informacje

26 III. bł. Dydak z Kadyksu

informacje

Błog. O. Dydaka Józefa z Kadyksu Kapucyna
żył od 1743-1801 roku.

1. Wiek młodociany.

W Hiszpanii w mieście Kadyksie, z ojca Józefa Lopez Kaamano i matki Maryi Garcii Perez Z Galicji hiszpańskiej pochodzących) szlachetnych i pobożnych rodziców, w roku 1743 2 kwietnia urodził się synek, któremu na Chrzcie świętym dano imię Józef Franciszek. Do jak wysokiej świętości miało dojść to dziecię w przyszłości, od pierwszych lat dziecinnych, patrząc się na jego anielskie zachowanie, można było przewidzieć. W niemowlęctwie jeszcze będąc, twarzyczka jego przyozdabiała się miłym wdziękiem uśmiechu, gdy niewinne oczka jego zobaczyły medalionik Matki Bożej lub Krzyżyk wiszący na szyi swej matki; wtenczas to wyciągając rączki, z pospiechem chwytało i do usteczek przyciskało całując wszystkie poświęcone przedmioty, wpadało zaś w nieutulony płacz, gdy mu takowe odebrano. Wzrastając w latach, postępował też w anielskich cnotach niewinności i prawdziwej pobożności. Przykładem świętobliwej matki pouczony, nie tylko w dzień ale także i w nocy przebudziwszy się klękał do modlitwy, a prawie codziennie szedł z matką na Mszę świętą do pobliskiego kościoła. Najulubieńszą zabawką dla niego było ustawianie krzyżyków, kapliczek, odprawianie przed niemi nabożeństwa w sposób widziany w kościele. Gdy dorósł do lat, w których nauczył się czytać i służyć do Mszy świętej, rano skoro świt biegną! do kościoła, aby go żaden z chłopców nie wyprzedził w służeniu do Mszy świętej. Nieraz przy drzwiach zamkniętych przed kościołem klęcząc, modlił się i oczekiwał przybycia kapłana, a gdy ten nadszedł, grzecznie całując go po rękach mówił: „Pozwól mi księże, być Cyrenejczykiem pomagającym dźwigać Krzyż Chrystusowi, pozwól mi służyć do Mszy świętej.
Z opowiadań swej matki i nauk słyszanych w kościele, dowiedziawszy się o wielkich cierpieniach Chrystusa Pana, poniesionych z miłości dla zbawienia dusz ludzkich, zapragnął naśladować Zbawiciela Ukrzyżowanego, w miłości i cierpieniach; umartwiał więc ciało swoje niewinne postami, biczowaniem lub noszeniem ostrzejszej i grubszej sukienki. Widząc to rodzice, niezmiernie cieszyli się dziecinną pobożnością swojego ukochanego synka Józefa Franciszka, nie przeszkadzali, lecz zachęcali go do cnotliwego życia celem wyrobienia w nim powołania do stanu duchownego. Jak pociechą było dla rodziców widzieć swego synaczka przy czerstwym zdrowiu rozwijającego się jak kwiat niewinnej lilii – w pobożności, tak z drugiej strony niemałym zmartwieniem było to, że pobożny synek w naukach okazywał tępe zdolności a przy tym zacinał się w mowie. W dziewiątym roku życia stracił matkę.
Ojciec szlachcic wysokiego starożytnego w całej Hiszpanii sławnego rodu Hildagassów, dość zamożny, dokładał wszelkich starań i nie żałował wydatków na wykształcenie odpowiednie swojego syna Józefa Franciszka; najpierw kształcił go w domu, następnie oddal go do szkół w Bosque, a później do kolegium św. Dominika w Rondzie. Mimo wytrwałej pilności wszędzie jednakże Józef Franciszek zaliczał się do uczniów słabszych zdolności, lubo nauczył się lekcji, nie mógł jej jednakże płynnie odpowiedzieć z powodu jąkania się w mowie. Wśród towarzystwa kolegów, będąc uczniem małomównym – więcej milczącym niż hałaśliwym, skromnym, wielce pobożnym – uważany był za niemądrego jąkałę, a nieraz od swawolnych współuczniów głupim był przezywany, co jednakże dla miłości Ukrzyżowanego Chrystusa cierpliwie znosząc, szukał samotności, gdzie uklęknąwszy modlił się gorąco za prześladowców. „Miłującym Boga wszystko wychodzi ku dobremu,” otóż i pobożnemu młodzieńcowi Józefowi prześladowanie kolegów wychodziło ku dobremu, bo od hałaśliwych zabaw światowych uciekał, do świata coraz bardziej się zniechęcał a pragnął jak najściślej zjednoczyć się z Bogiem przez miłość i całkowite poświecenie się Mu w stanie duchownym. Mając lat 14 zamyślał wstąpić do zakonu. Ponieważ zaś najbliżej i najlepiej znał kwitnący podówczas w Hiszpanii zakon OO. Kapucynów, który już podówczas wydał kilku nastu świętych, a których żywoty z rozkoszą czytywał nasz pobożny Józef Franciszek, postanowił więc udać się do OO. Kapucynów i w tym celu prośbę swoją objawił jednemu z Ojców; nie chciano jednakże przyjąć go dlatego, iż egzaminowany nic prawie nie umiał łaciny. Zmartwił się młodzieniec, lecz nie tracąc nadziei, błagał Najświętszej Maryi Panny, aby za nim wstawiła się do Pana Boga i uprosiła mu łaskę przyjęcia do zakonu. Modlitwą, ustawicznym umartwianiem się, ćwiczeniami pobożnymi, za przyczyną Matki Bożej cudownym sposobem odzyskawszy dar płynnej wymowy, zdał egzamin i został przyjęty do zakonu OO. Kapucynów, trudno wyrazić radość i uszczęśliwienie, jakiego doznał Józef Franciszek, otrzymawszy upragnioną łaskę; rozrzewniony do łez udał się do kościoła i w gorącej modlitwie podziękował Najświętszej Maryi Pannie, następnie pożegnawszy się z rodzicami i płaczącym rodzeństwem, wybrał się w podróż do klasztoru w Hispalis, gdzie był nowicjat dla kleryków zakonu OO. Kapucynów. Żegnając się rzekł: „Idę, aby ja I ko Kapucyn świętym zostać.

