Iucunda sane

Czcigodnym Braciom Patriarchom, Prymasom, Arcybiskupom, Biskupom i innym rządcom diecezji, pozostającym w lasce i jedności ze Stolicą Apostolską!
Czcigodni Bracia, zdrowie i błogosławieństwo apostolskie!

Trzynastowiekowa pamiątka papieża Grzegorza

Radosna zaiste to dla nas, Czcigodni Bracia, przypada rocznica wielkiego i niezrównanego męża Papieża Grzegorza, pierwszego tego imienia, którego zgonu mamy w tym roku obchodzić trzynastowiekową pamiątkę. Sądzimy też, że stało się to nie bez pewnego zamiaru Opatrzności, która umarza i ożywia… poniża i podwyższa (Pwt 32, 39), ażebyśmy na tego świętego i sławnego Poprzednika, na tę chwałę i chlubę Kościoła skierowali wzrok Nasz już od samego zarania Najwyższego Pasterstwa Naszego, pośród niezliczonych trosk Naszego Urzędu Apostolskiego, pośród tylu niepokojów, jakie Nam sprawiają liczne a ciężkie zabiegi przy zarządzie Kościoła Powszechnego, wśród nieustannych starań, abyśmy się wywiązali jak najlepiej z Naszych obowiązków względem Was, Czcigodni Bracia, którzy powołani jesteście do uczestnictwa w Naszym Apostolstwie, jak też i względem wszystkich wiernych, pieczy Naszej powierzonych. Jego bowiem najskuteczniejsze u Boga wstawiennictwo napełnia wielką ufnością duszę, która doznaje też niewymownej pociechy z rozważania jego tak wzniosłej nauki, jak i jego świętych cnót. Jeżeli przeto mocą tej nauki i płodnością owych cnót pozostawił w Kościele Bożym ślady tak szerokie, tak głębokie i tak trwałe, iż słusznie zarówno od współczesnych, jak i od potomności otrzymał miano Wielkiego i że dziś nawet, po upływie tylu wieków, sprawdza się napis na jego grobowcu: „Żyje zawsze i wszędzie swymi niezliczonymi dobrymi czynami”, niepodobna, aby przy pomocy Łaski Bożej, naśladowcy jego przedziwnych cnót, o ile tylko stać na to ułomność ludzką, nie mieli godnie wywiązać się ze swych obowiązków.

Świat za Grzegorza Wielkiego

Nie ma prawie żadnej potrzeby przypominać to wszystko, co znane jest ogólnie z zabytków dziejowych. W chwili, gdy Grzegorz obejmował Najwyższe Pasterstwo, zamieszanie powszechne sięgało swego szczytu; zanikła prawie dawna cywilizacja, barbarzyńcy zaś wtargnęli do wszystkich dzielnic upadającego mocarstwa rzymskiego. Włochy, opuszczone przez władców Bizancjum, znalazły się całe prawie w ręku Longobardów, którzy pędzili jeszcze żywot koczowniczy, gnali z miejsca na miejsce, niszcząc wszystko ogniem i mieczem, napełniając wszystko jękiem i mordem. Samo to Miasto, zagrożone od nieprzyjaciół zewnętrznych, wewnątrz zaś wystawione na próbę zarazy morowej, powodzi i głodu, znalazło się w takim stanie, że nie wiedziało, jak zaradzić potrzebom nie już tylko okolicznej ludności, ale nawet tym tłumom, które w nim szukały ochrony. Widziano ludzi obojga płci i wszelkiej warstwy, biskupów i kapłanów, ratujących od rabunku święte naczynia; widziano zakonników i niewinne oblubienice Chrystusowe, jak szukali w ucieczce obrony już to przed mieczem napastnika, już to przed brutalną ohydą zepsutej tłuszczy. Sam święty Grzegorz tak przedstawia Kościół rzymski: „Łódź starożytna silnie uszkodzona… zewsząd bowiem do niej fale wpadają, burty zaś jej, trzaskane codziennie przez gwałtowne nawałnice, gniją i grożą zatonięciem”. Lecz dzielną dłoń miał sternik od Boga postanowiony: chwyciwszy bowiem za ster, nie dość, że potrafił wśród szalejącej burzy skierować łódź do przystani, lecz nadto umiał zabezpieczyć ją od przyszłych nawałnic.

Odnowiciel życia chrześcijańskiego

Dziwne, zaprawdę, czego on dokonał w przeciągu rządów zaledwie nieco więcej niż trzynastoletnich. Był bowiem odnowicielem całego życia chrześcijańskiego, wznawiając pobożność pomiędzy wiernymi, zachowanie reguły wśród zakonników, gorliwość pasterską w biskupach. Ten „najroztropniejszy ojciec rodziny Chrystusowej” zachował i pomnożył ojcowiznę Kościoła, a zarazem hojnie i szczodrze wspomagał zubożały lud, społeczność chrześcijańską i kościoły, stosownie do ich potrzeb. Stawszy się zaiste, „Radcą Bożym”, rozszerzył swą owocną działalność poza mury Miasta, poświęcając ją całkowicie dobru społecznemu. Mężnie oparł się niesłusznym wymaganiom imperatorów bizantyjskich; poskromił czelność egzarchów i wielkorządców cesarskich, powstrzymał ich brudną chciwość, stając się w ten sposób obrońcą społecznej sprawiedliwości. Złagodził dzikość Longobardów i nie uląkł się wyjść aż do bram Rzymu na spotkanie Agilulfa, aby go skłonić do zaniechania oblężenia miasta, tak samo, jak to był uczynił Leon Wielki względem Attyli. Nie zaprzestał ani próśb, ani łagodnych upomnień, ani swej zręczności w układach, dopóki nie ujrzał, że ten straszny lud złagodniał, że sobie obrał formę rządu daleko sprawiedliwszą i nawet pozyskał go dla wiary katolickiej za sprawą szczególną pobożnej królowej Teodolindy, swej córki w Chrystusie. Oto dlaczego Grzegorz zdobył sobie słusznym prawem tytuł Zbawcy i Oswobodziciela Włoch, to jest tej ziemi, którą on sam nazywa z taką słodyczą – swoją.

