnego, że mieszkańcy Salzano dotąd jeszcze wspominają swego księdza proboszcza, jego miłosierdzie, gorliwość i dar wymowy Wzdłuż i wszerz przebiegał on swą obszerną parafię, nawiedzając ubogich i chorych. Dziesięć do dwunastu godzin dziennie na to przeznaczał. A cóż dopiero powiedzieć o jego poświęceniu podczas epidemii cholery, jaka nawiedziła parafię. Dwaj wikariusze zasłabli i nie mogli mu być pomocą, sam więc został na posterunku, dokonując cudów miłosierdzia. Ale też We dnie i w nocy był czynny, od ust własnych odejmował pożywienie, by je dać potrzebującym, długie godziny spędzał u łoża chorych; nie tylko duchową dawał im pomoc, ale i najniższe spełniał usługi, służąc im ze czcią jakby dzieciom królewskim. Bo czyż to nie były dzieci Jezusa Chrystusa, pieczy jego powierzone!

Umarłych podczas epidemii chowano poza osadą na cmentarzu dla cholerycznych, a choć to było daleko, ksiądz Sarto znalazł zawsze czas na towarzyszenie pogrzebom, które w nocy odbywano. Pewnego razu gdy pochód żałobny miał wyruszyć, okazało się, że jeden z ludzi, przeznaczonych do niesienia trumny, na odwagę tak gorliwie zaglądał do kieliszka, że nie mógł utrzymać się na nogach. Ksiądz Sarto oburzony do żywego, uchwycił go za ramię i odepchnął na stronę, mówiąc: »Idź precz! Niegodzien jesteś grzebać umarłych.« Pijak odszedł jak niepyszny, ale nikt go nie chciał zastąpić, tak wielką była obawa zarazy. Co tu począć? Nie namyślając się długo, ksiądz Sarto odmówił zwykłe modlitwy, a następnie jak był, w komży i stule, uchwycił za nosze i poniósł trumnę aż na cmentarz, po drodze odmawiając psalmy za umarłych.

W Salzano podobnie jak w Tombolo ksiądz Sarto lubił przestawać ze swymi drogimi parafianami, lubił uczestniczyć w ich niewinnych rozrywkach, bo wtedy miał najlepszą sposobność powiedzieć im jakie dobre słówko.

Tak to po cichu i nieznacznie ten kapłan mądry i roztropny pracował nad moralnym przeistoczeniem parafii, w czyn zamieniając piękne swoje hasło: »Odnowić wszystko w Chrystusie«. Pomimo wielu trudności zaprowadził stowarzyszenia katolickie, opiekę nad młodzieżą, wskrzesił bractwo Najświętszego Sakramentu, istniejące w Salzano już od r. 1400, ale zupełnie zamarłe. Zaprowadził piękne stacje drogi krzyżowej, zachęcając usilnie parafian do tego nabożeństwa; obszerną salę do nauki katechizmu na nowo odbudował, a samo się przez się rozumie, że przybytek Boży najtroskliwszą otoczył opieką. Zastał go na pół w ruinie i zupełnie odnowił, ale ile go to kosztowało ofiar i zabiegów, Bóg tylko policzył. Z wielką troskliwością zajmował się biednymi parafianami, którzy opuścili kraj swój miły i poszli w świat za chlebem. Za wszystkich stron zgłaszali się do swego proboszcza, tak że probostwo w Salzano było jakby centralnym biurem wychodźtwa.

Biskup Zinelli, wizytując parafię w Salzano, zdumiony i zachwycony był wszystkim co tam zdziałał X. Sarto; stawiał go zawsze jako wzór innym kapłanom, a rozumiejąc jak wielkie przysługi oddać może w zarządzie diecezji, mianował go 1875 r. kanonikiem przy katedrze w Trewizie.

Sarto kanonikiem w Trewizio.

Z żalem wielkim żegnany przez swych parafian, kanonik Sarto przeniósł się do Trewizy, miasta starożytnego i pełnego pięknych zabytków przeszłości. Zamieszkał w dawnym klasztorze podominikańskim, zamienionym na seminarium i ochoczo zabrał się do nowel pracy. Biskup Zinelli, zdumiony coraz więcej głęboką wiedzą, roztropnością i świątobliwością nowego kanonika, mianował go wkrótce oficjałem i coraz nowe zlewał na niego zaszczyty, pomimo, że Ks. Sarto, wiedziony prawdziwą pokorą, usiłował wymówić się od tego. Przekonany o swej nieudolności, spełniał jednak wzorowo powierzone mu obowiązki i zajaśniał jako znakomity administrator diecezji. Prócz tego był duchownym kierownikiem seminarium i przed żadnym nie cofał się trudem, byle tylko wykształcić serce i umysł przyszłych kapłanów; dla każdego z młodych kleryków stanął z największą miłością, a obok tego umiał dawać dowody potrzebnej stanowczości i surowości. Powtarzał nieraz, że od tego jakim jest duchowieństwo, jak spełnia wzniosłe swe posłannictwo, zawisło w znacznej mierze całe społeczeństwo, czy ono będzie złym, czy dobrym. Umysł ks. Sarto, wszechstronny i głęboki, pozwalał mu śledzić z bliska bieg nauk w seminarium, a nawet w razie potrzeby zastępować którego bądź z profesorów. Równie jasno wykładał teologię, filozofię, czy prawo kanoniczne.

Niemniejszą miłość i troskliwość żywił ks. Sarto dla świeckiej młodzieży. Już wtedy wychowanie młodych chłopców było bardzo spaczone: Nawet do rodzin najbardziej katolickich przeciskał się duch niewiary i bezbożności, kryjąc się pod nazwą wolności i postępu. Ksiądz Sarto, chcąc temu przeciwdziałać, urządził konferencje religijne dla uczącej się młodzieży. W niedzielę i podczas wakacji zbierał ich i wykładał im zasady wiary św., uczył obowiązków chrześcijan katolików, słowem wszelkich używał sposobów, byle tylko dusze ich młode podnieść do Boga i uszlachetnić.

Tak to na wszelkich polach pracował ks. kanonik Sarto z niczym niestrudzoną gorliwością, jak to mówią, za czterech. Od świtu do późnego wieczoru zawsze był zajęty, a jednak nadmiar trudu nie wyrywał mu z ust ani słowa skargi, ani najmniejszej oznaki zniecierpliwienia. Przeciwnie w chwilach największej trocki i udręczenia twarz jego jaśniała więcej jeszcze aniżeli zazwyczaj właściwym mu dobrotliwym uśmiechem; wtedy to sypały się z ust jego owe miłe żarty, którymi najoporniejsze podbijał serca; ta słodycz, niczym nie zmącona, to dowód najlepszy podniosłego umysłu i serca ukształtowanego na wzór Najsłodszego Serca Zbawiciela świata.

W r. 1878, gdy ks. biskup Zinelli tknięty został paraliżem, kapituła obrała ks. kanonika Sarto administratorem diecezji; zarządzał nią ku ogólnemu zadowoleniu aż do r. 1880, to jest do nominacji nowego biskupa, ks. Calligari. I ten dygnitarz Kościoła i jego  zastępca ka. Apollonio zatrzymali go w urzędzie oficjała, wiedzieli bowiem, jak pożyteczną będzie im pomoc jego i światła rada, a jak zbawienna dla całej diecezji. Ks. Sarto pozostawał więc na swym urzędzie całe lat dziewięć.

W jesieni 1884 r., gdy pewnego dnia przybył jak zwykle do sali konsystorskiej, ksiądz biskup uwiadomił go, że dotychczasowy biskup Mantui został mianowany arcybiskupem w Udino i zapytał:

A czy wiesz, kto będzie jego następcą?

Nie. Ekscelencjo — nic nie wiem.

Chodź ze mną, mam ci coś do powiedzenia.

I poszli obaj do prywatnych pokoi biskupich; ksiądz Sarto zaniepokojony, bo wzruszenie biskupa kazało mu się spodziewać nieszczęścia. Wtedy to biskup wręczył mu z wielką uprzejmością, ale i z żalem nietajonym z powodu jego utraty brewe papieskie, mianujące go biskupem Mantui.