2. Obłóczyny, nowicjat i profesja Brata Dydaka Józefa Franciszka.

„Jako pragnie jeleń do źródeł wodnych, tak pragnie dusza moja do Ciebie Boże,” tak powtarzając z Psalmistą Pańskim (Ps. 41), szedł z pośpiechem Józef Franciszek do klasztoru Kapucyńskiego w Hispalis, uczucia radości i niewypowiedzianego szczęścia napełniały jego duszę, droga zdawała mu się za długa, mówił więc sam do siebie: „Kiedyż przyjdę a okażę się przed obliczem Bożym. Kiedyż nadejdzie chwila, w której zobaczę dom Boży a przy nim upragniony klasztor, kiedyż przyjdę na miejsce przybytku aż do domu Bożego.” Tak modląc się szedł zamyślony, ani spostrzegł, kiedy wszedł w ulicę miasta Hispolis, w którym na uboczu zobaczył stojący klasztor OO. Kapucynów. Przyspieszył kroku, by czym prędzej zapukać do furty i przedstawić się Ojcu Gwardianowi a następnie Ojcu Magistrowi nowicjuszów.
Magistrem nowicjuszów był podówczas Ojciec Euzebiusz, Kapłan wielkiej świątobliwości, nauki i roztropności; ten zobaczywszy młodzieńca zbliżającego się do klasztoru – sam przybiegł do furty i z miłym uśmiechem na ustach z prawdziwie ojcowską miłością powitał Józefa Franciszka, przedstawił Ojcu Gwardianowi a następnie wprowadził do ubogiej celi zakonnej; tu Józef Franciszek uklęknąwszy, ucałował stopy i ręce Ojcu Euzebiuszowi, dziękując za łaskę gościnnego przyjęcia, prosił o dalszą opiekę nad sobą. Po kilku dniach aspiracji, uczyniwszy z wielką pobożnością rekolekcje i spowiedź generalną z całego życia, został obleczony w suknię zakonną dnia 15 listopada 1757 roku i otrzymał według zakonnego zwyczaju imię Dydak Józef.
Uszczęśliwiony młody szlachcic Dydak Józef Kaamano, że przywdział na się habit pokuty, przepasał się powrozem i stał się duchownym synem św. O. Franciszka podobnym dopiero z ubioru; rozpoczynając nowicjat, uczynił postanowienie stać się także podobnym ze sposobu życia wewnętrznego. Jako nowicjusz, ślepo chciał być posłuszny swojemu O. Magistrowi, pod którego to kierownictwem pragnął najpierw poznać ducha zakonu św. O. Franciszka, w tym też celu z uwagą czytał żywot świętego Ojca Franciszka Serafickiego, Regułę, Konstytucje i inne dzieła odpowiednie, które mu do czytania podawano. Dowiedziawszy się, że głównymi cnotami zakonu świętego Franciszka jest ubóstwo ewangelicznie, pokora i miłość seraficka Boga i bliźnich, rozpoczął od tych cnót ćwiczenia nowicjackie.
„Niewiele wiedzą w świecie co to jest nowicjat i prawdę mówiąc trzeba samemu odbyć go, aby można było zdać sobie sprawę ze słodyczy i trudów, jakich się tam doświadcza.” W nowicjacie najwięcej trudności sprawiają dawne nawyknienia do wygód i przyjemności, których pozbycie się, z początku rodzi w duszy tęsknotę i niezadowolenie. Wielkiej potrzeba siły, męstwa, aby przy łasce Bożej, od razu pozbyć się takowych. Brat Dydak Józef, chociaż dopiero miał niespełna lat 15 jak opuścił świat, miał słabostkę dogadzania sobie w jedzeniu. Ile razy podano w klasztorze potrawy bardzo ubogo, pojedynczo przyprawione, uczuwał wstręt i jeść nie mógł takowych. Aby się przezwyciężyć przypominał sobie słowa św. O. Franciszka wypowiedziane po gościnnej refekcji u księdza Proboszcza przy kościele św. Damiana: „Franciszku, czy wszędzie znajdziesz księdza, który by cię tak serdecznie podejmował? czyż zresztą jest to owo ubóstwo, któreś sobie obrał za towarzyszkę. Nie. Chodź tedy odtąd jak żebrak, od drzwi do drzwi, z miseczką w ręku, ażeby zbierać resztki, które ci dawać będą, gdyż tak żyć powinieneś dla miłości Tego, który się urodził ubogim, żył ubogim, przybity był nagim do krzyża i pochowany został w pożyczanym grobie.” Nazajutrz idzie żebrać pożywienia i siada na ulicy, aby je spożyć. Na widok tej obrzydliwej mieszaniny, jaką sobie na-zbierał w miseczkę, natura jego się oburza, instynktownie odwraca spojrzenie; ale natychmiast zwyciężając ten wstręt, jak zwyciężył inne, zaczyna jeść z przyjemnością. Podobnie przezwyciężał się Brat Dydak Józef z Kadyksu. Będąc synem bogatego szlachcica Kaamana, obfitował w przysmaki, delikatne nosił suknie, prawie niczego mu nie zabrakło, we wszystko zaopatrywali go rodzice. W nowicjacie dla miłości Jezusa Ukrzyżowanego umiłowawszy cnotę najtcyższego ubóstwa, pragnął mieć zawsze habit najgorszy, wytarty, gdyż jak sam mówił żartobliwie: „habit nowy jest dla mnie za ciężki,” mieszkał w najszczuplejszej celi, spał na gołych deskach zawsze w habicie, wybierał do jedzenia najniesmaczniejsze i najmniejsze porcje, chodził zawsze boso i z odkrytą głową nawet bez piuski. Gdy był nieco cierpiący, zmuszano go pod posłuszeństwem do przyjęcia jakichkolwiek wygód, tak w pokarmach, jako też w odzieniu. Z miłości świętego ubóstwa wszystkie do użytku powierzone sobie rzeczy szanował, aby nie zniszczały – wypracowania zadań lub kazań pisał na karteczkach znalezionych, światła również dla oszczędności nie używał w celi; gdy w ciemnej porze potrzebował co przeczytać, szedł pod gorejącą lampkę na korytarzu lub do kościoła. Książek dla własnego użytku nie miał żadnych, a gdy mu kto jakie podarował, natychmiast oddawał je do biblioteki. Pewnego razu przez zapomnienie pozostawił w celi kilka książek, gdy je spostrzegł, taką z nimi wszczął pogadankę: „Co wy tu robicie, wy nie jesteście na odpowiednim miejscu, gdyby was tu spostrzeżono, powiedziano by, że należycie do Brata Dydaka, a toby było bardzo źle,“ to mówiąc natychmiast wyniósł je do biblioteki. Z oszczędności odpisywał na tych samych listach, które przychodziły do niego. – Macocha przysłała mu sztukę sukna na habit, oddając go rzekł: „moją jedyną potrzebą jest wieść ubogie życie.”
Oprócz cnoty ubóstwa posiadał też Brat Dydak Józef, w wielkim stopniu cnotę pokory, bez której nie może być prawdziwego ubóstwa. Wiedział, że jest słabych zdolności przecież się nie smucił, ani innym zazdrościł. Unikał wszelkiej chwały ludzkiej; gdy kiedy co dobrego wykonał i za to go chwalono, komu innemu zasługę pochwały oddawał, a wszystkie winy i przestępstwa sobie przypisywał, uważając się za najgorszego grzesznika, za nic siebie poczytywał.
O. Magister Gonzalez z Zakonu Braci Minimów widząc pokornego Brata Dydaka Józefa, rzekł: „Jeden chyba tylko święty mój Ojciec Franciszek z Pauli mógł być tak pokornym jak Brat Dydak Józef z Kadyksu.“ Inny zaś naoczny świadek umartwionego jego żywota powiedział: „ Przy tak pokutnym życiu, przy tak skromnym posiłku składającym się z jarzyn na wodzie gotowanych, przy tak podziwienia godnym skupieniu zmysłów, nie mogła się ostać jakakolwiek choćby myśl nieskromna lub skłonność nieporządna. – Jako kwiat lilii pięknie się udaje na gruncie piaszczystym, tak też i cnota czystości w sercach pokornych i umartwionych się przechowuje.
Z pozostałych notatek i pisanych postanowień, które Brat Dydak czynił, jedno zasługuje na przytoczenie: „Aby zachować cnotę czystości, potrzeba bardzo być czuwającym i ostrożnym. Jest to bowiem kwiat bardzo delikatny, łatwo utrącający swą piękność i zapach, a utrzymujący się jedynie umartwieniem oczów i ścisłym a ustawicznym umartwieniem zmysłów, częstą modlitwą, starannym unikaniem towarzystwa innej płci.“ Jak zaś wysoko cenił sobie tę cnotę, wnosić można ze słów wypowiedzianych w poufnej rozmowie do jednego zakonnego towarzysza: „Gdyby mi Pan Bóg zostawił do wyboru, umierać śmiercią męczeńską w obronie wiary, albo cnoty czystości, wybrałbym śmierć za cnotę czystości.“ Tym słowom odpowiadały także i czyny. Gdziekolwiek Brat Dydak pokazał się, wszystkich pobudzał do zamiłowania cnoty anielskiej a do obrzydzenia nieczystych grzechów. Łaska, o którą codziennie błagał Matkę Bożą – była cnota czystości. „Spraw to o Matko Boża i moja najmilsza Matko Niepokalana, bym nienaruszoną czystość zachował aż do śmierci !“ – Osobliwsze miał nabożeństwo do św. Tomasza z Akwinu i św. Alojzego Gonzagi, patronów niewinności.
Fundamentalną cnotą zakonną jest posłuszeństwo. Przy obłóczynach uczynił Brat Dydak postanowienie słuchać swoich przełożonych, ochoczo i wesoło we wszystkim co nie jest grzechem. Postanowieniu temu był wierny aż do śmierci. – Gdy przełożeni polecili mu, aby odwiedził chorych, pocieszył smutnych, pojednał zagniewanych, w tej chwili był gotów do wyjścia. Zapytany o pobudkę tej gotowości, rzekł, że każdego razu, gdy go wołają, wyobraża sobie, jakoby dach miał się zawalić, dlatego prędko ucieka z tego miejsca a idzie tam, gdzie go posłuszeństwo posyła. W posłuszeństwie ćwiczył się od młodości aż do samej śmierci, nie miał własnej woli – nawet wewnętrzne życie duchowe oddał pod kierownictwo Ojca spowiednika, który próbował i doświadczał go jak najrozmaiciej – a przecież Brat Dydak nie sprzeciwił się nigdy jego rozporządzeniom.
Brat Dydak Józef był wzorem modlitwy dla wszystkich w nowicjacie będących Braci Kleryków.
Gdyby mu pozwolono, całe noce przepędzałby był na modlitwie przed Przenajświętszym Sakramentem Ołtarza, lub przed obrazem Najświętszej Panny Maryi, którą najmilszą Matką swoją nazywając, Jej się zawsze w opiekę oddawał.
Przez cały czas nowicjatu nie widziano go nigdy ani na chwilkę próżnującego, ani też smutnego – bez nagany odbywszy czas próby, jednogłośnie przypuszczony został do solennej profesji dnia 31 marca 1759 roku.
Po solennej Profesji, Brat Dydak odznaczał się jeszcze większą gorliwością w wypełnianiu przyjętych obowiązków zakonnych. Nie wymawiał On się nigdy od najbardziej upokarzających czynności i posług domowych, gdyż dobrze mu były znane słowa świętego Bonawentury, który powiedział, że: „Dwa są w zakonie nowicjaty – jeden się kończy ze złożeniem ślubów, drugi zaś trwa, dopóki prawdziwe zakonne życie w zwyczaj mu się nie zamieni.” Ani na krok nie odstąpił on od nabytej w nowicjacie gorliwości i przyjętych praktyk pobożności, owszem każdego dnia postępował na drodze doskonałości. „Nie ma, mówił do braci, innej pobudki, która by mnie bardziej zachęcała do doskonałości, jak tylko rozmyślanie męki Chrystusa Pana.“ – Często wzdychał: „O Jezu ukrzyżowany – pociągnij do siebie wszystkich ludzi, i daj, abym tyle miał języków ile członków, bym nimi mógł wszystkich zachęcie do poznania miłości Twojej. Płonę od pragnienia, byś od wszystkich ludzi po wszystkie wieki był miłowany czczony i uwielbiany” – Podczas studiów filozofii i św. Teologii, które trwały lat 8, był żywym obrazem cnót św. Franciszka, wzorem umartwienia, najgorliwszym pokutnikiem, podziwem dla wszystkich, którzy go znali. Ucząc się świętej Teologii, nie zadawalał się samymi wykładami, oprócz przeznaczonego dzieła jako podręcznika do nauki, bardzo wiele innych dzieł czytał i studiował. Najpilniej czytał św. Tomasza z Akwinu, św. Bonawentury, Belarmina, św. Antoniego z Padwy, św. Bernarda i Bernardyna, dzieła św. Teresy i św. Franciszka Salezego. Pismo święte nowego testamentu czytał zawsze klęcząco, toteż umiał je prawic na pamięć. Oprócz książek teologicznych i ascetycznych, czytał naukowe dzieła świeckiej wiedzy, stąd też nie można się dziwić, że później w kazaniach był wszechstronnie wymownym i od wszystkich zrozumiałym i „Mieczem słowa Bożego,“ nazywanym. Naukę przeplatał częstą modlitwą do Boga, o łaskę zrozumienia wszystkich zawiłych traktatów Teologicznych, osobliwie, gdy przyszedł na ustęp o Trójcy Przenajświętszej. Pan Bóg wysłuchał jego modlitw i udzielił mu takiego zrozumienia o tajemnicy Trójcy Przenajświętszej, że nie- tylko współkoledzy ale i ojcowie Lektorzy dziwili się, skąd Brat Dydak uważany za najsłabszego ucznia, takiej nabył wiedzy.
W zakonie OO. Kapucynów jest zwyczaj, iż klerycy Teologowie oprócz nauki, wykonują jeszcze inne ręczne usługi i prace w klasztorze. Brat Dydak pilnym był wykonawcą tegoż zwyczaju; czyścił ławki w kościele, ścierał kurz z obrazów, wnosił lub wynosił bukiety, upiększał ołtarze, słowem wykonywał wszelkie zlecenia i ćwiczył się w umartwieniu. Tak wyćwiczony w szkole seraficznej miłości Ukrzyżowanego Chrystusa, za pozwoleniem i z rozkazu Przełożonych (jedynie z posłuszeństwa, gdyż sam uważał się za niegodnego), przyjął święcenia kapłańskie w roku 1767 dnia 13 lipca, licząc dopiero 24 lat świątobliwego żywota.