Gorliwość pasterska

Dzięki jego nieustannej gorliwości pasterskiej, Włochy i Afryka pozbywają się reszty herezji, powraca ład w sprawach kościelnych Galii, rozwija się dalej rozpoczęte nawrócenie Wizygotów w Hiszpanii, zaś znamienity naród brytański, który – „zamieszkując ubocze świata, pozostawał do owego jeszcze czasu przy przewrotnym kulcie drzewa i kamieni” – teraz już przyjmuje prawdziwą wiarę Chrystusową. Po otrzymaniu nowiny o tej tak drogocennej zdobyczy, przepełnia Grzegorza taka radość, jakiej doznaje ojciec w uścisku najdroższego syna, a wszystko przypisuje Jezusowi Zbawicielowi, z „miłości ku któremu – powiada – szukamy w Brytanii braci, których nie znaliśmy; z którego łaski znaleźliśmy tych, których szukaliśmy, zanim ich poznaliśmy”. Naród zaś ten tak się okazał wdzięcznym owemu Świętemu Papieżowi, że nazywał go wręcz mistrzem naszym, Apostołem naszym, Papieżem naszym, Grzegorzem naszym, siebie zaś uważał niejako za pieczęć jego Apostolatu. Słowem, jego zbawienna działalność posiadała tę moc, że pamięć jego czynów wyryła się głęboko u potomności, szczególniej zaś w Wiekach Średnich, które, żeby tak powiedzieć, tchnęły jego duchem, karmiły się jego słowem, stosowały do niego swe życie i obyczaje; dzięki temu szczęśliwie cywilizacja chrześcijańska zajęła na świecie miejsce dawnej rzymskiej, wyczerpanej biegiem wieków i bezpowrotnie upadłej.

Zbawienna działalność

„Dziełem Bożym była ta zmiana!” Słusznie też można twierdzić, że sam Grzegorz rozumiał, iż jedynie prawica Najwyższego dokonała takich czynów. Rzeczywiście, w te słowa pisał do świętego zakonnika Augustyna o nawróceniu Brytanii, co można zastosować do wszystkiego, co w urzędzie apostolskim było przezeń zdziałane: „Czyjeż to – mówił – dzieło, jeżeli nie Tego, który powiedział: ‘Ojciec mój aż dotąd działa i ja działam’ (J 5, 17). Który dla pokazania światu, że chce go nawrócić nie za pomocą mądrości ludzkiej, lecz za pomocą Swej mocy, wybrał do nawracania świata ludzi bez nauki; to samo teraz powtarzając, gdy raczył dokonać w narodzie angielskim tak potężnych rzeczy przez pośredników tak słabych”. Nie jest bowiem dla nas tajemnicą to, co pokora Papieża ukrywała przed nim, a mianowicie: jego doświadczenie w działaniu, jego zręczność w przeprowadzeniu powziętych zamiarów, jego przedziwna roztropność, jego czujna gorliwość. Ale zarazem wiemy, że nie działał jak możni tego świata, za pomocą siły i potęgi – on, który, będąc podniesiony do wzniosłego szczytu godności papieskiej, pierwszy nazwał sam siebie „Sługą sług Bożych”. Nie torował też sobie drogi nauką świecką ani w „przekonywających słowach mądrości ludzkiej” (1 Kor 2, 4), ani subtelnością polityki światowej, ani uczonymi koncepcjami reformy socjalnej, starannie obmyślonymi i wprowadzonymi w życie, ani też wreszcie – co jest zadziwiające – szerokim programem działalności apostolskiej, z góry dobrze obmyślanym i ułożonym we wszystkich szczegółach. Owszem, wiemy, że był pochłonięty myślą o bliskim końcu świata i że dlatego sądził, że mało pozostało mu czasu do wykonania długotrwałych prac. Słabej i delikatnej budowy, skołatany przeciągającymi się chorobami, częstokroć zagrażającymi jego życiu, pomimo to cieszył się zdumiewającą siłą ducha, której dostarczała ustawicznie coraz nowej podniety jego żywa wiara w nieomylne słowo i Boskie obietnice Chrystusa. Niewzruszona była również jego wiara w moc udzieloną przez Boga Kościołowi, która mu miała pomagać w godnym spełnieniu jego posłannictwa na ziemi. Toteż celem jedynym jego życia, jak nam go przedstawiają jego słowa i czyny, było zachowanie we własnym sercu – jak też obudzenie w innych – tej wiary i ufności oraz czynienie dobra aż do ostatniego dnia życia, na ile tylko okoliczności w danej chwili mu na to pozwalały.

Stąd owo mocne postanowienie tego świętego męża, aby spożytkować dla ogólnego dobra tę przeobfitą mnogość skarbów niebieskich, którymi Bóg obdarował Kościół – niewzruszoną prawdę Nauki Objawionej; skuteczne Jej głoszenie, jak świat szeroki; sakramenty, posiadające moc wzbudzania lub powiększania łaski w duszach; wreszcie łaskę zapewniającej pomoc Bożą modlitwy w Imię Chrystusa.

Ufność w obietnice Chrystusowe

Wspomnienie tego wszystkiego dziwnie Nas, Czcigodni Bracia, umacnia. Albowiem, gdy z wysokości murów Watykanu rozejrzymy się po świecie, nie możemy powstrzymać się od tej bojaźni, jaką odczuwał Grzegorz, a może nawet jeszcze większej: tak wzmagają się burze, które Nas zewsząd otaczają; tylu nieprzyjaciół zwarte szeregi, gotowe do walki, czyhają na Nas; tak całkiem pozbawieni jesteśmy wszelkich ludzkich środków obrony – że ani nie możemy odeprzeć tych nawałnic, ani powstrzymać tego natarcia. Zważywszy jednak, po jakiej ziemi stąpamy, w jakim miejscu wznosi się ta Stolica Papieska, czujemy się bezpieczni w tej twierdzy Kościoła Świętego. „Któż bowiem nie wie – pisze Grzegorz do Eulogiusza, patriarchy Aleksandrii – że Kościół Święty jest oparty na niewzruszoności Księcia Apostołów, który już w Swym imieniu posiada moc ducha, gdyż Piotrem był nazwany od skały”. Bieg czasu nie osłabił nigdy Boskiej siły Kościoła, nigdy też nie zawiodła ufność w obietnice Chrystusowe – te obietnice, które trwają dziś tak samo, jak wówczas, gdy krzepiły ducha Grzegorzowego, owszem, w próbie tylu wieków i w zmienności tylu wydarzeń, wydają się Nam one jeszcze bardziej umocnione.