Zaskoczony tak niespodzianie, ksiądz Sarto zbladł, upadł na krzesło, i zakrywszy twarz rękoma, płakał jak dziecko i błagał biskupa, by mu pozwolił nie przyjmować tej godności, na którą jak mówił, niczym nie zasłużył.

Ksiądz biskup uspakajał go, pocieszał i przedkładał, że trzeba mu wziąć na swe barki ten krzyż ciężki, bo łatwiej aniżeli ktokolwiek inny zdolny był go unieść. A wskazując na wizerunek ukrzyżowanego Zbawiciela, dodał:

Oto jak nas Pan Jezus umiłował i stał się posłuszny aż do śmierci.

Ksiądz Józef, ochłonąwszy z pierwszego przerażenia, uległ woli swego biskupa, którą uważał jako wolę Bożą. Westchnął tylko i wyrzekł ze zwykłą sobie jowialnością:

Jeszcze mi tego było potrzeba!

Niespodziany zaszczyt w niczym nie wpłynął na zmianę zwykłego skromnego trybu życia księdza Sarto. A gdy siostra jego żartowała, że gotów stać się dumniejszym, skoro zostanie biskupem, odrzekł na to z uśmiechem:

Ani odrobinę dumniejszym jak na co dzień.

Przed wyjazdem do Rzymu, gdzie miał być na biskupa wyświęconym, ksiądz Sarto podążył do Padwy, by odwiedzić tamtejszego biskupa, z którym święta łączyła go przyjaźń. W Padwie przechodząc wczesnym rankiem obok kościoła św. Justyny, wstąpił do niego z zamiarem odprawienia mszy św.

Miejscowy proboszcz, na widok nieznanego a ubogo odzianego kapłana, zapytał o papiery, których ksiądz Sarto nie miał przy sobie.

Skąd jesteś? — badał wtedy proboszcz.

Z Trewizo.

I jakie tam pełnisz obowiązki?

Żadnych.

Ja kto żadnych? Nie jesteś ani proboszczem, ani wikarym, ani kapelanem?

Nie.

Zadziwiasz mnie doprawdy! Wiem, że księża w Trewizo mają dużo do czynienia; nie wypada, abyś ty jeden pozostawał bezczynnym. Znam waszego biskupa, jeśli chcesz mogę polecić cię jemu.

Przezorny proboszcz pozwolił wreszcie księdzu Sarto odprawić mszę św., ale dla bezpieczeństwa polecił zakrystianowi, by sam służył nieznanemu księdzu i baczne na niego miał oko. Ale zakrystian oświadczył, że odprawił Najświętszą Ofiarę z wielkim skupieniem i pobożnością.

Chwała Bogu, — wyrzekł uspokojony proboszcz i poszedł do zakrystii zobaczyć jak nieznany kapłan zapisał się w księdze. Można sobie wyobrazić jego zdumienie, gdy wyczytał: »Józef Sarto, biskup nominat Mantui. «

Biskup.

Diecezja mantuańska jest jedną z największych w północnych Włoszech; obejmuje kraj piękny, żyzny i gęsto zaludniony. Mieszkańcy obdarzeni zmiennym i wrażliwym usposobieniem, w ostatnich latach ulegali nieraz podszeptom nieprzyjaciół wiary, to też wcale niełatwe i pełne odpowiedzialności było to nowe stanowisko księdza Sarto. Wyświęcony na biskupa w Rzymie 1881 r. przez słynnego kardynała Parocchi, tegoż samego dnia został przyjęty na prywatnej audiencji przez Ojca św.; a jak bardzo cenił go Leon XIII świadczą ta znamienne jego słowa:

— Jeśli diecezjanie Mantui nie pokochają swego nowego biskupa, znak to będzie oczywisty, że żadnego kochać nie zdolni; ksiądz Sarto to jest bowiem najmilszym z biskupów.

A sam ksiądz biskup Sarto pisał do syndyka Mantui.

– Znajdziecie we mnie kapłana, którego sztandarem chorągiew pokoju, którego prawem prawo miłości. Wasz biskup ubogi jest we wszystko, ale bogaty sercem; ma on tylko jeden cel, jedno zadanie — zbawienie dusz i zamienienie wszystkich swych diecezjan w jedną rodzinę braci i przyjaciół.

W kwietniu następnego roku podczas swego pierwszego w katedrze w Mantui przymówienia z apostolską prawdziwie gorliwością, umiarkowaną jednak rozwagą i taktem, biskup wspomniał o trudnościach, jakie go czekały przy spełnianiu nowego swego posłannictwa i wzywał dzieci swe, by go wspierały dobrą swą wolą. Stosunki w diecezji były istotnie nader opłakane i wymagały czułej troskliwości ojca, a zarazem silnej ręki energicznego zwierzchnika. Nowoczesne doktryny filozoficzne i polityczne wyziębiły i uczyniły obojętnymi dla wiary nie tylko ludzi świeckich, ale co gorsza nawet kapłanów; część ich zeszła z drogi obowiązku i nie żywiła dla Stolicy św. zupełnego i bezwzględnego posłuszeństwa. Już arcybiskup Rota daremnie próbował zaprowadzić reformy i napotkał przy tym na tyle niechęci i prześladowania, że zniewolony był zrzec się zarządu diecezji mantuańskiej. Jego następca nie był szczęśliwszym: teraz ksiądz Sarto, nieustraszony poprzednim niepowodzeniem, bez straty czasu zabrał się do pracy z żelazną wytrwałością, ale zarazem z wielką słodyczą, by nikogo nie urazić; i przeprowadził dzieło Boże, dzieło reformy, wbrew przepowiedniom wiary, którzy sądzili, że na zawsze jest już zniweczone.

Pieczą swą otoczył ksiądz biskup naprzód duchowieństwo, ożywił ducha kapłańskiego, podniósł poziom umysłowy; dbał szczególniej o seminarium, ową kolebkę przyszłych kapłanów. Seminarium w Mantui tak było podupadło, że ksiądz biskup Rota był zniewolony zamknąć je na czas niejaki; ileż było potrzeba trudu, by dawną przywrócić mu świetność; ksiądz biskup Sarto i tego dokonał — ale też pomimo rozlicznych swych zajęć, sam przez całe trzy lata był jego regensem i uczynił je jedną z najwzorowszych uczelni w całej Lombardii. Ułożył zupełnie nowy plan nauk, dobrał znakomitych profesorów, w razie potrzeby umiał wybornie każdego z nich zastąpić, a dogmatykę sam wykładał przez lat kilka, chciał bowiem zaszczepić w sercach przyszłych kapłanów swe zamiłowanie teologii św. Tomasza. Codziennie odwiedzał ukochanych kleryków, rozmawiał z nimi poufnie, i tak niepostrzeżenie nauczał, budził zaufanie, a wszelkich używał sposobów, byle ich tylko do Boga pociągnąć. Nie opuścił żadnych egzaminów, śledząc pilnie postęp każdego ucznia z osobna; sam zadawał pytania we wszelkich przedmiotach, tłumaczył najzawilsze kwestie z taką głębią wiedzy, tak jasno, jakby całe swe życie spędził na nauczaniu.

W tym samym czasie zreformował śpiew kościelny, zaprowadził w swej diecezji śpiew gregoriański, który tak bardzo lubił. Zebrał chór, z uczniów seminarium złożony, i znalazł czas na ćwiczenie ich osobiście, a nawet na układania muzyki do Mszy św. Manuskrypt ręką jego pisany, przechowują jako skarb drogi w seminarium mantuańskim.

Ksiądz biskup Sarto nie poprzestając na odrodzeniu moralnym i naukowym swego seminarium, zabrał się da naprawy jego funduszy, w opłakanym znajdujących się stanie. W tym celu tysiącznych chwytał się sposobów, wyciągał nawet rękę do kapłanów i ludzi świeckich, a gdy pod koniec roku okazywał się nieunikniony deficyt, pokrywał go z własnej kieszeni. A tym, którzy się dziwili, że nie szczędzi dla seminarium ani czasu ani trudu ani pieniędzy mówił:

Czyż nie wiecie, że seminarium jest sercem mego serca.