3. Błogosławiony O. Dydak Józef misjonarzem Hiszpanii.

Wkrótce po wyświęceniu wręczono O. Dydakowi dyplom kaznodziejski, a ponieważ w Hiszpanii Ojcowie Kapucyni dawali misje po parafiach, potrzebowali znaczną liczbę wymownych misjonarzy; otóż równocześnie zamianowali O. Dydaka misjonarzem i przeznaczyli go na mieszkanie do klasztoru w Kadyksie. Gdy o tym ludzie naukowi, a zwłaszcza koledzy i współuczniowie dowiedzieli się, niezmiernie się temu dziwili – jak przełożeni mogli tak młodego i słabych zdolności kapłana przeznaczać na misjonarza. Co jednak u ludzi wydawało się niestosownym, w rozporządzeniach Bożych, jak to później zobaczymy, było najstosowniejszym. Częstokroć Bóg wybiera co jest bezrozumnym podług świata, aby zawstydzić mądrość ludzką „Bóg wybiera słabe, aby zawstydzić mocarze”. Jako od Boga wybranym został mniemany głupiec z Asyżu Franciszek św., aby na drodze świętej pokory, prostoty i najwyższego ubóstwa, był pochodnią gorejącą w Kościele Chrystusowym, tak podobnie wybrał Bóg wyśmiewanego głupca z Kadyksu, aby łaską Ducha świętego wsparty, zajaśniał jako pochodnia oświecająca słowem nauki, ciemne rozumy ludzkie w rzeczach wiary i pobożności, aby się stał Apostołem Hiszpanii, której zagrażało wielkie niebezpieczeństwo ze strony szerzącej się niewiary i bezbożności. Czasy, w których Błogosł. Dydak żył i miał wystąpić jako misjonarz, były to czasy bezbożnego Voltair’a i Rousseau, czasy francuskich encyklopedystów, filozofów racyonalistów, to jest takich uczonych, którzy tylko w rozum i siłę wierzyli. Uczono filozofii pogańskiej uważającej rozum ludzki za bóstwo, a całą naukę chrześcijańskiej wiary i obyczajów odrzucano jako niepotrzebne. Tak uczył filozof Bayle, mówiąc, że „społeczeństwo ludzkie może się ostać i kwitnąć bez religii, inny filozof Holland nauczał, „że występek jest potrzebny i konieczny, że między dobrem a ziem nie ma różnicy“ – inni nauczali, „że dobrze pojęta własna miłość jest fundamentalną zasadą moralności, my wierzymy tylko w przyjemności w tym życiu, mówi! inny filozof.“ Taka nauka Voltaira, Diderota d’Alemberta i innych filozofów występujących przeciw Kościołowi, zakradała się aż do najniższych stanów, prostaczków i okropne w ich duszy czyniła spustoszenie moralne.
Pewien poważny pisarz kościelnej historii opisujący te czasy, mówi: „Większego rozpowszechnienia i otwartszego wyznawania niewiary w słowach, w piśmie i czynach nie widziano dotychczas w świecie katolickim – podówczas się zdawało, że bezreligijny poganizm w całej pełni swej głupoty i niedorzeczności powrócił. “
Błogosławiony Dydak przeświadczony o swoich słabych zdolnościach, wiedząc przy tym z jak przewrotną mądrością świata jako misjonarz będzie miał do czynienia, obawiał się przyjąć na siebie obowiązek misjonarza i na wszystko prosił przełożonych, by go uwolniono. Posłuszeństwo jednakże i wola przełożonych przemogła, Brat Dydak dwudziestokilkuletni młodzian, musiał być misjonarzem. Zanim miał wstąpić na ambonę przygotowywał się naprzód kilka tygodni, pisząc i ucząc się kazania. Pewnego dnia, jak to opowiadał swojemu Ojcu spowiednikowi: „rozmyślałem ustęp z Pisma świętego, im dłużej rozmyślałem, tym mniej pojmowałem znaczenie Pisma świętego; rozgoryczony zacząłem modlić się do Boga, aby mi udzielił światła do zrozumienia boskiego słowa; wtem podczas modlitwy usłyszałem głos wewnętrzny mówiący do mnie te słowa: „Dydaku! udzielę ci na tyle światła, byś zrozumiał Pismo święte o ile ci potrzeba, byś godnie i z pożytkiem głosił moją wolę, wiedz przy tym, że moją wolą jest, abyś się poświęcił apostołowaniu. Od tej chwili zaliczam cię w grono moich apostołów, będziesz jak każdy z nich potężny w słowie i czynie. Idź i głoś słowo Boże.” W kilka dni potem miał znowu widzenie, w czasie modlitwy o dar apostolstwa, ukazali mu się Apostołowie: Św. Piotr i Paweł a uśmiechając się doń błogo, rzekli:
„Odwagi towarzyszu i bracie, żniwo wielkie, mało jednak pracowników we winnicy Pańskiej. Prosiliśmy Ojca niebieskiego, by pomnożył ich liczbę i On wybrał ciebie.” Następnie mówił O. Dydak, „wręczyli mi laskę podróżną i książkę, zapewnili o swojej pomocy i uścisnęli a pozdrowiwszy mnie jeszcze imieniem brata, zniknęli.” – Od tej chwili uczuł w sobie wielką żądzę opowiadania Ewangelii Chrystusa Pana, wszystkim narodom, i zawsze śmiało wchodził na ambonę, chociaż niekiedy z braku czasu nie był dobrze z kazaniem przygotowany.
Gdy się wieść rozeszła, że O. Dydak Józef po raz pierwszy będzie mówił kazanie, a było to w roku 1768 w Ubrique, z ciekawości wielka liczba słuchaczy zebrała się w kościele. Wśród słuchaczy był na kazaniu Ojciec Antoni Quererro Dominikanin, kolega O. Dydaka, ten podobnie jak wszyscy, nie mógł się nadziwić, gdy usłyszał O. Dydaka, według wszelkich zasad retorycznych opracowane i wygłoszone kazanie. Nie chciał wierzyć, żeby to był ten sam Józef Kaamano dawniej jąkający się, ale jakiś inny wymowny kaznodzieja. – Jak to się stać mogło, skąd dana mu jest, pytał sam siebie, taka pewność siebie, w przytaczaniu dowodów z Pisma świętego, z Ojców Kościoła i filozofów? Skąd ten sposób rozczulania słuchacza i prowadzenia go do pewnej poprawy życia? Na te pytania wkrótce usłyszał odpowiedź z ust niemowlątek. Tuż obok niego stojący chłopczyk dziewięcioletni synek pani Maryi Gonzalez, patrząc się z ciekawością na mówiącego kaznodzieje, głośno zawołał: „Mamo! Mamo! przypatrz się! O. Dydak Kaamano । o białego gołąbka ma na ramieniu.“ Na to zawołanie słuchacze zaniepokoili się, w kościele zrobił się szmer i zamieszanie. Co widząc kaznodzieja, uprzejmie prosił, by się uspokoili: „Uciszcie się najmilsi bracia, uciszcie się a nie zważajcie, co dzieci w kościele mówią.” Lud do głębi serca skruszony kazaniem wyszedł z kościoła, i o niczym nie mówiono jak tylko o tym, że „Duch święty w postaci gołąbka białego podpowiadał kaznodziei O. Dydakowi na ambonie. To samo stwierdził drugi chłopczyk, służący u gospodarza w Gauzin. Gdy w domu rozmawiano o wzruszającym kazaniu O. Dydaka i wychwalano dar jego wymowy, chłopczyk ten rzekł prostodusznie: „Tak jak Ojciec Dydak mówił, i ja bym mówić potrafił; widziałem, że miał na ramieniu gołąbka, który mu wszystko, co by miał mówić, podpowiadał.” Ten sam Duch święty, który na prostaczków 12-stu Apostołów w Zielone Świątki zlał łaskę siedem darów mądrości, uczynił mądrym i wymownym kaznodzieją O. Dydaka „głupiego z Kadyksu“ wykształcił na pierwszorzędnego kaznodzieję Hiszpanii. Sam Ojciec Dydak wyznał to w pokorze przed jednym z kolegów, temu, gdy go chwalił za pięknie wygłoszone kazanie, ściskając dłoń, powiedział: „Ty wiesz mój drogi, że tego sam z siebie nie mówiłem, ale Bóg mówił przez usta moje, ażeby wszyscy wiedzieli, że to jest Jego dzieło.”
Chociaż O. Dydak wiedział o cudownej pomocy Ducha świętego, to przecież nigdy nie zaniedbywał przygotować się do kazania, owszem bardzo skrupulatnie stosował się do rozkazu św. Ojca Franciszka, który w Regule przestrzega i upomina, aby kaznodzieje pilnie się przygotowywali z kazaniami. W jednym punkcie kazania jego nie były według Reguły, t. j. że były za długie, bo niekiedy do dwóch godzin trwające. Pomimo tego lud słuchał z takim zajęciem i uwagą, że kiedy O. Dydak Józef po półtoragodzinnym kazaniu zeszedł z ambony, lud ogólnie mówił: „dzisiaj nasz Ojciec Misjonarz mówił bardzo krótko.“ Gdy niekiedy z posłuszeństwa w nagłej potrzebie z braku kaznodziei mówił kazanie bez przygotowania, mówił go z tą siłą i skutkiem jak zawsze. Ustępy z Pisma świętego, i z Ojców Kościoła tak obficie i trafnie do materii kazania zastosowywał, że zdumiewał wszystkich teologów. Pewien naoczny świadek opowiada, że razu pewnego w kościele św. Pawła w Kordowie do kazania pozwolono O. Dydakowi Józefowi tyle czasu, co zaledwie mu wystarczyło do wyszukania tematu. Pomimo to kazanie jego było jedno z najwyborniejszych. Mówił głosem tak miłym, dźwięcznym i donośnym, że w każdym największym kościele, na każdym miejscu można go było słyszeć i rozumieć. Gdy razu pewnego w Martas na misji mówił kazanie na otwartym polu, wszyscy z okolicy spieszyli, by słuchać sławnego świętego kaznodzieję. Jeden z obywateli, żyjący z sąsiadem w zawziętej nienawiści, na kazanie, aczkolwiek pobożna żona go prosiła, pójść nie chciał, lecz w domu o trzy ćwierci mili oddalonym pozostał, mówiąc, „że jeżeli tak cudownie mówi, to i tu go usłyszę,.” I o cudo! głos kaznodziei dolatywał aż do dworu obywatela. Zaciekawiony wyszedł na ganek i słuchał. Słowa kaznodziei o miłości bliźniego i o darowaniu uraz jako strzały ogniste godziły w duszę zawziętego nieprzyjaciela i coraz bardziej rozczulały jego serce. Gdy na końcu kaznodzieja wzywał do przebaczenia i do pojednania się z nieprzyjaciółmi, porwał się ów obywatel, pobiegł do domu sąsiada i pojednał się z nim. Taki skutek wywierały kazania Ojca Dydaka. Toteż na kazanie jego przychodzili biskupi, panowie, książęta, wszyscy uczeni nie tylko katolicy, lecz i heretycy jak lutrzy, kalwini itp.
W krótkim czasie zjednał sobie sławę największego kaznodziei, nazywano go mężem apostolskim, drugim Pawłem, Apostołem tegoczesnym, zapraszano go na misje do najodleglejszych miast, miasteczek i wsi. I tak odprawiał najsławniejsze misje w Saragossie i Kadyksie, w Sewilli i Kordowie, na grobie św. Jakuba w Kompostelli i wobec dworu królewskiego w stołecznym mieście Madrycie. Słowem, Duchem Bożym wzmocniony, przeszedł całą Hiszpanię pieszo, w grubym habicie, boso, bez nakrycia głowy, używając pokarmu i napoju bardzo umiarkowanie. – Świętością swoją i przykładem budował wszystkich. Zbywające chwile czasu od kazania, obracał na przygotowanie wiernych do przyjęcia Sakramentów św., dzieci uczył katechizmu, po szpitalach odwiedzał chorych lub uwięzionych. Nocy przepędzał na modlitwie i rozmyślaniu, a gdy go sen zmorzył, pokrzepiał się krótkim spoczynkiem na gołej ziemi. Tak wielkimi cnotami świętego wzruszeni ludzie, z daleka zewsząd garnęli się na kazania lub do spowiedzi w takiej liczbie, iż kościoły nic mogły objąć słuchaczy. Zmuszony przeto był mówić pod golem niebem. Gdziekolwiek się pojawił, szły za nim liczne rzesze. Najczęściej, gdy mówił kazania o Matce Bożej lub o Trójcy Przenajświętszej, najwięcej nawracał grzeszników. – Matkę Bożą czcił pod wezwaniem „Dziewicy pokoju i Matki dobrego Pasterza.” (Powiedział kazań 1500.)
O Tajemnicy Trójcy Przenajświętszej tak głębokie a zrozumiale miewał nauki, że go apostołem tajemnic Trójcy Przenajświętszej nazywano. Trudno opisać, ile dusz z drogi potępienia na drogę zbawienia naprowadził, ile heretyków do rzymsko-katolickiego kościoła przyjął, ile nienawiści i zaburzeń uśmierzył. Za jego wpływem palono książki bezbożne i niemoralne. Zamykano, lub do szczętu burzono teatra i domy. Na post posłano go do Estepony, gdzie miał mówić kazania postne o miłości bliźniego i o zgodzie. Lud był tam bardzo niesforny. Nie miał ochoty tam kazać, upadł więc na kolana przed ukrzyżowanym Chrystusem i tak się modlił: „Spraw to o Panie, abym ludowi temu tak bardzo oziębłemu, nie głosił słowa bożego. Jam jeszcze za młody i niedoświadczony, oni pogardzą moimi naukami. Na to usłyszał głos mówiący doń te słowa: „Nie lękaj się, lecz idź tam, dokąd posłuszeństwo cię powołuje, ja będę ci towarzyszył” – O. Dydak wstawszy, poszedł i kazał z wielkim pożytkiem. Z Estepy udał się do Éciji, a następnie do Kordowy. O. Dydak nazwany był Aniołem pokoju, gdyż posiadał dar pojednywania powaśnione sąsiedztwa, miasta i wsie. I tak przywrócił zgodę w mieście Éciji i w roku 1779 w Maladze powstrzymał rewolucję ludu przeciw wojsku królewskiemu. Następnie w Madrycie, w Rondzie, w Sewilli, Walencji, Taragona, w Galicji, Murcji, Saragossie i w całej Hiszpanii. On powstrzymał straszną rewolucję, która zagrażała Hiszpanii – taką, jaka w swoim czasie była we Francji.