Nieśmiertelność Kościoła

Poupadały królestwa i państwa; znikły narody, które wsławił rozgłos ich imienia, ich cywilizacji. Widzi się często, jak pewne narody same się rozkładają niby od starości strawione. A oto tymczasem Kościół, nieśmiertelny ze swej natury, złączony nierozerwalnym węzłem ze Swym Boskim Oblubieńcem, trwa w całym blasku nieprzemijającej młodości, potężny swą pierwotną mocą, wciąż taki sam, jaki wyszedł z Serca umarłego na krzyżu Chrystusa. Powstawali przeciw niemu potężni tego świata, ale upadali sami, On zaś pozostał. Wymyślano niezliczone, przeróżnego rodzaju, systemy filozoficzne, a ich mistrzowie przechwalali się w swej pysze, że oto nareszcie zwalczyli naukę Kościoła, że obalili dogmaty wiary i że dowiedli bezpodstawności Jego powagi. Tymczasem dzieje przypominają nam tylko, jak owe systemy, zarzucone doszczętnie, poszły w niepamięć, podczas gdy z Opoki Piotrowej blask prawdy promienieje z tą samą siłą, jaką nadał mu Chrystus, gdy zapalił go światu – z tą siłą, jaką daje mu nieustannie Swym Boskim słowem: „niebo i ziemia przeminą, słowa zaś moje nie przeminą” (Mt 24, 35).

Konieczność powrotu na łono Kościoła

Mocni tą wiarą, ugruntowani na tej Opoce, w całej świadomości najcięższych obowiązków, jakie na Nas Pontyfikat nakłada – ale zarazem też świadomi całej owej siły, która Nam jest z wysoka udzielona – oczekujemy spokojnie, aż zamilkną te liczne krzykliwe głosy, jakoby już był koniec z Kościołem katolickim, jakoby Jego nauka upadła już bezpowrotnie, jakoby niebawem miała być zmuszona do pogodzenia się z wyrokami odrzucającej Boga nauki i cywilizacji albo zniknąć miała spośród społeczności ludzkiej. Tymczasem jednak uważamy za swój obowiązek, idąc za przykładem świętego Grzegorza, przypomnieć wszystkim, wielkim i małym, jak bezwzględnie konieczny jest dziś powrót do Kościoła, przez który otrzymuje się zbawienie wiekuiste, pokój a nawet pomyślność w tym życiu doczesnym.

Konieczność zgody między władzą kościelną a doczesną

Dlatego też – by użyć słów świętego Papieża – „kierujcie dalej swe myśli do tej opoki silnej, na której, jak wiecie, Zbawiciel założył Kościół powszechny, aby czyści sercem nie mieli po drodze przeszkód, przez które mogliby zbłądzić”. Sama miłość Kościoła i zjednoczenie z nim „łączy rozdzielone, porządkuje pomieszane, jedna nierówne, uzupełnia niedoskonałe”. Należy sobie dobrze zapamiętać, że „nikt nie może należycie zarządzać sprawami tego świata, jeżeli się nie wyćwiczył w sprawach Bożych: że pokój państw zawisł od pokoju Kościoła powszechnego”. Stąd wielka konieczność doskonałej zgody między władzą kościelną a doczesną, które, z woli Opatrzności Bożej, mają siebie nawzajem wspierać. Dlatego też „władza… nad wszystkimi ludźmi dana jest z nieba, aby mieli pomoc ci, którzy dążą do dobrego, ażeby się rozszerzyła droga, prowadząca do nieba, ażeby królestwo ziemskie służyło niebieskiemu”.

Obrona praw i przywilejów Kościoła

Z tych zasad płynęło owo niezwyciężone męstwo Grzegorza, które, przy Bożej pomocy, będziemy się starali naśladować, postanawiając sobie, że wszelkimi sposobami będziemy bronili całości praw i przywilejów, których Pontyfikat Rzymski jest stróżem i obrońcą przed Bogiem i ludźmi. Toteż ten sam Grzegorz pisze do patriarchów Aleksandrii i Antiochii, że gdy idzie o prawa Kościoła Powszechnego, „choćby nawet śmiercią powinniśmy okazać, że przywiązanie do naszego własnego dobra nie powinno nigdy iść w poprzek dobru ogólnemu”. Zaś do cesarza Maurycego: „Kto zaś uniesiony czczą pychą podnosi głowę swą przeciw Bogu Wszechmogącemu i przeciw ustawom Ojców – mam ufność w Bogu Wszechmocnym – nawet mieczem mojej głowy ku sobie nie pochyli”. Zaś do diakona Sabiniana: „Jestem gotów raczej umrzeć, aniżeli przyzwolić, aby za dni moich miał się wyrodzić Kościół Świętego Piotra; znasz dobrze mój charakter, że długi czas jestem cierpliwy; że jednak, gdy raz już postanowię nie znosić czegoś dłużej, z wesołością idę naprzeciw wszelkiemu niebezpieczeństwu”.

Takie przede wszystkim zasady głosił Święty Grzegorz Papież i z poddaniem słuchali ich ci, do których one były skierowane. Gdy przeto tak książęta, jak i ludy posłuszni byli jego słowu, świat powracał do prawdziwego zbawienia i zbliżał się do cywilizacji tym wznioślejszej i płodniejszej, że opartej na trwalszych podwalinach zdrowego rozumu i karności moralnej, czerpiąc całą swą siłę z prawd Bożego Objawienia i z nauki Ewangelii.