Z niemniejszym zapałem zajmował się dobrem wszystkich swych owieczek. Długo i poważnie rozważywszy plan reformy diecezji, rozpoczął wizytacje pasterskie wszystkich parafii. Objazd ten trwał całe dwa lata, a wtedy to zwłaszcza zachowywał ksiądz Sarto prawdziwie apostolską prostotę życia. Zwykł był wyruszać wczesnym rankiem w towarzystwie swego kapelana i przybywał na miejsce tak wcześnie, gdy go się jeszcze prawie nie spodziewał i wysiadał z powozu na początku wioski, lub miasteczka i szedł pieszo do kościoła, tam siadał w pierwszym lepszym konfesjonale i spowiadał każdego, kto się zbliżył. Nieraz się zdarzało, że gdy nadeszła godzina, o której spodziewano się przybycia biskupa i gdy kapłani, bractwa, lud cały poczuł się sposobić do wyjścia mu na przeciw, wtedy z konfesjonału wychylało się dobrotliwe oblicze księdza biskupa, a skinąwszy na miejscowego proboszcza, mówił mu.

– Księże proboszczu, nie trudźcie się, ja tu już  jestem.

I dalej spowiadał jakby nic nie zaszło.

Można sobie wyobrazić zawstydzenie biednych proboszczy, zwłaszcza z początku, bo z czasem przywykli do tego. Objazd diecezjalny od razu najlepsze wydał owoce; przywróconą została karność kościelna, a usunięte różnorodne nadużycia. Nic nie uszło czujnej uwadze i troskliwości księdza biskupa Sarto. Wkrótce poznał dokładnie stan każdej parafii; jej poziom moralny, zalety i niedomagania

W ten sposób zebrał materiał potrzebny do wielkiego dzieła, o którym ciągle przemyśliwał, to jest do synodu diecezjalnego, jaki od dwustu przeszło lat nie odbył się w Mantui.

Synod zwołany został w wrześniu 1888 r. Tam to zabłysł ksiądz Sarto jako pierwszorzędny kanonista. Wyroki i rozkazy synodu, własnoręcznie przez niego spisane, były znakomicie ułożone i świadczyły o głębokiej znajomości zwyczajów i wymagań miejscowych, a ożywiał je ten sam duch miłości Chrystusowej wierności dla Kościoła św., jakim pałał ksiądz biskup Sarto.

Po ukończeniu synodu rozpoczął bezzwłocznie na nowo objazd diecezji, chciał się bowiem przekonać czy i jak spełniają jego rady i rozkazy.

Pomimo tylu różnorodnych zajęć osobiście zwykł był załatwiać olbrzymią swą korespondencję; przyjmował też wszystkich bez wyjątku, a nawet nawiedzał chorych, jeśli przypuszczał, że może na nich wywrzeć wpływ zbawienny. Diecezjanie uwielbiali też swego biskupa i ogólnym było oburzenie, gdy jeden z bezbożnych dzienników ośmielił się zaczepić go i wyśmiewać. On sam, gdy się o tym dowiedział, nie brał zaczepki do serca, ale wyrzekł tylko publicznie podczas kazania: »Dzisiaj modlić się będziemy gorliwiej za tych, którzy nas obrażają i przebaczymy im całym sercem.«

Niepodobna nam tu wyliczać wszystkie dzieła, do których czynną rękę przyłożył ksiądz biskup podczas dziewięcioletniego zarządzania diecezją mantuańską. Trudno jednak nie wspomnieć o znacznym rozwoju dzieł katolicko-społecznych. Zwołał on do Mantui walne zebranie przedstawicieli stowarzyszeń katolickich i zachęcał ich do coraz szerszej i gorliwszej działalności. Po tym zjeździe powstał lub zakwitł nowym życiem cały szereg przeróżnych towarzystw, jako to towarzystwa dla młodzieży, konferencje socjalne, stowarzyszenia parafiaIne, katolickie zabezpieczenia i związki itd. Itd. Pracował tam zastęp ludzi świeckich, w których ksiądz biskup Sarto przelał ducha własnej gorliwości, jego bowiem zdaniem przez «towarzyszenia katolickie najlepiej można wpływać na lud, podnosić go, szerzyć pokój socjalny, a to było ustawiczne i wielkie pragnienie tej duszy szlachetnej, pełnej współczucia dla niedoli bliźnich. Był on jakby uosobieniem miłosierdzia, własnym przykładem uczył, w jaki sposób należy je pełnić wedle zasad Ewangelii, był zawsze gotów oddać wszystko, co miał przy sobie.

Niewyczerpana szczodrobliwość księdza Sarto sprawiała, że on sam nieraz w ostatecznej znajdował się potrzebie, ale Opatrzność spieszyła mu zawsze z pomocą; świadkowie jego życia twierdzą nawet, że odnawiała cuda, jakie podziwiamy w żywotach Świętych Pańskich, słynących z miłosierdzia.

Raz, gdy nie miał już ani grosza, a potrzebował koniecznie 100 franków dla poratowania pewnej ukrytej niedoli, ukląkł i prosił Boga gorąco, by wspomógł jego nędzę. Nie skończył jeszcze modlitwy, aż tu oznajmiono mu przybycie pewnego markiza, słynnego z miłosierdzia.

Pan ten, powitawszy biskupa, wręczył mu zapieczętowaną kopertę, mówiąc:

— Proszę Waszą Ekscelencję o zmówienie za mnie jednego Zdrowaś Mario.

Ksiądz Sarto przypuszczając, że to jaka prośba, otworzył kopertę, ale kto opisze jego zdumienie, gdy znalazł w niej banknot tysiąc frankowy.

Niechaj Bóg zapłaci panu, — zawołał uradowany, — to Opatrzność Pana przysyła; nie wiedziałem właśnie, co począć.

Nie potrzebujemy dodawać, że za tydzień nie pozostało już ani grosza z tej sumy. Pieniądze księdza biskupa Sarto były pieniędzmi ubogich — a ci zawsze są głodni.

Już po nominacji swej na kardynała i patriarchę Wenecji ksiądz Sarto przez kilka ostatnich dni pobytu swojego w Mantui mieszkał w seminarium, zajęty tysiącznymi sprawami i trochę niezdrów skutkiem przebytych wzruszeń. Młody jego kapelan miał wtedy zlecone sobie rozdawanie jałmużny ubogim i nie dopuszczanie, by trudzili kardynała. Niełatwe to było zadanie.

Trwał jednak na swym stanowisku aż do chwili, gdy zjawiła się stara kobiecina i głośno poczęła się domagać, by ją dopuszczono do księdza kardynała. Kapelan opierał się, lecz ona taki wszczęła hałas, że aż ksiądz Sarto usłyszał i przyszedł spytać o przyczynę. Zobaczywszy starą kobietę, podszedł ku niej, wysłuchał z największą dobrocią i hojną obdarzył jałmużną. Odchodząc uradowana kobiecina całe swe oburzenie wylała na kapelana, mówiąc:

Zaprawdę, łatwiej jest rozmawiać z kardynałem jak z dzisiejszymi młodzikami.

Nic też dziwnego, że wobec tak niezrównanej dobroci diecezjanie uwielbiali swego biskupa i że później wiadomość o jego wyniesieniu do godności papieskiej najżywszą przejęła ich radością. Lud zwłaszcza nie posiadał się z radości — bo też ksiądz Sarto, będąc sam synem z ludu, troszczył się przede wszystkim o biednych i uciśnionych,, na nich zlewał skarby swego serca.

Patriarcha.

Sława pięknych uroczystości w Castiglione, urządzonych przez księdza biskupa Sarto ku czci św. Ludwika Gonzagi, doszła aż do Rzymu i sprawiła, że jemu poruczono przeprowadzenie podobnego obchodu w wiecznym mieście. Z tego zadania wywiązał się świetnie, a zarazem pomimo woli zajaśniał głęboką wiedzą i porywającą wymową.