Misje w Kordowie, uśmierzenie burzy.

Miasto Kordowa, zamieszkałe przez 60.000 mieszkańców nie należało do miast wcale moralnych. Zepsucie obyczajów było wielkie. Zaproszono więc O. Dydaka, aby niemoralność tę usunął. Na wieść o przybyciu misjonarza mieszkańcy tłumnie zgromadzili się w kościele św. Pawła więcej z ciekawości jak z pobożności i dobrej intencji. O. Dydak wyszedłszy na ambonę, porywającą wymową pragnie skruszyć ich serca – lecz niestety, żadnego nie widzi skutku. Nareszcie zwraca się do ołtarza, gdzie spoczywały relikwie wielce w Hiszpanii czczonego św. Pelagiusza i głosem rozdzierającym serca przemawia do świętego, aby wstał z grobu i sam przemówił do zatwardziałych Kordowian. Naraz powstał jęk i wzdychanie, lud rozrzewniony przyobiecywał poprawę i błagał o miłosierdzie. Osoby liberalnych zasad z wyższych stanów, panowie i szlachta nawracała się i szła do spowiedzi.
Na drugi dzień jeszcze liczniejsze zewsząd zebrały się tłumy. Kościół św. Pawła wydał się za małym, trzeba było mówić na otwartym polu. Masy ludu słuchają kaznodziei, wtem zrywa się wicher, gromadzą się chmury, ciemni się i nadchodzi burza. Lud pragnie słuchać kazania a boi się deszczu. Widząc to O. Dydak, zasmucił się, że lud nie będzie mógł korzystać z kazania, zwraca się więc do Boga i wraz ze wszystkimi modli się o pogodę, mówiąc: „Widzisz o Boże, jak ten lud z dalekich stron przybyły, pragnie słuchać słowa Bożego, które ja w Imię Twoje głoszę mu z ambony! Azali pozwolisz na to, by ten lud pobożny burzą był przeszkodzony w słuchaniu słowa Bożego? Niech się dzieje wola Twoja święta! Ty wiesz, dlaczego i co masz uczynić.” To powiedziawszy, zamilkł na chwilę, z oczu jego błysnął jakiś nadnaturalny ogień. Twarz jego dziwnym otoczyła się blaskiem, a wzniósłszy się nieco w powietrze, w zachwycie zawołał donośnym głosem: „W Imię Przenajświętszej Trójcy i mojej najmilszej Matki dobrego Pasterza, chwalebnego Archanioła Rafala, patrona tego miasta, przez zasługi mojego czcigodnego św. Ojca Pelagiusza, któremu te moje misje poleciłem, niech idzie precz owa burza.” To mówiąc, zrobił znak krzyża świętego przeciw chmurze, i w tej chwili deszcz ustał padać, a chmury w przeciwną rozeszły się stronę. Huczało, grzmiało, srożyło się naokoło, lecz ani jedna kropla w czasie kazania nic spadła na ziemię. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie sprawił ów cud na ludzie i jak zbawienne skutki wywarło jego kazanie. Tłumnie garnięto się do spowiedzi. Od świtu do późnej nocy O. Dydak przez kilka dni spowiadał grzeszników.

Misje w Sewilli, przepowiednia kary.