Czasy św. Grzegorza a świat współczesny

W owych jednak czasach ludy – jakkolwiek prostacze, nieokrzesane i pozbawione wszelkiej kultury – pragnęły życia; tego zaś nikt nie mógł udzielić, tylko Jezus Chrystus przez swój Kościół: „Jam przyszedł, aby żywot miały i obficiej miały” (J 10, 10). I rzeczywiście miały żywot i to żywot przeobfity. Jeśli bowiem z Kościoła może płynąć tylko życie nadprzyrodzone, to jednak wszelkie inne siły życiowe – nawet te, które są porządku czysto przyrodzonego – skupiają się w tamtej i przez nią są odżywiane. „A jeśli korzeń święty, to i gałęzie – mówił święty Paweł do pogan – a ty, będąc płonną oliwą, jesteś w nie wszczepiony i stałeś się uczestnikiem korzenia i tłustości oliwnej” (Rz 11, 16–17).

Dziś przeciwnie, choć świat współczesny korzysta ze świata cywilizacji chrześcijańskiej tak obficie, że w żaden sposób nie można go już porównać do stanu ludzkości za świętego Grzegorza, to wydaje się jednak jakby sprzykrzyło mu się już owo życie – życie, które pozostaje głównym, a często nawet jedynym źródłem wszelkiego dobra, nie tylko w przeszłości, ale też i w czasach dzisiejszych. I nie dość, że świat ten oddziela się od pnia głównego na podobieństwo nieużytecznej gałęzi – jak to bywało dawniej, kiedy to wybuchały herezje i schizmy – czyha on wręcz na sam pień główny, którym jest Kościół, usiłując pozbawić go życiodajnych soków, aby i drzewo tym pewniej runęło, nie puszczając więcej żadnego kiełku.

Współczesne błędy

To wszystko jest największym błędem współczesnym, z którego wypływają wszelkie inne; z tego też powodu tylu ludzi traci zbawienie wieczne, tyle ruin w dziedzinie religijnej opłakujemy, obawiając się jeszcze większych, jeżeli się temu skutecznie nie zapobiegnie. Zaprzecza się dziś istnieniu porządku nadprzyrodzonego; zaprzecza się udziałowi Boga w stworzeniu świata i Jego Opatrzności w kierowaniu biegiem wszystkich spraw tego świata, jak też możliwości cudów. Po usunięciu zaś tego wszystkiego muszą się z konieczności zachwiać podstawy religii chrześcijańskiej. Ta negacja posuwa się aż do zaprzeczenia dowodów istnienia Boga: z niepojętą lekkomyślnością i podeptaniem najpierwszych j zasad rozumowych zadaje się kłam niezaprzeczalnemu dowodowi, że od skutków dochodzi się do przyczyny, tj. do Boga i Jego nieskończonych doskonałości. „Gdyż niewidzialne Jego przymioty, od stworzenia świata, przez zrozumienie tych rzeczy, które są uczynione, bywają poznane, wieczna też moc Jego i Bóstwo” (Rz 1, 20). Stąd otwarta już droga do wszelkiego rodzaju błędów, zarówno sprzecznych z wymaganiami zdrowego rozumu, jak i zgubnych dla moralności.

To samowolne zaprzeczenie pierwiastka nadprzyrodzonego przez „fałszywie nazwaną wiedzę” (Tm 6, 20) poczytuje się też za postulat pewnego kierunku krytyki dziejowej, tak samo fałszywego. Cokolwiek w jaki bądź sposób dotyczy porządku nadprzyrodzonego – już to doń należąc, już to mając z nim styczność, przypuszczając go lub wreszcie przezeń tylko w wielu razach dając się wytłumaczyć – wszystko to, bez żadnego zbadania wyrzuca się z kart dziejów. Tu należy Bóstwo Jezusa Chrystusa, Jego Wcielenie za sprawą Ducha Świętego, Jego z własnej mocy Zmartwychwstanie i w ogóle wszystkie inne prawdy naszej wiary. Raz wszedłszy na te bezdroża, krytyka naukowa nie ma dziś żadnego hamulca, dlatego też, co tylko się nie podoba, lub zdaje się być niezgodzie ze z góry przyjętym założeniem, wszystko to wyrzuca silę samowolnie z ksiąg świętych. Odrzuciwszy bowiem porządek nadprzyrodzony, trzeba oprzeć dzieje początków Kościoła na zgoła innych podstawach, stąd też nowatorzy wedle swego widzimisię wywracają pomniki dziejowe, zmuszając je do mówienia tego, czego chcą sami, a nie tego bynajmniej, co pragnęli powiedzieć ich twórcy.

Skutki błędów

Wielu też zwiedzionych aparatem nadzwyczajnej erudycji oraz pozornie przekonywającymi dowodami, traci wiarę lub silnie się w niej zachwiewa. Nie brak też i takich, którzy stojąc wytrwale przy wierze, oskarżają o dążności wywrotowe krytykę naukową, która przecież sama w sobie jest bez winy, owszem, należycie zastosowana, stanowi bezpieczny czynnik w badaniu. A przecież ani jedni, ani drudzy nie pamiętają o tym, że wychodzą z fałszywego założenia, to jest, że mają za punkt wyjścia wiedzę fałszywą, która z konieczności musi też prowadzić do fałszywych wyników. Przyjęcie fałszywej zasady filozoficznej musi prowadzić do podkopania wszystkiego – dlatego też odpieranie podobnych błędów nie będzie nigdy skuteczne, dopóki nie zmieni się taktyki, to znaczy, dopóki błądzący nie wyjdą z bezpiecznych, jak im się wydaje, okopów swej krytyki na otwarte pole filozofii, po opuszczeniu którego wpadli w błędy.

Przykro jest bardzo zwracać się do ludzi nie pozbawionych giętkości myśli i pilności w badaniu, ze słowami św. Pawła, upominającego tych, którzy nie potrafią od rzeczy ziemskich sięgnąć do rzeczy zakrytych dla oczu: „Ale znikczemnieli w myślach swoich i zaćmione jest ich bezrozumne serce; albowiem powiadając się być mądrymi, głupimi się stali” (Rz 1, 21–22). Głupim zaś istotnie musi być nazwany każdy, kto traci siły umysłowe na budowanie na piasku.