Leon XIII, którego mądrości świat katolicki tyle zawdzięcza, umiał poznać się na ludziach i wiedział, kto godzien jest zasiadać na najwyższych w Kościele stanowiskach, ocenił też księdza biskupa Sarto odpowiednio do jego zasług i w r. 1893 mianował go kardynałem i patriarchą Wenecji.

Ksiądz Sarto przybył do Rzymu, aby przyjąć kapelusz kardynalski i wraz z bratem i matką, skromną wieśniaczką. Zamieszkał w skromnym kolegium lombardzkim i tam przyjmował odwiedziny dygnitarzy kościelnych. Seminarzyści wzruszeni i zbudowani byli przykładom tego książęcia Kościoła, który w niczym nie odstępował od dawnej prostoty życia, ale właśnie ta prostota i pokora wbrew jego woli podnosiła jeszcze jego zasługi. Diecezja mantuańska i wenecka uszczęśliwione były z nominacji księdza Sarto kardynałem, on sam tylko tym się nie cieszył; z trudom przychodziło mu poddać się woli Bożej i zwał się zawsze »biednym kardynałem.«

W czerwcu 1893 r. objął w posiadanie kościół św. Bernarda przy Termach, tytularny kościół kardynałów i patriarchów Wenecji w Rzymie, a następnie powrócił do Mantui, zarząd bowiem tej diecezji pozostawił mu Ojciec św. jeszcze na dwa lata. Tymczasem trzeba było załatwić spór z rządem włoskim. Król rościł sobie bowiem prawo patronatu nad patriarchatem Wenecji i nie chciał uznać nominacji księdza Sarto. Spór ciągnął się dość długo, wreszcie trudności zostały usunięte i kardynał mógł odbyć w listopadzie 1894 r. uroczysty swój ingres. Niezwykle podniosła była to chwila, gdy przedstawiciele władzy miejskiej, wojsko, deputacje świeckich stowarzyszeń rywalizowały z duchowieństwem w pełnym zapału przyjęciu księdza kardynała Sarto. Ale była to przede wszystkim uroczystość ludowa; wszakże kardynał był jednym z nich i przychodził, nie jak dawni trybuni, aby błyszczeć i rozkazywać, ale aby być przede wszystkim ojcem ludu.

Kościół św. Marka w Wenecji, słynny swą pięknością i starożytnością, zdobny przecudnymi złotymi mozaikami, przyjmował w swoich murach nowego pasterza, który miał podnieść jego chwałę już i tak głośną w całym ś wiecie.

Na lewo od bazyliki na pięknym placu Św. Marka wznosi się pałac patriarchalny, złożony z czterech wielkich skrychuł, a mieszczący w sobie cały szereg sal wspaniałych, zdobnych cennymi dziełami sztuki.

W pałacu tym płynęło dalej życie księdza Sarto, równie skromnie jak na wikariacie w Tomboli, lub na probostwie w Salzano. Wielkimi były tylko zawsze cnoty jego, pobożność, mądrość, miłosierdzie. Nie wstydząc się niskiego swojego pochodzenia, ani też o nim nie zapominając, w książęcych prawdziwie swych salonach przyjmował z równą uprzejmością przedstawicieli starej szlachty weneckiej i dzieci ludu o twarzy ogorzałej, o dłoni stwardniałej w uczciwej pracy.

Patriarcha przywiódł ze sobą do wspaniałego pałacu stare swoje sługi i trzy swoje siostry, również ani trochę nie próżne, ani wynoszące się pośród tego całego przepychu. Nie zarzuciły one szat wieśniaczych, a na głowę nigdy nie włożyły kapelusza, ale zwyczajem uboższych Wenecjanek czarną tylko nosiły koronkę. Zajmowały się gospodarstwem domowym ukochanego brata i czynne były od rana do wieczora; za przykładem bowiem patriarchy nikomu nie było wolno próżnować w jego pałacu. On sam wstawał jak dawniej o godzinie 5 z rana i do późnego wieczora był zajęty pracą; jedyną jego rozrywkę stanowiła od czasu do czasu przejażdżka na Lido, skąd mógł się cieszyć widokiem pełnego morza. Nie zaniechał tu również dawnego zwyczaju odpowiadania własnoręcznie na listy, podania i prośby. Dobroć jego i miłosierdzie stały się wkrótce przysłowiowe. Nad jedną tylko rzeczą ubolewał to jest, że co chwila znajdował się bez grosza. Dopóki miał choć franka w kieszeni, gotów był oddać go potrzebującym pomimo próśb i przedstawień sióstr swoich, które często nie miały co w garnek włożyć. Kardynał odpowiadał im zawsze z uśmiechem, że nadejdzie chwila, gdy i on zacznie odkładać i oszczędzać, a tymczasem Pan Bóg przyjdzie im z pomocą. Sam był tak dla siebie oszczędny, że nie kupił nawet nowego płaszcza kardynalskiego, a szaty swe biskupie kazał przefarbować na czerwono. Ta operacja nie powiodła się niestety, przebijał zawsze jakiś biały odcień, co gniewało kardynała.

— Zobaczycie, że jeśli te białe plamy rozszerzać się będą, to gotów jeszcze jestem zostać Papieżem żartował sam z siebie, nie przeczuwając, że przywdzieje istotnie białą szatę Głowy Kościoła.

Nieoceniony jego sekretarz zniewolony czuwać nad nim, jakby nad małym dzieckiem, na początku każdego miesiąca oddawał mu sumę, która była powinna wystarczyć obficie na jego uczynki miłosierne. Ale kardynałowi było to jeszcze za mało; trzeciego dnia nie miał już ani grosza, tylu potrzebujących cisnęło się do niego. Ileż to zwierzeń wysłuchał z niczym niewzruszoną cierpliwością, ile rodzin prywatnych czy zgromadzeń zakonnych jemu zawdzięczało pomoc w niedoli. Często osłonięty ciemnym płaszczem ksiądz kardynał zapuszczał się pieszo w najuboższe dzielnice Wenecji, by nawiedzić to szpital, to ubogą jaką rodzinę, umocnić chorych na duchu, wesprzeć jałmużną.

Z początku wyznaczył w swym pałacu godziny przyjęcia, ale to nie pomagało; przez dzień cały Wenecjanie spieszyli do niego procesjonalnie, a on dla każdego umiał znaleźć miłe i odpowiednie słówko. Dobroć jego nie przeszkadzała, że w razie potrzeby umiał wystąpić z całą energią, a gdy wilki drapieżne zaczepiały trzódkę pieczy jego powierzoną, używał nawet przeciw nim kija pasterskiego. Wilki wyły coraz głośniej pod razami dobrego pasterza, ale to go nie ustraszało.

Wenecjanie w żywej zachowali pamięci pełną majestatu i słodyczy postać swego kardynała, gdy odziany purpurą, jakby zbroją dawnych rycerzy, głosił z ambony słowa żywota, ścigał błąd i herezję, gdzie bądź się kryła, jakąkolwiek przybierała postać. Wszelkie nadużycia były mu po prostu wstrętne; chciał, by ściśle przestrzegano przepisy kościelne, a gdy chodziło o odnowienie społeczeństwa w Chrystusie, nie miał najmniejszego względu na osoby. Ilekroć sprawiedliwość tego wymagała, słowo jego rozbrzmiewało potężnie, a działanie jego było szybkie, pełne energii i stanowczości. Zaprowadził też w swej diecezji karność, niczym niezamąconą. Słuchano go, bo pociągał słodyczą, budował przykładem, budził zaufanie mądrością. Zdumiewającą była jego pamięć oraz łatwość, z jaką przenikał i odgadywał usposobienie i zdolności każdego. Wiedział, gdzie kogo postawić, kogo pochwalić czy zganić odpowiednio do jego pracy, nie rządząc się osobistą sympatią.

W Wenecji tak samo jak w Mantui ksiądz kardynał Sarto najczulszą opieką otoczył seminarium, pomimo że w kwitnącym zastał je tu stanie.