Miasto Sewilla, liczące podówczas 100.000 mieszkańców, położone w prześlicznej okolicy, sławne jest z Giraldy, tj. arabskiej dzwonnicy. Hiszpanie mówią: „Kto nie widział Sewilli, ten jeszcze nic pięknego nie widział.” Miasto piękne, ozdobne i bogate, ale mieszkańcy pod względem religii podówczas zobojętnieli. Zaproszony O. Dydak rozpoczął misje, a gdy lud nie chciał się schodzić do kościoła, wyrzekł te słowa: O Sewillo, Sewillo, Sewillo! Na to potrójne wezwanie słuchacze zmieszali się i słuchali co dalej powie kaznodzieja. On jednak zamikł na chwilę, a następnie proroczym duchem natchniony, przepowiedział, że wielkie zagraża mieszkańcom nieszczęście. Błogosławiony Dydak opuścił Sewillę a przepowiednia spełniła się, straszliwa bowiem wybuchła zaraza, co widząc mieszkańcy w okropnej trwodze nawracali się do Boga. Gdzie Pan Bóg cudami nauki misjonarza potwierdza, tam skutek kazań pomyślny. W Sewilli wielkie zgorszenia ustały, były atoli jeszcze dawane w teatrach i domach niemoralne widowiska. Ksiądz Arcybiskup, aby i te usunąć, zaprosił O. Dydaka i polecił mu, by dawał konferencje o szkodliwości niemoralnych przedstawień. Niełatwe to zadanie dla kaznodziei, powstawać przeciw sztukom i utworom, w których cały świat najbardziej się kocha. Aby przekonać świat naukowy o szkodliwości tego co on miłuje, potrzeba uczoności !; i wiedzy głębokiej, do czego nie poczuwał się wcale O. Dydak. Temat konferencji wydawał się mu za trudny, nie ufając sobie ale Bogu i natchnieniom Ducha świętego, z posłuszeństwa ks. Arcybiskupowi, rozpoczął nauki; skutek okazał się cudowny, gdyż zamknięto teatr dla sztuk niemoralnych i poburzono domy zgorszenia, spalono obrazy i książki gorszące. Odprawiwszy misje w Sewilli udał się następnie do miasta Xeres.

Misje w Xeres, widzenie.

Miasto Xeres liczące 60.000 mieszkańców na cały świat jest sławne z wybornego wina, e Ponieważ w mieście tym jest klasztor Ojców Kapucynów, otóż błogosławiony O. Dydak przyszedłszy tu na misje, zamieszkał w klasztorze, zamknął się w celi na kilka dni i sam odprawiał rekolekcje, celem wyjednania u Pana Boga błogosławieństwa w pracy. Gdy pewnej nocy klęczał w chórze i modlił się, przyszła nań pokusa oziębłości i zniechęcenia do pracy misyjnej. Przychodziło mu na myśl wyobrażenie, że już wcale niezdolnym jest na misjonarza, i że już jest tak do niczego, zamiast pożytku szkodę tylko przynosi Kościołowi, że gdy dłużej będzie ów urząd tak niedbale wypełniał, potępi się na wieki. Postanowił uwolnić się od obowiązku apostołowania. W tym celu w gorącej modlitwie prosił Boga, aby łaską swoją tak usposobił serca przełożonych, by jego rezygnację przyjęli i od obowiązku misjonarza go zwolnili. Cisza głęboka w kościele, lampka dopalająca się pryskając przerywała milczenie. O. Dydak w zachwycie błaga Chrystusa w Przenajświętszym Sakramencie o spełnienie woli Bożej. Nagle w kościele robi się jasno, wśród tej jasności ukazuje się Pan Jezus dźwigający wielki krzyż na ramionach, idący przez chór, a tak zmęczony i ze sił opadający, iż zdawało się, że pod ciężarem krzyża upadnie. O. Dydak widząc to, zdjęty litością spieszy z pomocą i pyta: „Cóż to ma znaczyć! o Jezu czemuż upadasz pod krzyżem ?“ Na co odpowiadając Jezus Chrystus rzeki: „Jakże nie mam upadać, skoro ty, któryś mnie tak mężnie podtrzymywał, ze szkodą moich błądzących owieczek i mojej owczarni, zamyślasz mnie opuścić!” To powiedziawszy Chrystus zniknął a z nim także ustąpiła pokusa i małoduszność w sercu Ojca Dydaka. Po tym widzeniu, nabrał nowych sił i męstwa do pracy dla chwały Chrystusa Pana. „Jeżeli taka, mówił, jest wola Ukrzyżowanego Zbawiciela, to dla zbawienia dusz krwią Chrystusową odkupionych, będę pracował aż do ostatniej chwili mojego żywota.”
Uzbrojony nową żarliwością, wszedł na ambonę w katedrze Xereskiej i mówił o miłości Ukrzyżowanego Chrystusa z taką siłą najtwardsze serca poruszającą, że pewien naoczny słuchacz o tym kazaniu tak się wyraża : „Gdy O. Dydak z krzyżem w ręku ze łzami w oczach stanął na ambonie i zaczął mówić kazanie o miłości Boga, wszystek lud tonął we łzach żalu i skruchy.” – Gdy w Xeres miał misje, przyszło pięciu złodziei na kradzież; mimo woli od niechcenia trafili na kazanie O. Dydaka, tak się skruszyli, że zaniechali swojego zbrodniczego zamiaru, wyspowiadali się i na całe życie poprzysięgli poprawę. – Nauczał modlitw do Trójcy Przenajświętszej i zaprowadził Bractwo, które do dziś dnia istnieje w Hiszpanii i po innych krajach. O. Dydak prosił jedną pobożną duszę, by się do Boga modliła o światło i dar mądrości, do godnego opowiadania i nauczania o Trójcy Przenajświętszej. Tej osobie Pan Bóg objawił, iż nie tylko da mu światło i poznanie tej tajemnicy, lecz użyczy mu jeszcze słodyczy serca z rozważania tej tajemnicy. Po ulicach i w domach nie słyszano innej pieśni jak tylko doksologię na cześć Trójcy Przenajświętszej: Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi świętemu i t. d. Święty Boże, Święty mocny, Święty a nieśmiertelny zmiłuj się nad nami. Boże Ojcze błogosław nas, Duchu święty błogosław nas, Boże święty błogosław nas. Trójco Przenajświętsza spraw to, by wszyscy ludzie na ziemi lękali się Twej wszechmocności, sprawiedliwości i sądu. O Maryjo ucieczko grzeszników, wspomożenie wiernych, módl się za nami. Na cześć Trójcy świętej stawiano po ulicach kaplice, figury, malowano obrazy (Gdy był w miasteczku Willa di Gaspe z ludem, zobaczył na niebie zjawisko: słoneczny trójkąt, w nim trzy słońca sobie równe, symbol Trójcy Przenajświętszej. Stąd widzimy na Jego obrazkach trzy lampki (ogniki w jednej światłości).).

4. Przepowiednie przyszłości.

Razu pewnego przyszło do Ojca Dydaka trzech młodzieńców. Jeden z nich miał już święcenia mniejsze. Gdy się z nim witali, całując ich w czoło rzekł: „Dwóch bardzo świątobliwych kapłanów widzę przed sobą, jednego zaś świeckiego.” Przepowiednia spełniła się, gdyż ci dwaj po świecku ubrani skończywszy wzorowo studia teologiczne zostali kapłanami, minorzysta zaś wystąpił i ożenił się.
Innym razem przyszedł do niego młodzieniec, syn pana Don Miguel de Gliles z Arondy i żalił się, że ojciec jego gwałtem namawia go do stanu duchownego, on jednak wcale nie ma powołania. Sługa Boży z namaszczeniem mówił o wyborze stanu, o zbawieniu duszy, o szczytnym powołaniu do zakonu – młodzieniec jednak oświadczył, że wstąpi w stan małżeński. „Dobrze, ożeń się, lecz ja widzę cię kapłanem. Idź ale miłuj Boga i bądź cierpliwym we wszystkich, jakie cię spotkają doświadczeniach. A nad wszystkim odniesiesz zwycięstwo i jako wdowiec i jako kapłan w kościele katedralnym. Żegnam cię. Niech będzie błogosławiona Trójca Przenajświętsza.” Po roku młodzieniec zawarł związek małżeński, przeżył w nim lat ośm, następnie jako wdowiec uczył się przez sześć lat św. Teologii w seminarium, otrzymał od X. biskupa Augustyna z Kordowy święcenia kapłańskie i po kilku latach został katedralnym kanonikiem.
Podziwienia godne jest także i to, że błogosławiony O. Dydak często w jednym czasie był widzianym w dwóch miejscowościach.
Pan Antoni z Estepy, naoczny świadek opowiada: Pani N. N. będąc w kąpielach w Karratraca ciężko zachorowała, w mojej obecności, wzięto ją na lektykę i zanieśli do szpitala w Asola. Jeszcze tego samego dnia udałem się do Hardales, gdzie spotkałem się z O. Dydakiem z Kadyksu. Na drugi dzień wróciłem do Karratraca i zapytałem tych co ją odnosili, czy im się co w drodze nie przytrafiło złego? „Szczęśliwie zanieśliśmy ją odrzekli, gdyż O. Dydak towarzyszył nam i dopomagał w drodze.” Zdziwiłem się mocno, gdy przypomniałem sobie, że w tym samym czasie będąc w Hardales chodziłem i rozmawiałem z O. Dydakiem. Miejscowości te były trzy mile od siebie oddalone. Gdy O. Dydak schodził gdziekolwiek z ambony, potrzeba było straży, aby go osłaniała przed ściskiem pobożnego ludu, tłumnie się garnącego do ucałowania stóp i rąk jego (Wiedział kto jest w grzechach ciężkich, gdy taki chciał go w rękę pocałować, mówił: „Tobie nie pozwolę, aż się wyspowiadasz.”)
Św. Grzegorz mówi, że ten tylko kaznodzieja może skutecznie głosić słowo Boże, który miłuje dusze nieśmiertelne, podobnie jak Chrystus Pan. Miłością tą było przepełnione serce jego względem ubogich, chorych, grzeszników – tych po każdym kazaniu odwiedzał, dlatego taki był skutek. Odprawiał misje: w Maladze w Andaluzji dni 20, mówił kazania tylko o miłości Boga. Gdy mu się misja nie udawała, lud nie chciał uczęszczać, przypisywał to sobie, że jest w grzechach i publicznie to wyjawiał, toteż płakał, modlił się, biczował aż do krwi i pościł. Zapytany czemu by tak ostrą czynił pokutę, odpowiedział: „Ach! grzechy to moje i tego ludu mój Ojcze, zmuszają mię do czynienia pokuty. Wszyscy bowiem, którzy podjęli się nawracania i pracowania nad grzesznikami, powinni o tym wiedzieć, że Bóg włożył na ich barki wszystkie ich grzechy. Pokutą więc powinniśmy gładzić grzechy naszych braci, i nie tylko siebie ale i ich także od wiecznej śmierci ratować. Nie byłoby za wiele choćbyśmy i do ostatniej kropli krew przelali za ich nawrócenie.” W Maladze przepowiedział 1796 roku cholerę na rok 1803, wymarło 30.000 osób.