Szkody dla moralności ludzkiej i życia społeczeństw

Nie mniej opłakania godne są szkody, które z owego. przeczenia płyną dla moralności ludzkiej i dla życia społeczeństw; jeżeli bowiem usunie się wiarę w to, że poza naturą widzialną jest jeszcze coś Boskiego, nie pozostanie już żadnego środka do poskromienia najbardziej nawet wyuzdanych namiętności, oddanie się którym prowadzi do wszelkiego zła. Tak więc „wydał ich Bóg pożądliwościom ich serca ku nieczystości, aby między sobą ciała swe sromocili” (Rz 1, 24). Dla Was też, Czcigodni Bracia, nie jest bynajmniej tajemnicą, jak zaraza zepsucia zewsząd się szerzy. Władza zaś ziemska, zupełnie wobec niej bezsilna, nie będzie w stanie jej zatamować, jeśli nie ucieknie się do pomocy środków wyższego porządku, o czym właśnie mówiliśmy. Ale nawet i w leczeniu innych chorób władza ludzka nic nie pomoże, jeśli się zapomni albo zgoła zaprzeczy temu, że wszelka władza od Boga pochodzi. Wówczas bowiem pozostanie tylko jedno wędzidło do opanowania wszystkiego, to jest siła; ta zaś nie może być ustawicznie stosowana, nie zawsze też bywa pod ręką. Toteż lud trawiony jest jakby przez ukrytą chorobę, ze wszystkiego jest niezadowolony, ogłasza swą wolę za jedyną normę swych czynów, knuje spiski, wywołuje niekiedy bardzo burzliwe wstrząśnienia państw, przewraca wszelkie prawo Boskie i ludzkie. Po usunięciu Boga, nie ma już żadnego posłuchu dla praw świeckich, żadnego poszanowania dla najpotrzebniejszych instytucji; sprawiedliwość idzie w poniewierkę, I ucisk cierpi sama wolność oparta na prawie przyrodzonym; dochodzi się do tego, że rozluźnia się związek rodzinny, najpierwsza i najsilniejsza podstawa zjednoczenia społecznego. Stąd też wreszcie pochodzi, że w tych czasach, tak wrogich dla Chrystusa, z taką trudnością daje się zastosować środki przez Niego samego dane Kościołowi do utrzymania ludów w ich obowiązkach.

Ocalenie w Chrystusie

A jednak nie gdzie indziej, jeno w Chrystusie jest ocalenie: „I nie masz w żadnym innym zbawienia. Albowiem nie jest pod niebem inne imię dane ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni” (Dz 4, 12). Do Niego więc wrócić trzeba koniecznie, do Jego stóp upaść, z Jego Boskich ust czerpać słowa życia wiecznego. Tylko bowiem On jeden może wskazać drogę powrotu do zbawienia, On jeden tylko może nauczyć prawdy, On jeden tylko może wrócić życie – On, który rzekł o sobie: „Jam jest droga, prawda i żywot” (J 14, 6). Próbowano na nowo budować sprawy świata bez Chrystusa: poczęto budować odrzuciwszy kamień węgielny, przed czym już Piotr przestrzegał tych, co ukrzyżowali Jezusa. I oto po raz drugi wali się budowa, miażdżąc głowy budujących. Tymczasem Jezus pozostaje kamieniem węgielnym społeczeństwa ludzkiego i znowu sprawdza się pewnik, że poza Nim nie ma zbawienia. „Ten jest kamień, który się stał na głowę węgła. I nie masz w żadnym innym zbawienia” (Dz 4, 11–12).

Obudzić życie nadprzyrodzone

Łatwo stąd zrozumiecie, Czcigodni Bracia, jaka konieczność ciąży na każdym z nas, byśmy z największym wysiłkiem ducha, wszelkimi posiadanymi sposobami, starali się obudzić to życie nadprzyrodzone we wszystkich warstwach ludzkiej społeczności, począwszy od najniższego wyrobnika, który w pocie czoła pracuje na chleb powszedni, aż do potężnych tego świata, którzy kierują losami narodów. W tym celu należy się uciec przede wszystkim do modlitwy, tak prywatnej, jak i publicznej, by – powtarzając za zagrożonymi burzą Apostołami: „Panie, zachowaj nas, giniemy” (Mt 8, 25) – uprosić Boga, żeby w miłosierdziu swoim nie odmówił swej potężnej pomocy.

Zadanie biskupów

Ale to jeszcze nie wszystko. Grzegorz bowiem upomina biskupa, który, zamiłowany w odosobnieniu i modlitwie, nie wychodzi na pole walki, by mężnie potykać się za Chrystusa: „Ten człowiek nosi tylko miano biskupa”. Słusznie tak powiada; biskup bowiem jest obowiązany nieść światło dla umysłów ustawicznym głoszeniem prawdy, dzielnym odpieraniem błędnych nauk, w tym zaś celu powinien opancerzyć się w dobrą i trwałą znajomość filozofii i teologii, a także we wszelkie wiadomości pomocnicze, którymi wzbogaciło wiedzę należyte badanie dziejów. Ponadto jest bezwzględnie konieczne właściwe wdrażanie we wszystkie umysły przekazanych przez Chrystusa przepisów moralnych, aby każdy nauczył się panować nad sobą, poskramiać swe namiętności, hamować nadętości pychy, słuchać władzy, ćwiczyć się w sprawiedliwości, obejmować swą miłością wszystkich ludzi, miłosierdziem chrześcijańskim łagodzić gorycz pochodzącą z nierówności społecz­nej, odrywać się od dostatków ziemskich, zadawalać się tym stanem, jaki nam dała Opatrzność, starając się go polepszyć pilnym spełnianiem swych obowiązków, wzdychać do życia przyszłego w nadziei dóbr nieprzemijających. A przede wszystkim zaś należy starać się o to, by te zasady przyjęły się w sercach i w nich się utrwaliły, żeby prawdziwa i trwała pobożność tym głębsze zapuściła korzenie, tak aby wszyscy – jako ludzie i jako chrześcijanie – nie tylko ustami, lecz samym czynem wyznawali swoje powinności i z dziecięcą ufnością biegli do Kościoła i jego sług, by otrzymywać od nich odpuszczenie grzechów, by się wzmacniać łaską sakramentalną i na nowo urządzać swe życie wedle przepisów prawa chrześcijańskiego.