W r. 1903 gdy zmarł regens seminarium, kardynał Sarto sam objął kierownictwo tej szkoły przyszłych kapłanów, a to z największą dla niej korzyścią. Lubił przebywać pośród drogich sercu swojemu kleryków, ustanowił dla nich osobne wspaniałe procesje z Najświętszym Sakramentem, poświęcał ich uroczyście Panu Jezusowi, utajonemu w Sakramencie Ołtarza, pragnął wszelkimi sposobami przelać w ich serca własne gorące nabożeństwo do Boskiej Eucharystii.

Wymownym wyrazem tej jego czci i miłości do Najświętszego Sakramentu, a zarazem dowodem nieugiętej energii i zapobiegliwości był kongres eucharystyczny, jaki odbył się w Wenecji 1897 r. Kardynał Sarto podjął go przeważnie w celu wynagrodzenia Panu Jezusowi tylu zniewag i świętokradztw, którymi ludzie nie przestają go znieważać. Myśl rzucona w pełnych natchnienia słowach przez ukochanego patriarchę, została przyjęta z wielkim zapałem. Na próżno zazdrośni i niechętni usiłowali jej przeszkodzić; kardynał Sarto uprzedzał wszelkie czyniono mu trudności, rzecz każdą przewidział, obmyślił, odbywał jedno posiedzenie komitetów po drugim, a wszystkim sam przewodniczył i był ich duszą. Kongres trwał całych dni cztery; uświetniło go swą obecnością czterech kardynałów, 28 biskupów i liczne zastępy duchowieństwa i wiernych. Muzyką kierował słynny kompozytor X. Perosi, który obecną swą sławę zawdzięcza w zupełności opiece i radom kardynała Sarto. Cała uroczystość odbyła się bardzo wspaniale i rozbudziła w duszach żarliwą cześć i miłość Najświętszego Sakramentu. Równocześnie urządzona wystawa sztuki kościelnej, udała się również znakomicie. W pięknych salach starożytnego gmachu Scuola podziwiać było można skarby, nagromadzono przez czternaście wieków ku czci Najświętszego Sakramentu. Był to również tryumf Eucharystii, której wielkość te skarby głosiły. Na zakończenie kongresu patriarcha celebrował uroczystą procesję z Najświętszym Sakramentem, z taką samą świetnością, z jaką w r. 1407 Wielka Rada Wenecji nakazała odbywać ją w Boże Ciało. Podniosła zwłaszcza była chwila, gdy celebrans zbliżył się do brzegu kanału i pośród ogólnego milczenia błogosławił morzu, jak to niegdyś czynił św. Wawrzyniec Justynian.

Ksiądz patriarcha brał czynny udział nie tylko w co dopiero wspomnianej uroczystości, ale nie uchylał się od uczestniczenia w innych uroczystościach miejscowych, o charakterze religijnym czy patriotycznym. Podnosił je swą powagą, uroku im dodawał swą obecnością, przez co zjednywał sobie coraz więcej serca diecezjan, obalał uprzedzenia niechętnych, i tern łatwiej mógł szerzyć wśród nich Królestwo Boże, na pierwszym bowiem miejscu stała zawsze u niego troska o moralne podniesienie i udoskonalenie swej diecezji. Czynił więc pilnie wizytacje pasterskie, odbył synod diecezjalny, zaprowadził dla kapłanów konferencje i rekolekcje doroczne, przez co budził w nich zamiłowanie wiedzy, a zwłaszcza ducha pobożności i gorliwości kapłańskiej. Wszyscy kapłani byli obowiązani brać udział w tych ćwiczeniach duchownych, a patriarcha przewodniczył im, nie szczędząc rad i uwag zbawiennych. Sam zresztą świecił we wszystkim najlepszym przykładom, to też trudno było nie posłuchać jego ojcowskich napomnień, choćby na razie nie były zbyt miłymi.

Utrwaliwszy wzrost i rozkwit pobożności w swej diecezji, patriarcha zajął się kwestią socjalną i podniesieniem dobrobytu klas roboczych. Nie ograniczył się tu na słowach, ale z wielkim poświęceniem przyłożył ręki do dzieła, bo wszakże maluczcy to były jego dzieci ukochane. Powołał do życia, lub otoczył swą opieką przeróżne dzieła, mające na celu moralne i materialne dobro klasy pracującej, jako to związki młodzieży i przeróżne korporacje i stowarzyszenia. Żądał stanowczo, by kasy parafialne, zasilające te dzieła, pozostawały pod lepszym niż dotąd kierownictwem i pod ścisłą kontrolą. Wpływ i powaga tego księcia Kościoła, a niestrudzonego pracownika, tak były wielkie wobec robotników, że nieraz powołany na rozjemcę, mógł załatwić w sposób pokojowy strajki i zatargi z pracodawcami. Pod jego rządami Wenecja stała się wzorem innych miast co do dzieł ekonomiczno-socjalnych.

Dla rozszerzenia i umocnienia swego wpływu ksiądz-kardynał posługiwał się chętnie prasą katolicką, a nawet własnymi funduszami wspierał dziennik miejscowy »la Defesa« »Obrona.« Prasa katolicka była według jego zdania nie tylko skutecznym środkiem do walki z bezbożnymi dziennikami, ale stała na straży wszelkich spraw religijnych. To też zwykł był mówić, że dla ratowania »Obrony« sprzedałby chętnie w razie potrzeby swój płaszcz i pierścień kardynalski; ale chciał i żądał, by dziennikarstwo katolickie pozostawało pod kierunkiem ludzi o nieugiętych przekonaniach, a uległych władzy biskupiej.

Wpływ i powagę, jakie ksiądz kardynał Sarto zyskał w Wenecji, zużytkował przy wyborach do rady miejskiej. Liberałowie, pozostający dotąd u steru, prześladowali na każdym kroku katolików. Kardynał żądał od nowej rady miejskiej przywrócenia w szkołach nauki religii i oddanie duchowieństwu opieki nad ubogimi miasta i przywrócenia nabożeństwa uroczystego w kościele Najświętszej Panny della Salute. Kardynał niczego nie zaniedbał, co by mogło dopomóc katolikom do zwycięstwa w tej walce i mówił:

— Albo zwyciężę, albo ustąpię z Wenecji.

Na wysokim stanowisku, jakie X. kardynał Sarto zajmował w Wenecji, dał on zresztą niejednokrotnie dowód wielkiego taktu, a niemało potrzeba było roztropności wobec naprężonych stosunków, jakie zachodzą niestety pomiędzy królem włoskim a Stolicą Apostolską. Patriarcha umiał sobie zaskarbić zupełne zaufanie Leona XIII, a równocześnie mile był widzianym przez króla Humberta i królową Małgorzatę.

Te lat dziewięć, w ciągu których kardynał Sarto zarządzał diecezją wenecką, były jednam pasmem pracy niestrudzonej, a w błogie obfitujące owoce. Wspomnieliśmy tu zaledwie o najważniejszych jego sprawach., wiele dla braku miejsca trzeba było milczeniem pominąć, a ileż to było czynów codziennych, ukrytych, a niemniej doniosłych i pełnych zasługi! Odjazd jego do Rzymu na konklawe, czyli na obór papieża po zgonie nieodżałowanego papieża Leona XIII był nieobmyślanym naprzód, ale tym wymowniejszym objawem przywiązania całej Wenecji. Dworzec cały zapełniło duchowieństwo i ludzie wszelkich stanów, którzy spieszyli, by pożegnać kardynała i cześć mu swoją wyrazić. Przez ten tłum zbity X. kardynał zaledwie mógł się przecisnąć, żegnał go i błogosławił jeszcze z wagonu, jeszcze na moście, gdzie ustawiły się szpalerem stowarzyszenia młodzieży. Tajemnicze  przeczucie mówiło Wenecjanom, że nie ujrzą już swego ukochanego pasterza, że on to okaże się najgodniejszym, by zasiąść na stolicy Piotrowej i być zastępcą na ziemi samego Pana Jezusa.