5. Oznaki czci i szacunku.

Powyższa działalność misyjna, cuda i dary Boże pomnożyły cześć i szacunek ludu względem Ojca Dydaka. Ten zaś pokorny sługa boży im więcej działał, tym coraz więcej się upokarzał. Pan jednak wywyższył pokornego sługę swego. I tak, gdy przyszedł na misje do miasta Ossuna, gdzie jest wszechnica czyli uniwersytet i tam miewał kazania wobec uczonych profesorów, jego wymowa tak wielkie wrażenie zrobiła na doktorów akademii, że na posiedzeniu uniwersyteckim uchwalono, aby Ojca Dydaka zaszczycić dyplomem doktoratu. Gdy o tym uwiadomiono O. Dydaka, nie mógł się od śmiechu powstrzymać, mówiąc: „Jak to być może? Prostaczek Dydak z Kadyksu miałby zostać doktorem?” Wiadomość tę przyjął jako żart, innego jednakże nabrał przekonania, gdy rzeczywiście profesorowie z Ossuna przysłali mu dyplom doktorski, w srebrnej oprawie. Aby tego zaszczytu uniknąć, pokorny sługa boży wymawiał się, że ubogiemu Kapucynowi nie przystoi i nie wolno przyjmować srebrnych i tak drogich pamiątek. Dopiero po zapewnieniu doktorów, iż dają ten dar na ołtarz Matki Bożej, przyjął go, srebro oddał na ołtarz, a dyplom sam chowając, rzekł: „To jest pierwsze i ostatnie moje odznaczenie.“ Pomylił się jednak, bo kto się uniża, będzie podwyższony. „Bóg pysznych strąca z tronu, a pokornych wywyższa.“
Za przykładem miasta Ossuny poszły inne uniwersytety hiszpańskie. Porywane wymową Ojca Kapucyna, misjonarza, wręczały mu dyplomy doktoratu i czyniły go członkiem akademii. Niemniej i sławne katedralne gremia kanoników mianowały go także swoim członkiem. – Jego świątobliwość Pius VI widząc jaką niezwyciężoną zaporą stał się O. Dydak przeciw bezbożności wolterańskiej, swoimi porywającymi kazaniami, udzielił mu władzy nadawania po 150 dni odpustu wiernym słuchaczom jednego kazania, nadto pozwolił ogłosić wiernym w ciągu misji pięć tysięcy odpustów zupełnych. Pius VI własnoręcznie pisywał listy do Ojca Dydaka i modlitwom jego polecał siebie i Kościół. Za przykładem Papieża rozmaitymi godnościami i odznaczeniami zaszczycili go: Arcybiskupi i Biskupi z Toledo, Sewilli, Walencji, Saragossy, Murcji, Kompostelli, Santiago, Grenady, z Leon, Barcelony, z Kordowy, Kadyksu, Salamanki, zamianowali go egzaminatorem synodalnym, radcą konsystorskim, honorowym kanonikiem itd. Podróżując, przybył do miasta stołecznego Madrytu. Zaproszony do dworu królewskiego, głosił w kaplicy królewskiej przed całą świtą królewską słowo Boże z taką siłą i skutkiem jak nigdy. Wtedy to książę Asturii Don Carlos, król hiszpański rzekł do swojego ojca, króla Karola III te słowa: „Słuchając kazań O. Dydaka z Kadyksu, Kapucyna, potrzeba albo zaraz się nawrócić, albo zatwardzieć. “
Ofiarowano mu także za wiedzą Papieża Piusa VI biskupstwo Cuenteńskie. Godność ta jednakże dla pokornego zakonnika była za wysoka. Za poradą poprzedniego spowiednika Ojca Michała, przyjął biret doktorski i kanonię, lecz do przyjęcia mitry biskupiej głowy nie skłonił, uważając się za niezdolnego i niegodnego. – Największe miasta hiszpańskie zaliczyły bł. Dydaka do liczby 24-ech rycerzy swego grodu, i nadawały mu honorowe obywatelstwo, a diecezjom, które go chciały mieć swym biskupem, król Karol III odpowiedział: „O. Dydak jest biskupem całego królestwa.”
Z Madrytu udał się w dalszą podróż misyjną po Hiszpanii. Mozolne podróże i ciągła praca, połączona z umartwieniem tak przygniotły jego ciało, iż się zgarbił i postarzał, co sam odczuwając i widząc, żartobliwie mówił: „Ziemia woła mię już do siebie, a zwierzę robocze już do niej zgina się powoli.”
Mimo ubytku sił podróżował z miejsca na miejsce, z nieugaszonym zapałem urzędu apostołowania, aż wreszcie przełożeni odjęli mu urząd apostolski i przeznaczyli go na mieszkanie do klasztoru Ubrique w górach na wypoczynek. O. Dydak przyjął to rozporządzenie przełożonych z wesołością i ochotnie po 30-letniej pracy w winnicy Pańskiej powrócił do klasztornego zacisza, jako niewinny, biały już gołąbek z gałązką błogiego pokoju Bożego, tysiące niosąc dusz nawróconych.