Miłość Chrystusowa

Z tym najprzedniejszym obowiązkiem posługiwania duchownego powinna się łączyć miłość Chrystusowa, którą przejęci, mamy nie pozostawić bez pociechy żadnego stroskanego, żadnego płaczącego bez otarcia łez, żadnej biedy bez dania jej pomocy. Poświęćmy się całkowicie pełnieniu takiej miłości, niech ustąpią przed nią wszelkie nasze sprawy, niech zostaną jej podporządkowane wszelkie nasze korzyści osobiste i wygody, abyśmy, stawszy się „wszystkim dla wszystkich” (1 Kor 9, 22), starali się wszystkich pozyskać dla Boga – nawet za cenę własnego życia, jak tego wymaga od pasterzy Kościoła przykład Pana Chrystusowy: „Dobry pasterz duszę swą daje za owce swoje” (J 10, 11).

Te złote przestrogi przepełniają karty dzieł świętego Grzegorza, jednak daleko potężniej wycisnęły one swe znamię na licznych przykładach jego przedziwnego żywota.

Ustępstwa na rzecz wiedzy

Owe przepisy wypływają naturalnie tak z zasad Objawienia chrześcijańskiego, jak i z głębi własności naszego apostolatu. Stąd też widzicie, Czcigodni Bracia, w jakim błędzie znajdują się ci, którzy myślą, iż dobrze zasługują się Kościołowi i że pracują dla sprawy powszechnego zbawienia dusz, gdy, ulegając pewnej roztropności światowej, czynią zbyt wiele ustępstw na rzecz wiedzy, która fałszywie korzysta z tej nazwy – czynią to w zwodniczej nadziei, że w ten sposób łatwiej pozyskają błądzących, w rzeczywistości zaś sami narażają się na niebezpieczeństwo upadku. Wszakże prawda jest jedna i niepodzielna, trwa wiecznie, nie ulegając prądom czasu: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś: ten sam i na wieki” (Hbr 13, 8).

Działanie dla dobrobytu społecznego

Mylą się także bardzo ci, którzy działając na rzecz dobrobytu społecznego – szczególnie gdy idzie o pomoc warstwom ludowym – dbają przede wszystkim o to, co dotyczy potrzeb cielesnych, zapominając o potrzebach duchowych i o wielkiej doniosłości obowiązku życia chrześcijańskiego. Czasami nawet nie wstydzą się oni jakby zasłoną zakrywać najważniejszych przepisów Ewangelii – z obawy, aby nie traciły one posłuchu, a może nawet nie zostały zupełnie porzucone. Zapewne, gdy będzie szło o oświecanie ludzi wrogich naszym naukom i zupełnie dalekich od Boga, roztropność może pozwolić na działanie stopniowe. „Jeżeli trzeba wyciąć rany, należy je najpierw ostrożnie wyczuć”. A jednak brać takie postępowanie za ogólną i stałą zasadę, to zamieniać uzasadnioną ostrożność na pewien rodzaj cielesnej roztropności, tym bardziej, że wówczas nie doceniałoby się łaski Bożej, udzielanej nie tylko z jednej strony kapłaństwu i jego pomocnikom, ale też z drugiej strony także wszystkim wiernym Chrystusowym, aby nasze słowa i czyny poruszały serca. Podobna roztropność obca była Grzegorzowi czy to w głoszeniu Ewangelii, czy to w innych wspaniałych działaniach dla ulżenia biedom ludzkim. On stale szedł śladami Apostołów, którzy już tego dnia, gdy rozchodzili się w świat, by głosić Chrystusa, mówili: „A my przepowiadamy Chrystusa ukrzyżowanego, żydom wprawdzie zgorszenie a Grekom głupstwo” (1 Kor 1, 23). Jeżeli zaś kiedy chwila była właściwa by uciekać się do podobnej roztropności, to właśnie wówczas, kiedy to umysły nie były bynajmniej przygotowane do przyjęcia tej nowej nauki, tak przeciwnej rozpowszechnionym namiętnościom, tak sprzecznej ze świetną cywilizacją Greków i Rzymian. Tymczasem Apostołowie uważali ową roztropność za zupełnie zbyteczną, skoro mieli wyraźną wolę Bożą w słowach: „Podobało się Bogu przez głupstwo przepowiadania zbawić wierzących” (1 Kor 1, 21), to zaś głupstwo było zawsze i wciąż jest „tym, którzy zbawienia dostępują, to jest nam, mocą Bożą” (1 Kor 1, 18). W zgorszeniu krzyża, jak niegdyś, tak i na przyszłość, spoczywa oręż najdzielniejszy; jak dawniej, tak i teraz – wciąż nasze będzie „w tym znaku zwycięstwo”.

Reguła pasterska

Ów oręż jednak, Czcigodni Bracia, straci swą dzielność i stanie się nawet całkiem bezużyteczny, jeśli będą nim władali ludzie nie przyzwyczajeni do życia wewnętrznego z Chrystusem, nie wyćwiczeni w szkole prawdziwej i gruntownej pobożności, nie gorejący płomieniem gorliwości o chwałę Boga i rozszerzenie Jego Królestwa. To zaś wszystko święty Grzegorz do tego stopnia uważał za konieczne, iż z największą troskliwością udzielał święceń takim biskupom i kapłanom, którzy byli przejęci gorącym pragnieniem chwały Bożej i istotnego dobra dusz ludzkich. Taki cel założył sobie w księdze pod tytułem Reguła pasterska, w której wyłożył zasady zbawiennego wychowania kleru i zarządu biskupiego, pożyteczne nie tylko wówczas, ale i dziś jeszcze. „Niby Argus wielooki – powiada dziej opis jego żywota – wodził wzrokiem swej troskliwości pasterskiej po całym obszarze ziemi”, aby wyszukiwać i naprawiać wady i opuszczenia duchowieństwa. Na samą nawet myśl o niebezpieczeństwie, a mianowicie, że zepsucie ówczesnego świata mogłoby zbrukać obyczaje kapłańskie, ogarniało go przerażenie. Jeżeli zaś spostrzegł coś niezgodnego z karnością kościelną, bolał wielce i nie mógł się uspokoić. Trzeba było go wówczas widzieć, jak upominał, strofował, grożąc występnym karami kościelnymi, lub jak je czasami sam nakładał, bez żadnej zwłoki, bez żadnych względów na ludzi lub okoliczności, usuwając niegodnych od obowiązków.