Wybór na Papieża.

Śmierć Leona XIII bolesnym echem odbiła się w całym chrześcijaństwie, boleść ta jednak nie była beznadziejna, katolikom wiadomo bowiem, że Kościół nasz św. nie spoczywa na jednym tylko człowieku, ale że Piotr św. odradza się i żyje w następcach swoich. To też zaledwie Leon XIII zamknął oczy swoje, kolegium kardynalskie objęło tymczasowo zarząd Kościoła, a wszyscy kardynałowie zawezwani zostali na konklawe, aby dokonać obioru nowego papieża. Na to wezwanie podążyli co prędzej; przybył nawet z dalekiej Hiszpanii, wiekiem i cierpieniem przyciśnięty kardynał Herera. Kardynał Sarto stawił się i zamieszkał w Rzymie według swego zwyczaju w skromnym kolegium lombardzkim i dopiero 31 lipca 1903 r. zajął wraz z innymi kardynałami przeznaczone dla nich mieszkanie w Watykanie, na czas wyboru papieża ściśle odosobnione od reszty świata.

Kardynał Sarto świadom był swej odpowiedzialności wobec Boga i ludzi z powodu obioru nowego papieża, ale to była obecnie jego troska jedyna, bo w swej pokorze zbyt głęboko był przekonany, że o nim, jako o kandydacie na papieża nikt pomyśleć nawet nie może. Ale Duch św. inaczej pokierował tą sprawą.

Do ważności wyboru potrzeba jest, aby jeden z kandydatów miał 2,3 wszystkich głosów. Przy pierwszym głosowaniu nikt tej większości nie otrzymał wybór trwał zatem dni kilka. Obioru dokonywano rano i wieczór. W sobotę rano X. Sarto otrzymał pięć głosów, wieczorem dziesięć. Zaniepokojony, pocieszał się jednak, że nazajutrz nikt o nim pamiętać nie będzie; tymczasem nazajutrz, to jest w niedzielę, miał już głosy. Wtedy przeraził się i począł wymawiać jak mógł najenergiczniej,

—  Jestem niegodny, jestem niezdolny, zapomnijcie o mnie, — błagał ze szczerością i pokorą tak wielką, a tern wypraszaniem się budził wbrew swojej woli coraz większy dla siebie szacunek i utwierdzał kardynałów w zamiarze obrania go papieżem.

—  Właśnie ta jego pokora, — mówił X. kardynał arcybiskup koloński, — zwracała na niego naszą uwagę; dawała nam rękojmię, że godnym będzie następcą Pana, który dla nas uniżył się, postać sługi przyjmując.

Sarto w udręczeniu swym, całymi godzinami modlił się przed Najświętszym Sakramentem, z twarzą łzami zroszoną, przyciśnięty trwogą i smutkiem wielkim. Chciał już oświadczyć wobec całego zgromadzenia kardynałów, że w żadnym razie nie przyjmie godności papieskiej. Przyjaciele jego oparli się temu i przedstawiali mu, że nie może iść wbrew wyraźnej woli Bożej — wszakże całe jego życie było dotąd pełne poddania wyrokom Boskiej Opatrzności.

— Powróć do Wenecji, — mówiono mu, — ale wrócisz tam z wyrzutami sumienia, które nie opuszczą cię aż do śmierci.

Sarto posłuchał przyjaciół; blady jednak i drżący ze wzruszenia, nie przestał powtarzać, że jest niegodnym i prosić, by o nim zapomniano. W poniedziałek wieczorem wybór jego był już prawie zapewniony; we wtorek zebrali się kardynałowie po raz ostatni i pośród uroczystego skupienia X. kardynał Józef Sarto obrany został papieżem. Kardynałowie, powstawszy z miejsc swoich, zbliżyli się natychmiast do nowego zwierzchnika Kościoła, a najstarszy z nich zapytał X. Sarto, czy obiór przyjmuje.

W tej chwili uroczystej kardynał Sarto odczuł w całej pełni jak wielką odpowiedzialność bierze na siebie, to też milczał jeszcze chwilę z oczyma w niebo wzniesionymi, z modlitwą na ustach, wreszcie słabym głosem wyrzekł; Przyjmuję. »Ale jako krzyż« — dodał po chwili.

Zapytany, jakie imię chce odtąd nosić, wybrał imię Pius, przez pamięć na wielkich i cnotliwych papieży noszących to imię, którzy w ostatnich zwłaszcza czasach z nieustraszoną odwagą bronili Kościoła św.

Wybór był zatem skończony; kardynałowie przyklękli z kolei przed nowym papieżem, hołd mu składając.

Zaraz też jeden z kardynałów oznajmił ludowi zebranemu przed kościołem św. Piotra o dokonanym wyborze. Wiadomość tę przyjęto okrzykami radości, którym towarzyszył wesoły odgłos dzwonów; za chwilę tłum 30-tysięczny począł się tłoczyć do bazyliki. Zazwyczaj nowo obrany papież odpoczywa przez kilka godzin w swych pokojach i dopiero po południu ukazuje się ludowi. Pius X wiedział jednakże z jaką niecierpliwością oczekuje go lud ukochany, idąc zatem za popędem ojcowskiego swojego serca, jemu naprzód chciał pobłogosławić, chociaż wysłannicy królewscy i możni tego świata czekali już u drzwi jego.

Przy radosnym dźwięku dzwonów udał się Pius X  naprzód do bazyliki św. Piotra, a tam z balkonu, wewnątrz kościoła umieszczonego, błogosławił ludowi zebranemu »Urbi et orbi« t. j. miastu Rzymowi i światu całemu. Zaledwie przebrzmiał głos jego, tłum zawrzał burzą oklasków i okrzyków; Ojciec św. skinął, by się uciszono i błogosławił raz jeszcze.

Dwie siostry Piusa X, Anna i Maria Sarto, które w Wenecji mieszkały przy nim, dowiedziały się pierwsze z rodziny o niezmiernym zaszczycie, jaki spotkał ich brata, a tym samym całą rodzinę. Nie ucieszyły się tym jednak, a tym mniej wbiły w dumę.

— Przeczuwałyśmy, — mówiły, – że spadnie na i nas to nieszczęście. — Głęboko religijne, myślały tylko o wielkiej odpowiedzialności, która przygnieść miała ukochanego ich brata; bolały również nad tym, że go utracą, że nie będą już mogły żyć z nim pod jednym dachem, dzielić jego myśli podniosłych, dopomagać mu  w pełnieniu uczynków miłosiernych.

Pozostały one i nadal skromne; gdy miały jechać z Wenecji do Rzymu, kupiły sobie starym zwyczajem bilety najtańszej klasy, ale zarząd kolei oddał bezpłatnie do ich użytku osobny wagon salonowy.

W Rzymie Ojciec św. wynajął im skromne mieszkanie niedaleko od Watykanu, gdyż w pałacu papieskim niewiastom nie wolno stale przebywać. Rzymianie podziwiają, że Pius X w skromnym bardzo bycie pozostawił swe siostry, ale liczni ubodzy, drzwi ich oblegający, wiedzą, że są pośredniczkami jego miłosierdzia, o którym w Rzymie cuda już opowiadają.

Dni następujące bezpośrednio po wyborze Piusa X na Papieża, pełne były dla niego wzruszeń i umęczenia, pomimo tego już na następną niedzielę 9 sierpnia, wyznaczył uroczystą swą koronację

Od sześćdziesięciu blisko lat, to jest od Piusa IX żadna koronacja papieska nie odbyła się publicznie; Leon XIII odprawił swoją w kaplicy Sykstyńskiej wobec bardzo ograniczonej liczby uczestników — to też z tym większą radością oczekiwano w Rzymie tej podniosłej uroczystości. Skoro tylko zabłysnął tyle oczekiwany dzień 9 sierpnia, a bramy bazyliki św. Piotra zostały otwarte, tłum stutysięczny napełnił jej wnętrze. Wspaniały zaiste obraz przedstawiał ten olbrzymi i bogaty kościół, odświętnie przybrany draperiami czerwonymi ze złotem, a szczelnie ludem napełniony. Ceremonia rozpoczęła się o godzinie 8½. Papieża wniesiono do bazyliki na wysokim tronie, czyli na tak zwanej »sedia gestatoria«; gdy się ukazał powitał go odgłos trąb i długotrwałe okrzyki ludu. Daremnie Ojciec św. naprzód już objawił życzenie, by podczas koronacji zachowano w bazylice milczenie, należne świętemu miejscu; lud południowy nie umiał utrzymać w karbach swych uczuć, musiał je objawić na zewnątrz.