6. Próby i doświadczenia prawdziwej pobożności błogosławionego Ojca Dydaka.

Prawdziwie pobożnym i świętym jest tylko ten, który we wszystkim szuka jedynie Boga i chwały Jego, a nie siebie samego i pochwały ludzkiej. Najstarszy życiopisarz piszący o słudze Bożym, mówi: że O. Dydak „heroicznym odznaczał się zaparciem samego siebie, miłość własna była całkowicie umorzona w jego sercu.“ Przez cały czas apostołowania, nigdy nic nie czynił z próżnej chwały, lub doczesnej nagrody za pracę. Gdy w mieście Xeres z wielkim wysiłkiem, a niezrównaną korzyścią, dla zbawienia dusz obywateli, odprawianą przez kilkanaście dni, ukończył misje, prezydent czyli burmistrz miasta Xeres, na czele rady przyszedłszy do Ojca Dydaka z podziękowaniem, chciał mu ofiarować znaczną ilość pieniędzy; O. Dydak nie przyjął takowych, mówiąc: „Ja za duchowną pracę nic przyjmuję zapłaty od ludzi, ale tylko od Boga.“ Gdy oni usilnie prosili, aby przyjął i rozdał ubogim, O. Dydak ponownie śmiało odpowiedział: „Wracając, spotkacie na ulicy ubogich nieszczęśliwych, im pieniądze rozdajcie, a sprawicie Panu Bogu i mnie pociechę najmilszą. Niech mnie Bóg zachowa od tego, bym miał szukać doczesnej zapłaty.” Z oburzeniem i świętą pogardą, odrzucał także wszelkie oznaki czci i szacunku, objawiane jego osobie, zdolnościom lub pobożnemu jego życiu. Razu pewnego mówił kazanie o czci Trójcy Przenajświętszej, po kazaniu lud chcąc objawić swoje zadowolenie zawołał: „Niech żyje Ojciec misjonarz!“ zabolał i zasmucił się Ojciec Dydak, zganił surowo słuchaczy, a potem głosem donośnym zawołał: „Niech będzie uwielbiona, niech żyje Trójca Przenajświętsza! Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi świętemu” itd.
Nigdy nic nie wspominał o swoim szlachetnym pochodzeniu, o swoich królewskich antenatach. Gdy w poufnej pogadance zaczęto mówić o jego krewnych, on przerywał rozmowę pytając: „A czemu nie wspominacie mi tego, że brat mój został odszczepieńcem? Nie szumne tytuły, ani szczytne szlachetne pochodzenie, ale dobre uczynki, zapewniają nam niebo.” Zdarzało się niekiedy, że kapłani inni, mężowie nauki, w oczy Ojca Dydaka chwalili, unosząc się nad jego wiedzą i porywającą wymową. Wtenczas to Ojciec Dydak chcąc na co innego skierować rozmowę, zaczął opowiadać o swoich niedoskonałościach i słabostkach młodzieńczych, a mianowicie: jak koledzy najlepiej wiedzą o jego zdolnościach, jak się zeń śmiali, jak go niemądrym jąkałą nazywali, jak nauczyciele również brak zdolności do nauki w nim widząc, do domu rodziców go odesłali, jak nawet OO. Dominikanie wskutek nieuctwa wydalili go ze swego gimnazjum, i wiele innych mówił na siebie ułomności. Zapytany, co by myślał wtenczas gdy go ludzie chwalą i taką czcią otaczają, odpowiedział: „Wtenczas pytam się Pana Boga, mówiąc: Panie! czemu pozwalasz robić tyle hałasu dla garstki prochu i odrobiny ziemi!“ Daj, niech poznają, że te wszystkie oznaki czci podobne są do dźwięku mnóstwa dzwonków, którymi obciążają galicyjskie zwierzęta ssące. – Innym razem oświadczył, „że te wszystkie objawy szacunku przyjmuje tak, jak Balaamowa oślica, która nie sama z siebie, lecz kto inny przez nią mówił. Jak mówił, tak też i w życiu codziennym postępował.
Powiedziano w Piśmie świętem „gniewajcie się ale nie grzeszcie” w taki sposób i święci czasami się gniewali. Gdy nasz święty O. Dydak przybył na wyspę Leon i tam przez pewien czas nauczał, dowiedział się przypadkowo, że pewna zacna pani posiada jego portret i temu jako obrazowi oddaje wielką cześć, że z familią przed nim się gromadzi i odmawia codzienne modlitwy. Zasmucony i rozgniewany O. Dydak dowiedziawszy się o której godzinie to nabożeństwo odprawiają, udał się czym prędzej do tegoż domu, zerwał ze ściany swój portret, rzucił na ziemię i podeptał nogami. Pani domu widząc rozgniewanego sługę Bożego, zawstydziła się i pokornie prosiła o przebaczenie. Na drugi dzień z ambony zgromił wszystkich, którzy jego podobiznę w obrazkach rozpowszechniają i surowo zakazał, aby tego więcej nie czynili, lecz żeby obrazy Trójcy Przenajświętszej w domach swoich pozawieszali. Wypadek ten jeszcze bardziej utwierdził mieszkańców wyspy Leon w opinii, że O. Dydak świętym jest misjonarzem.
Życie błogosławionego O. Dydaka bogate w zasługi i oznaki czci, było przepełnione rozmaitego rodzaju cierpieniami i upokarzającymi wypadkami. Jako złoto ogniem, tak dusza sługi bożego była doświadczona prześladowaniem. Jego surowy sposób życia, odważne i śmiałe głoszenie słowa Bożego, wytykanie błędów, a najbardziej cudowne skutki jego działalności, obudziły w niektórych słuchaczach nienawiść i zazdrość. Mówiono, że Ojciec Dydak jest niepraktyczny w prowadzeniu dusz i za ostry, sprzyjający sekcie Jansenistów, podkopujący powagę kapłanów i króla. Te i tym podobne zarzuty i oszczerstwa spotykały apostolskiego męża, prawie wszędzie, gdzie się tylko pokazał. On jednakże ani słowa na obronę swoją nie mówiąc, pracował na chwalę Bożą bez wytchnienia.
„Że o mnie takie sądy wydają, mawiał do towarzyszów, przypisać to muszę swojej nieroztropności, gdybym w moich kazaniach był ostrożniejszym, pewnie by tego o mnie nie mówiono.” Uniewinniając swoich nieprzyjaciół, mawiał: „Wszyscy, którzy o mnie mówią i piszą są w mniemaniu słuszności, dlatego też ani mi nigdy przez myśl nie przejdzie, żeby mnie chcieli tym obrazić.” Im liczniejsze spotykały go obelgi i potwarze, tym spokojniejszą była jego dusza i weselszym było jego serce. Krótko przed śmiercią opowiedział swojemu spowiednikowi, że największą łaskę jaką mu Matka Boża wyjednała, była ta, że wśród najzawziętszych nienawiści i prześladowań zachował w sercu zawsze nienaruszony spokój. W liście do Ojca Magistra pisanym, tak się wyraża: „Zapytujecie mnie jak się zachowuję w zarzucanych mi potwarzach, (zakazano mu mówić kazania) otóż oświadczam wam, iż jeszcze nigdy nie doznawałem tak błogiego spokoju, jakiego teraz doznaje. Dziękuję Bogu, że w tym doświadczeniu udzielił mi łaskę całkowitego poddania się woli Jego, zamiast być smutnym, cieszę się z tego niewymownie.”
Pewien kapłan mający wielkie znaczenie i powagę jako mąż nauki, spotkawszy się w towarzystwie z Ojcem Dydakiem, wobec wszystkich gości napadł na sługę Bożego i najrubaszniejszymi słowy różne wygadywać począł zarzuty. Nazwał go szarlatanem bałamucącym lud łatwowierny, próżniakiem nielubiącym życia klasztornego, tylko na świecie szukającym wygód i wolności. Na co bez wzruszenia i bez objawu jakiegokolwiek niezadowolenia, aby nie dać obecnym zgorszenia, na uniewinnienie swoje powiedział słów kilka i odszedł. Na drugi dzień udał się do domu prałata i podziękował mu za wypowiedziane słowa prawdy.
Nie tylko ludzie świeccy i duchowni, lecz także swoi bracia zakonni doświadczali O. Dydaka rozmaitymi sposobami. Nie wiedzieć, z jakich powodów, zapewne z powodu oszczerstwa, lub też może dla próby z natchnienia Bożego, Przełożeni zakazali O. Dydakowi spowiadać. Próba ta była bardzo przykra, ale nie dla świętego. Otrzymawszy pisemną suspensę, przyjął ją ze zwykłym sobie spokojem i wesołością, pokazał ludziom, proszącym go o spowiedź. Pewna osobistość dowiedziawszy się o tym, namawiała go listownie, aby napisał list do przełożonych z zapytaniem, dlaczego i z jakich powodów nie wolno mu spowiadać, radziła przy tym, by zakazu nie przyjął. Na ten list również pisemną, dał odpowiedź następującą: „Z listu do mnie pisanego najdokładniej przekonałem się, że moi przełożeni mają całkiem słusznie, zabraniając mi słuchać spowiedzi. Gdybym bowiem zdolnym był do kierownictwa dusz, toby Pan, którego ja jestem spowiednikiem, nie był tak zacofanym w pojęciach o cnocie posłuszeństwa, jak ten list świadczy. Radzisz mi Pan, bym przeciw rozporządzeniom Przełożonych działał. Piękne posłuszeństwo! Niechaj Bóg zachowa, żebyś Pan miał być tak posłusznym, jak mi w liście radziłeś”. O. Dydak spokojnie wyczekując dalszego rozkazu, przepędzał czas na modlitwie i czytaniu dzieł ascetycznych.
Będąc w Sewilli na misji, otrzymał od O. Prowincjała list krótko, w tonie rozkazu napisany, ażeby natychmiast zaprzestał misji i powrócił do klasztoru i odtąd, aż do dalszego rozporządzenia, aby żadnych już nie spełniał czynności duszpasterskich. Przeczytał list bez najmniejszego wzruszenia i oznaki niechęci, oddał go swoim współpracownikom misji i natychmiast odpisał O. Prowincjałowi, jako list otrzymał i zaraz do klasztoru powraca. O. Prowincjał ze łzami w oczach czytając odpowiedź świętego sługi bożego, rzekł do swoich braci zakonnych: „Nasz O. Dydak jest prawdziwie tak pokornym mężem, jak św. nasz O. Franciszek go opisał. Proszę przeczytać list do niego przeze mnie pisany, celem wypróbowania jego pokory, a następnie przeczytajcie na ten list odpowiedź“. Wszyscy bracia zakonni zachwyceni pokorą i ślepym posłuszeństwem O. Dydaka powtórzyli: „On świętym jest zakonnikiem”. Nieustanna praca, umartwienia i piesze podróże tak osłabiły zdrowie O. Dydaka, że słusznie należało się, by od kazań i słuchania spowiedzi przez kilka tygodni się wstrzymał i w klasztorze wypoczął. Przyszedłszy do klasztoru zachorował na dobre i przez kilka dni leżał w łóżku ciężko chory. W czasie choroby, mnóstwo przyjaciół i znajomych przychodziło do klasztoru odwiedzać chorego, przez co w klasztorze powstał nieporządek i zamieszanie, przerywano milczenie i modlitwę. Przychodzący przynosili choremu rozmaite podarunki, których chory nie przyjmował, lecz wszystko do wspólnej spiżarni oddawał. Pewnego dnia O. Gwardian, który jeszcze dobrze nie znał świętości chorego, rzekł do swoich zakonników: „Dzisiaj spróbuję, czy O. Dydak rzeczywiście jest tak pokorny i doskonały jak ogólnie sądzą”. To powiedziawszy, poszedł do celi chorego i bez ogródek, w sposób dość niedelikatny upominał go, że jest nieumartwiony, szukający wygód w klasztorze, wyszukane zjada tylko potrawy a nic nie robi, dobrodziejom i braciom zakonnym ciężarem się staje i innym doskonalszym zajmuje miejsce. Następnie ostro zakazał mu przyjmować podarunki od świeckich ludzi i oznajmił, że wielkim byłoby dobrodziejstwem dla klasztoru, gdyby sobie poszedł na świat do rodziny, gdyż próżniaków klasztor nie potrzebuje. Gdy O. Gwardian skończył, chory mówiąc „Benedicite”, pocałował ziemię i stopy przełożonego, podziękował za napomnienie i oświadczył, że w tej chwili spełni życzenia O. Gwardiana; rozrzewniony, żegnając się z O. Gwardianem i braćmi, dziękował za otrzymane w klasztorze łaski i chciał odejść. Co widząc O. Gwardian zawołał nań, ostro upominając, że sprawa, kiedy ma odejść z klasztoru, do Przełożonych należy, a nic do O. Dydaka. Słówka nie mówiąc, pokorny sługa Boży, wrócił się i wszedł do swej celi. W tej chwili przypomniała się O. Gwardianowi historia Józefa egipskiego, wystawiającego na próbę swych braci. Płącząc, zapytał zakonników: „Czyż, aby się przekonać o świętości O. Dydaka, potrzebujemy większego jeszcze dowodu”. Od tej chwili otaczano O. Dydaka szczególniejszą opieką i miłością, poczytując sobie za największe szczęście i błogosławieństwo świętemu usługiwać. Jeżeli, według zdania pewnego wielkiej powagi sługi Bożego, zamiłowanie krzyżów, cierpień i upokorzeń, jest znamieniem i odbiciem boskiej świętości i chrześcijańskiej doskonałości, to według tego, O. Dydaka świętym nazwać możemy, gdyż on nie tylko krzyż przerażającego umartwienia ciała i całego życia choroby z heroiczną cierpliwością znosił, lecz także wzgardę i potwarze miłował, szukał i z nich się cieszył.
Podobnego zdania byli wszyscy współcześni (błogosławionego Dydaka). O. Xawery Gonzalez pewnego dnia rzekł do O. Mikołaja, Prowincjała Dominikańskiego: „Użyłem wszystkich możliwych środków dla wypróbowania ducha O. Dydaka i przekonałem się, że jego pokora najgłębsza, a posłuszeństwo najdoskonalsze, wszystkie zaś inne cnoty posiadał sługa boży w stopniu najwyższym. On dziełem Boga jest. Inny zaś Dominikanin O. Antoni Borna utrzymuje, że ze wszystkich dusz, jakie Pan Bóg za naszych czasów wzbudził w Kościele swoim, O. Dydak jest najdoskonalszą i najświętszą duszą. Ja więcej podziwiam Jego świętość aniżeli mądrość. Błogosławiony O. Dydak, bo dla sprawiedliwości i świętości, niczym się nie zrażając, wiele cierpiał. Cierpienia więc i krzyże są szkołą doskonałości. Pragniesz nieba po śmierci, znoś z poddaniem się woli Bożej wszystkie codzienne przykrości w zjednoczeniu z cierpieniami Ukrzyżowanego Chrystusa i Najśw. Maryi Matki Bolesnej. Ze św. Franciszkiem i Błogosławionym Dydakiem mów: „Jezus, Miłość moja przybita do krzyża, dla Tej Miłości, znosić będę wszelkie przykrości”.