Często znajdujemy w jego pismach tego rodzaju upomnienia: „Jakim czołem przywłaszcza sobie posłannictwo pośredniczenia między Bogiem a ludem ten, kto nie potrafi wykazać się świadectwem, że jego życie zasługuje na łaskę i poufałość z Bogiem?”. „Jeżeli jego życie przesiąknięte jest namiętnościami, jak śmie taki śpieszyć z leczeniem ran cudzych, skoro sam na obliczu swym wrzód nosi?” – Jakich głosiciele prawdy mogą się spodziewać owoców po wiernych Chrystusowych, „skoro sami swymi obyczajami zadają kłam temu, czego ustami nauczają?”. – „Zaiste, nie jest zdolny obmyć przewinień brata ten, kto sam ugina się pod ciężarem własnych przewinień”.

Ideał kapłana

Ideał kapłana tak pojmuje i opisuje: „Jest to ten, który umarłszy już wszelkim namiętnościom ciała, żyje tylko duchowo; który wzgardził dostatkami świata tego i nie boi się wcale przeciwności, pragnąc tylko rzeczy duchowych; nie pożąda rzeczy cudzych, natomiast swoje rozdaje; którego serce miłosierne rychłe jest ku darowaniu, nigdy jednak przez niewczesną wyrozumiałość nie wpada w drugą ostateczność, który nie dość, że sam wykroczeń nie popełnia, ale jeszcze może cudze wykroczenia jako własne opłakuje; który czułym sercem współczuje słabości bliźniego i tak cieszy się powodzeniem braci jakby swoim własnym; który mógłby być wzorem do naśladowania we wszystkich swych czynach, bez obawy znalezienia między nimi takich, których by się miał wstydzić; który stara się tak żyć, iżby mógł serca oschłe zrosić wodą własnej nauki; który z praktyki modlitwy i z własnego doświadczenia już się przekonał, że może otrzymać od Pana to, o co by prosił”.

Ostrożność przy udzielaniu święceń kapłańskich

Jakże więc jest rzeczą doniosłą, Czcigodni Bracia, aby biskup, zanim nałoży ręce na nowych lewitów, zastanowił się dobrze sam z sobą i w obliczu Boga! „Nigdy – powiada Grzegorz – nie powinien się powodować żadnymi względami ani też ulegać żadnym staraniom, tak iżby posuwał do święceń tych tylko, których do tego zaleca ich życie i postępowanie”. Jakiej to potrzeba nam dojrzałej rozwagi, zanim świeżo wyświęconym kapłanom powierzymy pełnienie obowiązków apostolskich! Ci, jeżeli nie będą wypróbowani należycie pod kierunkiem rozsądniej szych kapłanów, jeżeli nie będzie się miało pewnych danych o ich uczciwej przeszłości, o skłonności ich ku pobożności, o ich zupełnej gotowości do posłuchu temu wszystkiemu, co zaprowadził bądź zwyczaj Kościoła, bądź długie doświadczenie stwierdziło, lub co nakazali ci, „których Duch Święty postanowił biskupami, aby rządzili Kościół Boży” (Dz 20, 28) – tacy będą pełnili obowiązki kapłańskie nie ku zbawieniu ludu chrześcijańskiego, lecz ku zatraceniu. Albowiem tacy będą zasiewali niesnaski, będą gotowali mniej lub więcej ukryte bunty, dając, rozumie się, smutny przykład ludowi, który w zdumieniu swym będzie przypuszczał, że nastąpiło już rozdwojenie w społeczności chrześcijańskiej, gdy właściwie wszystko to, godne opłakania, należy przypisać tylko pysze i uporowi niewielu. O, precz od wszystkich świętych czynności, precz z takimi rozsiewaczami niezgody! Nie takich to bowiem Apostołów potrzebuje Kościół, nie tacy też to są Apostołowie Chrystusa Ukrzyżowanego, ci bowiem samych tylko siebie opowiadają.

Św. Grzegorz na Soborze Laterańskim

Zdaje się nam, że oto widzimy jeszcze postać Grzegorza, na koncylium papieskim Laterańskim otoczonego wieńcem przybyłych zewsząd biskupów, w obecności całego kleru miasta. Jak skuteczna z ust jego płynie zachęta do spełniania obowiązków kapłańskich! Jakaż gorącość ducha go pożera! Mowa jego niby burza uderza w ludzi przewrotnych; każde słowo jego to nowy raz, którym smaga opieszałych; są to płomienie miłości Bożej, które podniecają łagodnie nawet dusze najgorętsze. Czytajcie sami, Czcigodni Bracia, i dawajcie duchowieństwu waszemu do czytania i do rozważania, szczególniej podczas świętych ćwiczeń dorocz­nych, tę przedziwną homilię świętego Papieża!

W niewymownym smutku biada on tam między innymi: „Oto świat pełen jest kapłanów, a jednak rzadki trafia się pracownik na żniwie Bożym; albowiem przyjęliśmy wprawdzie urząd kapłański, ale obowiązku tego urzędu nie spełniamy”. Ileżby to sił zebrał dziś Kościół, gdyby miał tylu pracowników, ilu kapłanów? Jak obfite owoce wydawałoby w duszach nadprzyrodzone życie Kościoła, gdyby każdy był oddany rozwojowi tego życia? Tego rodzaju właśnie dzielność obudził skutecznie Grzegorz za swego życia, wpływem zaś swoim sprawił, że rozkwitała ona i w wiekach następnych. Toteż Wieki Średnie nosiły na sobie wybitne znamię Grzegorzowe, tak iż prawie wszelkie dobro zawdzięczały temu Papieżowi: czy to zasady zarządu kościelnego, czy to wielorakie instytucje miłosierne i dobroczynne, czy to podstawy doskonalszej ascetyki oraz instytucje życia zakonnego, czy to wreszcie uporządkowanie ceremonii i śpiewu kościelnego.