Pochód zatrzymał się w kaplicy Najświętszego Sakramentu, przed którym Ojciec św. krótką odprawił adorację, następnie zaniesiono go do kaplicy św. Grzegorza, gdzie zasiadł na tronie i przybrany został we wspaniałe szaty kościelne. Stamtąd pochód wyruszył do środka bazyliki, gdzie pod wspaniałą kopułą wznosi się ołtarz, kryjący zwłoki św. Piotra. Przed tym ołtarzem Ojciec św. odprawił pontyfikalną Mszę św. Patrząc na twarz jego skupioną, snadno było można rozpoznać, że pośród przepychu szat i ceremonii, wśród zapału zebranego ludu jedną tylko zajęty był myślą, to jest obecnością Boga wszechmocnego, wobec którego wszelki przepych i wszelka chwała ludzka jest tylko marnością marności.

Po skończeniu Mszy św. nastąpiła uroczysta koronacja, to jest włożenie na głowę Papieża potrójnej korony, czyli tiary, będącej znakiem zewnętrznym jego władzy. Te trzy korony mają wyobrażać pełność władzy papieskiej, obejmującej nie tylko Kościół wojujący na ziemi, ale sięgającej i do czyśćca i do nieba. Innym znakiem jego władzy jest paliusz, czyli taśma z białej wełny, zdobna w czarne krzyże, a zawieszana na szatach kościelnych na ramionach Ojca Św. Tiary używa Papież tylko przy największych uroczystościach, zwykle zastępuje ją mitrą biskupią.

Podczas podniosłych uroczystości koronacyjnych, ściśle rytuałem przepisanych, Pius X blady był i wzruszony; odczuwał widocznie cała ciężkie brzemię, jakie przyjmował na swe ramiona i u Boga szukał łaski i pomocy, by je podźwignąć.

Na zakończeniu ceremonii Ojciec św. Po raz pierwszy udzielił w formie uroczystej papieskiego błogosławieństwa. Wtedy okrzyki i oklaski zebranego tłumu powtórzyły się na nowo i trwały aż do chwili, gdy Pius X wraz z swym orszakiem opuścił bazylikę — radosnego uniesienia ludu nie mogła powstrzymać żadna moc ludzka.

 

Ojciec św.

Watykanem zowie się starożytny pałac, sięgający do bazyliki św. Piotra, a od wieków stanowiący własność i mieszkanie Papieży. Obecnie, wskutek przemocy rządu włoskiego, gmach ten stał się niejako więzieniem Ojca św., gdyż po za jego mury wychylić się nie może i świeżego powietrza używa jedynie w ogrodach, w jego obrębie położonych. Olbrzymi pałac watykański składa się z trzech głównych części, oddanych przeważnie na biblioteki i muzea, słynne w całym świecie, dokąd każdemu wstęp dozwolony. Pius X na swe mieszkanie obrał drugie i trzecie piętro tej części Watykanu, której okna zwrócone są do placu św. Piotra.

Wspaniałe jest to mieszkanie, zdobne arcydziełami przez wieki całe staraniem Papieży zebranymi, lub darami pobożnych ludów, ale pośród tego przepychu Pius X wiedzie dalej skromne swe życie, życie modlitwy i pracy tak wytężonej, że mało kto z ludzi mógłby jej podołać.

Przywykły od dzieciństwa do rannego wstawania, o piątej godzinie jest już ubrany i z wielką pobożnością odprawia mszę św. Po śniadaniu i po krótkiej pieszej przechadzce w ogrodach watykańskich, zasiada do pracy i przegląda olbrzymią korespondencję. Widzieliśmy już, że jako proboszcz, biskup, a nawet patriarcha zwykł był każdą rzecz osobiście rozpatrzeć i załatwić — zostawszy Papieżem nie poniechał tego zwyczaju. Sam kierując najróżnorodniejszymi sprawami, jakie zwierzchnik Kościoła ma do rozstrzygnięcia, dyktuje odpowiedzi na listy, często pisze je nawet własnoręcznie; nie może znieść nieakuratności, nieporządku, niedbalstwa.

O godzinie dziesiątej rozpoczynają się zazwyczaj posłuchania, które Ojciec św. tak chętnie każdemu udziela, bo chce dzieciom swym okazać ojcowskie uczucia swego serca, a zarazem chce poznać jakie są potrzeby wszelkich ludów chrześcijańskich. Wtedy to objawia się w całej pełni bystrość i przenikliwość umysłu Piusa X, i takt wielki, z jakim rozstrzyga kwestie najzawilsze, a przy tym dobroć, słodycz niezrównana, pełna jednak stanowczości i siły woli. Zachowując godność i powagę prawdziwie królewską, uprzejmością swą i dobrocią ośmiela każdego kto ma szczęście zbliżyć się do niego. »Więcej jeszcze od jego dobroci i rozumu — mówi świadek naoczny — zdumiewa mnie jego odwaga. Odwaga spokojna, daleka od chełpliwości, ale gdy raz wypowie: nie mogę, »non possumus« — dotrzyma tego na pewno. W razie trudnych okoliczności Pius X będzie umiał stać się bohaterem i świętym.«

O godzinie pierwszej Pius X spożywa skromny obiad, o drugiej rozpoczyna się na nowo praca i posłuchania i trwa aż do godziny piątej.

Po przechadzce w ogrodzie lub w razie niepogody w zamkniętej galerii; udaje się do kaplicy, gdzie nawiedza Najświętszy Sakrament, odmawia różaniec i brewiarz; o 6 jest kolacja, składająca się z jednego tylko dania, potem Ojciec św. czyta jeszcze i pracuje do 11 w nocy.

Całe życie X. Sarto upłynęło na pracy i trosce o zbawienie dusz, o pomnożenie chwały Bożej. Wyniesiony do godności najwyższego pasterza, więcej jeszcze aniżeli kiedykolwiek wierny jest rozkazowi Pana, danemu w Starym Testamencie prorokowi Jeremiaszowi: »Otom cię dziś postanowił nad narodami i nad królestwy, abyś wyrywał i kaził i wytracał i rozwalał i budował i sadził.« (Jer. I.10.)

W pierwszej też swej odezwie z 4 października 1903 Pius X przytacza swe hasło umiłowane, pragnie »odnowić, połączyć wszystko w Jezusie Chrystusie, aby Pan był wszystkim we wszystkich.« I zaraz z odwagą i energią Ojciec św. zabrał się do tego wielkiego dzieła, całą swą ufność składając w Panu i w przyczynie Matki Najświętszej, o której wyrzekł: Ponieważ poza Maryją nie znamy drogi pewniejszej i krótszej, by odnowić wszystko w Chrystusie, błagajmy o jej przyczynę, a za jej przykładem usiłujmy stać się Świętymi i niepokalanymi w oczach Boga.«

Niepodobna nam tu choć w przybliżeniu wyliczyć, co już zdziałał Pius X podczas tych kilku lat swego panowania; wszystko on obejmuje wielkim swym sercem, wszystko stara się odnowić, udoskonalić. Wyszedł sam z ludu; lepiej więc niż ktokolwiek zna jego cnoty, wady, potrzeby; wie, że szumne słowa w niczym nie ulżą ciężkiej nieraz jego doli, ale tylko praca, na religii oparta. Szczególną też życzliwością darzy tych wszystkich kapłanów, którzy poświęcają się apostolstwu pośród klas roboczych. Chce mieć wzorowych kapłanów, których lud czci i kocha, a przez nich pragnie dokonać pokojowego podboju dusz. Sam zresztą nawet teraz, zasiadając na stolicy Piotrowej, daje ze siebie przykład apostolskiej gorliwości o zbawienie dusz, odkupionych krwią Chrystusową. Rzym stał się obecnie jego diecezją, — uwięziony w Watykanie nie może osobiście podążyć do swych owieczek, więc zarządza apostolską wizytacją wszystkich kościołów wiecznego miasta; dla każdej parafii z osobna wyznacza audiencje, wzywa dzieci do siebie, urządza dla nich popisy z nauki religii, staje pomiędzy tłumami jak ongi sam Zbawiciel, naucza je, chciałby wszystkich przycisnąć do serca. Przekonany, że obecny zanik wiary i moralności wypływa przeważnie z nieznajomości prawd wiary św., Ojciec św. w encyklice swej z 1905 r. zachęca, by uczono katechizmu nie tylko dzieci, ale i ludzi dorosłych i daje w tym względzie rady i wskazówki bardzo mądre i zbawienne.

Pras X na tronie papieskim odczuwa po dawnemu każdy ból, każde cierpienie ludzkości, a glos nędzy wszelakiego rodzaju dochodzi do niego. Ileż to łez osuszył on swą prawicą, podczas gdy według napomnienia Ewangelii, lewa jego ręka nic o tym wiedzieć nie chciała. A jednak Ojciec św. nie jest bogaty, jak może wielu mylnie sobie wyobraża.

Od czasu zwłaszcza zaboru państwa kościelnego, to jest od 1870 r. świętopietrze i jałmużny wiernych stanowią prawie cały jego dochód, a z tego pokrywa koszty administracji, utrzymanie dworu papieskiego, potrzeby misji, coraz to większe w miarę szerzenia się wiary św. Każdy grosz otrzymany od wiernych jako jałmużnę śle Ojciec św. w dalekie pogańskie strony, jego bowiem pieczy powierzono są te miliony dusz, dla nich musi być otwarta ręka jego.

Szczodrobliwość Piusa X nieraz na wielkie naraża go trudności, bo choć własne i dworu swego potrzeby ograniczył do ostateczności, choć zmniejszył znacznie służbę pałacową, ale jego dzieci, to jest biedni i nieszczęśliwi rozproszeni są we wszystkich częściach świata, on chciałby wszystkie łzy otrzeć, nikogo nie pozostawić bez pomocy. To też żartuje nieraz na temat szczupłości dochodów papieskich, znosi niedostatek z godnością prawdziwie królewską i ufność swą pokłada w miłosierdziu Bożym, na którym nigdy jeszcze się nie zawiódł, a i dzieci jego, wierni całego chrześcijaństwa, ochoczo składają grosz swój na świętopietrze i cieszą się, że mogą w ten sposób uczestniczyć w miłosierdziu Ojca św.

Niesłychanie mądre i roztropne są rządy Piusa X, prawdziwie Duch św. jest z nim, ale co więcej jeszcze u niego podziw nasz budzi, to jego pobożność głęboka,, to jego bezustanne dążenie, by świat cały czerpał obficie ze zdrojów łaski, której stał się szafarzem. Ojciec św. wie i rozumie, że Najświętszy Sakrament, to siła nasza, to lekarstwo na wszystkie nasze nędze i słabości, więc wzywa wiernych do częstej i codziennej Komunii św., popiera kongresy eucharystyczne, zachęca do modlitwy za obojętnych. Ze skarbca odpustów, którego stał się szafarzem, darzy nas również hojnie bardzo, nadaje coraz to nowe odpusty czy na godzinę nagłej śmierci, czy za liczne wezwania pobożne, budzące w sercach nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu, miłość Bożą i gorliwość o nawrócenie grzeszników. Ta pobożność, gorącość serca Piusa X, czyż to nie ów ogień palący »ignis ardens«, miano jakie stara przepowiednia tycząca się Papieży już od 1595 r. zapisała dla obecnego Ojca św. O niech wołanie jego do nas nie będzie daremnym, niech w sercach naszych rozgorzeje coraz więcej ta miłość Najświętszego Sakramentu, a wtedy możemy spokojnie w przyszłość spoglądać, bo ustąpi zawiść i złość wszelka, a zapanuje pośród nas miłość i zgoda.

Potęgę zgody zna dobrze Pius X i niejednokrotnie wzywa do niej swe dzieci. »Jeśli nie zwiążemy się silnie, by zdziałać coś dobrego — mówił jeszcze jako biskup Mantuański, — spotka nas tylko zasłużona kara, gdy świat prześladować nas zacznie..«. I teraz ciągle powraca do tej samej myśli, w sprawie społecznej przypomina zasady Leona XIII i daje wskazówki mądre i praktyczne jak te zasady w czyn wprowadzić, radzi w sposób coraz więcej postępowy, a tym samym skuteczniejszy, ale zawsze za wiedzą i odpowiednio do woli miejscowego biskupa.

Narodowi naszemu okazał Pius X niejednokrotnie swą wielką, prawdziwie ojcowską życzliwość. Zna on obecne nasze położenie, zna przeszłość Polski i wzywa nas do wytrwania w tym, co było dobre, mówiąc: »Być to nie może, aby osłabła w was dawna miłość wiary św., której ojcowie wasi bronili przelewając nieraz krew za nią.

Przy innej znowu sposobności Ojciec św. wyrzekł do arcybiskupa lwowskiego, X. Bilczewskiego: »Naród polski nigdy nie był dla Stolicy św. krzyżem, tylko pociechą, więc i na przyszłość tylko pociechą napełniać będzie serce Papieży.«

A gdy przyjmował na audiencji garść Unitów z Podlasia, do niedawno tak srodze przez rząd moskiewski prześladowanych, chwalił ich męstwo, ich przywiązanie do wiary. U jednego z tych męczenników, zobaczywszy bliznę od rany, zadanej piką kozacką, do serca go przycisnął i bliznę całował. Gdy Unici na błogosławieństwo papieskie odpowiedzieli łkaniem serdecznym, on sam rzewnie się rozpłakał.

Oddany całym sercem Maryi, Ojciec św. kocha nasz naród za jego gorące nabożeństwo do Najświętszej Panny; a chcąc nas utwierdzić w tym nabożeństwie, zatwierdził Jej tytuł jako Królowej korony polskiej. Kościół na Jasnej Górze wyniósł do rzędu bazylik, ustanowił osobne święto Matki Boskiej Częstochowskiej — tej Patronki narodu naszego.

W r. 1905 na chwile trudne i bolesne, jakie społeczeństwo polskie przechodziło w Królestwie Polskim, posłał Ojciec św. osobne orędzie, zrazu w gazetach źle przetłumaczone i zrozumiane, ale istotnie pełne ojcowskiej troski o naród nasz biedny. Pragnie go koniecznie ratować, przestrzec przed niebezpieczeństwem.

A pisząc do naszego zmarłego X. Arcybiskupa, krótko przed jego zgonem, bo w sierpniu 1906 r. dziękował mu za gorliwość, zachęcał do wytrwałości, zapewniał o miłości swojej.

Świeżo mamy jeszcze w pamięci słowa, pełne miłości, które Pius X wyrzekł tej wiosny do przedstawicieli naszej diecezji, zapewniając, że jego serce ojcowskie najwięcej nas kocha, jako ojciec najwięcej miłuje to dziecko, które cierpi. Za tę miłość odpłacajmy się Ojcu św. wzajemną miłością, a umocnieni jego błogosławieństwem nie upadajmy na duchu pośród utrapień naszych, pomni tych słów, które wyrzekł w roku 1876 X. kardynał Ledóchowski, wygnany z swej diecezji: »Nie rozpaczajmy, nie bójmy się, dziękujmy Bogu, bo krew męczenników jest posiewem świętych, posiewem tryumfów.«

M.K.

Seria =Artykuły ukazywały się w Przewodniku Katolickim.1908

PDF – wersja pdf dościągnięcia