Życie Kościoła nie zmienia się mimo zmiany czasów

Nastały czasy zupełnie odmienne. Ale, jak już niejednokrotnie nadmieniliśmy, nic nie zmieniło się w życiu Kościoła. Posiada On bowiem w spadku od swego Boskiego Założyciela taką moc niespożytą, która zachowuje dzielność po wszystkie wieki, choćby najbardziej różnorodne – moc nie tylko zaspakajania potrzeb duchowych, jak to jest Jego pierwszym zadaniem, lecz nadto i wywierania potężnego wpływu także na rozwój prawdziwej cywilizacji, co bezpośrednio wypływa z Jego natury.

I w rzeczy samej nie może być inaczej: prawdy porządku nadprzyrodzonego, oddane w opiekę Kościołowi, w sposób nieunikniony przyczyniają się w wysokim stopniu do rozwoju wszystkiego w przyrodzonym porządku rzeczy – prawdy, dobra i piękna – i to o tyle skuteczniej, o ile wszystko to zmierza do najwyższego początku wszelkiej prawdy, dobroci i piękna, to jest do Boga samego.

Pożytek Boskiej nauki

Z nauki Boskiej płynie wielki pożytek dla wiedzy ludzkiej; już to dlatego, że przez nią otwiera się szersze pole do nowych odkryć, już to, że wyznacza ona prostą drogę badań i zapobiega błędom metody w drodze do zdobycia wiedzy. Tak właśnie światło latarni portowej, oświetlając podróżującym w nocy wiele rzeczy okrytych zasłoną ciemności, ostrzega zarazem przed skałami, z którymi zderzenie przyprawić może okręt o rozbicie.

Karność obyczajów

Co się zaś tyczy karności obyczajów, skoro Zbawiciel i Pan Nasz zalecił nam jako najwyższy wzór doskonałości samą dobroć Swego Ojca (Mt 5, 48), któżby nie wiedział, jakie bodźce stąd wypływają, czy to ku coraz doskonalszemu zachowywaniu prawa przyrodzonego, wyrytego w sercu każdego człowieka, czy to ku stałemu wzrostowi pomyślności osobistej, rodzinnej i wreszcie społecznej? To też było siłą, która ludy barbarzyńskie z dzikości doprowadziła do kultury, podniosła z upodlenia niewiastę, zniosła jarzmo niewoli, przywróciła porządek zwolniwszy wedle słuszności więzy spajające różne warstwy społeczne, przywróciła sprawiedliwość, wydała prawdziwą wolność ducha, zabezpieczyła pokój w rodzinie i w państwie.

Sztuki piękne

Wreszcie sztuki piękne, wznosząc się ku Bogu – wieczystemu pierwowzorowi wszelkiego piękna, z którego wypływają wszystkie piękności i formy przyrody – łatwiej unikają poziomości i wyrażają w sposób daleko potężniejszy pojęcia ducha, w którym zasadza się treść sztuki. Trudno wypowiedzieć, ile dobrego dało sztukom skierowanie ich na służbę religii – w ofiarowaniu Bogu tego wszystkiego, co tylko godnego Go mają one w swym bogactwie, w swej rozmaitości, w swym pięknie i w powabności swych form. Taki jest początek sztuki religijnej, która służyła i służy dotąd za podstawę wszelkiej sztuki świeckiej. Poruszyliśmy niedawno w specjalnym motu proprio sprawę śpiewu rzymskiego, aby go sprowadzić do dawnych tradycji, poruszając jednocześnie też sprawę muzyki religijnej. Ale i wszystkie inne sztuki podlegają tym samym prawom, tak iż to, co powiedziano o śpiewie, w równej mierze dotyczy i malarstwa, i rzeźby, i budownictwa, tych tak szlachetnych pochodni umysłu ludzkiego, które Kościół zawsze ożywiał i pielęgnował. Cały rodzaj ludzki, pociągnięty tą szczytną krasą, wznosi imponujące świątynie, gdzie w Domu Bożym, jakby we własnym, wśród najwspanialszej obfitości wszelkich sztuk, wśród dostojnych ceremonii i najsłodszych melodii, umysły kierują się do rzeczy niebieskich.

Odnowić wszystko w Chrystusie

Takie to, jak powiedzieliśmy, dobrodziejstwa zdołał Grzegorz wyświadczyć swej epoce i wiekom następnym. I obecnie, wsparci mocą tej samej podpory, opatrzeni tymi samymi środkami, możemy na nowo osiągnąć te same owoce, zachowując ze wszelką starannością, co tylko dobrego z łaski Bożej pozostało i „odnawiając wszystko w Chrystusie” (Ef 1, 10), cokolwiek z prawej drogi zboczyło.

Miło Nam zakończyć to Nasze pismo tymi samymi słowami, jakimi sam Grzegorz zakończył ową słynną pamiętną przemowę na papieskim koncylium Laterańskim: „Bracia moi, rozważcie to uważnie sami i bliźnim waszym dajcie do rozważenia; gotujcie się i oddać Bogu Wszechmogącemu owoce ze stanowiska, któreście przyjęli. To jednak, o czym mówimy, łatwiej u was osiągniemy modlitwą aniżeli wymową. Módlmy się: Boże, który raczyłeś nas powołać na pasterzy ludu, daj, prosimy Cię, abyśmy się stali w Twych oczach i rzeczywiście tym, czym nas usta ludzkie nazywają”.

Błogosławieństwo

W ufności, że na wstawiennictwo świętego Grzegorza Papieża, Pan Bóg łaskawie wysłucha tych modłów, jako zadatek darów niebieskich i dowód Naszej ojcowskiej życzliwości, udzielamy z całego serca wam wszystkim, Czcigodni Bracia, duchowieństwu i ludowi waszemu Błogosławieństwa Apostolskiego.

Dan w Rzymie, u św. Piotra 12 marca roku 1904, w uroczystość św. Grzegorza Papieża i Doktora Kościoła, pontyfikatu zaś Naszego roku pierwszego.

Pius X



Dodaj komentarz