7. Wypoczynek w Klasztorze Ubrique i śmierć w Arundzie.

Sądzić może niejeden, że O. Dydak jako mąż pełen zasług, misjonarz, doktor kilku uniwersytetów, członek akademii, honorowy kanonik, od króla już zamianowany biskupem, wybierze sobie „Otium cum dignitate” wypoczynek honorowy. Kto by tak sądził, bardzo omyliłby się – tak nie było. O. Dydak bowiem, jak rozpoczął od pokory, tak na pokorze kończył. Zakonnikowi, misjonarzowi kapłanowi, którego cała uwielbiała Hiszpania, dano w klasztorze zajęcie czyszczenia lichtarzy, obrazów z pajęczyny lub kurzu, zamiatanie korytarzy a następnie, gdy zachodziła potrzeba, urząd kwestarza.
W prostocie dziecinnej podejmował sławny misjonarz wszystkie trudy, wszystkie prace małoznaczące i upokarzające, mówiąc żartobliwie: „przecież jeszcze na coś się przydaję, daremnie chleba nie zjadam“. Nieraz też widziano staruszka, honorowego kanonika katedry z Sewilli i z Toledo, przy kołowrotku przędzalni wełny, dla robienia sukna na habity swych braci. Widziano doktora wielu uniwersytetów po ulicy chwiejnym krokiem idącego, pokrytego potem i prochem, z kijem w ręku i pędzącego kozy lub owce ukwestowane dla klasztoru. Nie wiedzieć, kto i kiedy jest większy i sławniejszy? czy ten co w Sewilli mówi kazanie do ludu porywająco, czy teraz, kiedy w prostocie serca pędzi kozy i nierogaciznę jako kwestarz z Ubrique. O zaiste! Każdy jest wielki i święty, gdy miłuje P. Boga nade wszystko i wypełnia wiernie obowiązki stanu swojego, gdy w pokorze i posłuszeństwie uległy woli Bożej i przełożonym. O szczęśliwy Dydaku! nie uniosła cię ani wymowa, jako sławnego kaznodziei, ani sława i zaszczyty nie zepsuły i nie obrały Cię z pokory i świętej prostoty. Zarówno szczęśliwy byłeś, gdy czyszcząc lichtarze w zaciszu klasztornym modliłeś się i jako pochodnia świecąc przykładem, jako misjonarz spowiednik, czyszcząc dusze i serca grzeszników, kazałeś. Nic nie przeszkadzało Ci w głębokim skupieniu i zjednoczeniu przez rozmyślanie z Bogiem. Tu w nagrodę za trudy i prace uczuwałeś przedsmak nieba, błogi spokój serca, skupienie i zadowolenie ze wszystkiego i aż do ostatniej chwili nie przestałeś umartwiać się dla odpuszczenia grzechów, dla zasług i nieba.
Sądzono ogólnie, że w tej zaciszy klasztornej już do śmierci mieszkać będzie, lecz nie. Jako płomień wybucha jaśniejszym światłem, zanim ma zupełnie zgasnąć, podobnie jeszcze raz dawna miłość dusz nieśmiertelnych w sercu misjonarza zapaliła się większym płomieniem.
Tak więc w r. 1800, w uroczystość Matki Bożej Różańcowej, udał się O. Dydak w towarzystwie ks. Biskupa, Wizytatora diecezji do miasta Grazalema (tu pod kierownictwem kapłana, Feliksa Varo skończył pierwsze kursy klasyczne przed 50 laty, a teraz przypomniał sobie wszystkie wrażenia młodości). Jak wszystkie misje, tak i tę ostatnią odbył pieszo. Ponieważ Wizytator diecezji, ks. Biskup, widział bardzo słabego i ze sił upadającego Dydaka, więc rozkazał, by siadł na osła; opierał się temu z początku O. Dydak, bo chciał tę ostatnią już, jak mówił, misję odprawić pieszo, gdy atoli usłyszał rozkaz, z posłuszeństwa wsiadł na osła, a uśmiechając się, rzekł: „A więc będę teraz owym fałszywym prorokiem jadącym na oślicy, złorzeczyć Izraelowi“. „Uchowaj Boże, odrzekł w tej chwili ks. Biskup, żebym Cię miał powoływać do złorzeczenia ludowi, jedziesz ze mną błogosławić kochającemu cię ludowi, wszak między tym ludem pierwsze brałeś początki i zasady nauki w jego szkole“.
Gdy ujechali spory kawał drogi, należało wypocząć; usiedli więc na wzgórku pod cieniem rozłożystego drzewa, a patrząc się na prześliczną okolicę południowej Hiszpanii, na kwieciste łąki i ogrody, rozmawiać zaczęli o piękności i dobroci Boga w naturze. Ojciec Dydak na wzór św. O. Franciszka Serafickiego, gdy rozmawiał o miłości Boga, tak zaraz wpadał w zachwycenie; twarz jego rozjaśniła się, oczy dziwnym zapłonęły ogniem, ręce wzniesione, jakby do ujęcia, cała postać O. Dydaka przybierała wygląd duchowy nadziemski. Ks. Biskup i jego świta zdumieni, sądzili, że widzą przed sobą anioła serafa. Słysząc go mówiącego o miłości Boga i powtarzającego te słowa: „Bóg mój, to wszystko moje“, dusze ich mimo woli zapłonęły gorącą miłością Boga. Jako orzeł wznosi pisklęta w górę aż pod słońce, tak O. Dydak, gdy mówił o miłości najwyższej, unosił serca słuchaczy aż do Boga. W zachwycie mówił O. Dydak prorocze przepowiednie, że na jego ojczyznę wkrótce wielkie spadną klęski i nieszczęścia, modlił się i płakał.
Gdy przybyli do najbliższej parafii O. Dydak przygotowywał lud do Sakramentu bierzmowania, wyszedłszy na ambonę, mówił kazanie o miłości Boga w Trójcy św. Jedynego z taką gorliwością, jak nigdy przedtem. Skończywszy tę ostatnią misję, prosił przełożonych, by mu pozwolili iść do Sevilli i Kadyksu, celem zaopatrywania umierających na cholerę; przełożeni jednakże widząc, że sam potrzebuje wypoczynku, posłali go do Arundy. (Arunda jest miejscowością klimatyczną.) Po kilkotygodniowym pobycie zebrał sił ostatki i udał się do ulubionego kościoła Najświętszej Maryi Panny pokoju, chcąc odprawiać jak co roku, nowennę i powiedzieć jeszcze raz kazanie. Miłość Boga i gorliwość o zbawienie dusz paliła go i nie dawała mu wytchnienia. Dopiero św. Józef przyniósł mu różdżkę pokoju. W r. 1801 w dniu św. Józefa, 19 marca, przy pracy duchownej w kościele ciężko zachorował. Ks. proboszcz tegoż kościoła, widząc zagrażające niebezpieczeństwo śmierci, wyspowiadał go, dał ma św. Wiatyk i ostatnie Namaszczenie. Gdy przywołani lekarze przykładali O. Dydakowi na zbolałe piersi wezykatorie, uśmiechając się, rzekł: „Nie fatygujcie się panowie, ostatnia bowiem choroba nie da się usunąć żadnymi lekarstwami“. Następnie dziękując wszystkim za troskliwą opiekę, prosił o darowanie i przebaczenie, że im wyrządził tyle subiekcji, przepowiedział przy tym, że wieczorem przed uroczystością Matki Bożej Zwiastowania usunie się im, to jest umrze: „Dzień to bowiem bardzo przyjemny i pomyślny do podróżowania z tego świata do wieczności”. Jak przepowiedział tak też się stało. We wigilię Zwiastowania gdy śmiertelne boleści zwiastowały bliski skon jego, odnowił śluby zakonne, odmówił akty strzeliste, wiary, nadziei i miłości, z krzyżem w ręku, dusza jego z lepianki ciała wybierała się w podróż. Dziwna jasność okoliła umierającego, oblicze jego pogodnie uśmiechnięte, biło promieniem niebiańskiej aureoli, z ust jego, które lat 30 głosiły słowo Boże, wyszeptane słychać było wyrazy ostatniej modlitwy: O Jezus! najsłodsza nadziejo mojego żywota, Ty wiesz, że Cię miłuję! O Maryjo, ucieczko grzeszników, módl się za nami! Umarł, mając lat 58, z tych 42 w Zakonie, w Arendzie, 24 marca 1801 roku w wigilię dnia, w którym Najświętsza Maryja Dziewica stała się Matką naszą, stała się też Matką błogosławionego Dydaka i wprowadziła duszę sługi swego do Nieba. Zaraz po śmierci i podczas Jego pogrzebu P. Bóg wsławił sługę swego rozlicznymi cudami. W roku 1860 więcej jak 164 podań od XX. Biskupów, Przełożonych zakonów, akademii, seminariów i innych stowarzyszeń hiszpańskich, zostało wniesionych do Stolicy świętej do Rzymu o beatyfikację sługi Bożego O. Dydaka Józefa z Kadyksu. Rozpoczęto proces beatyfikacyjny i przedkładano przez lat 93 rozmaite dowody. Gdy te zostały zebrane i zdziałane cuda, a z tych dwa najważniejsze przez św. Kongregację twierdzone zostały, J. Świątobliwość, Papież Leon XIII, kiedy hiszpańska i polska pielgrzymka na obchód jubileuszowy Ojca świętego do Rzymu przybyła, Bullą z d. 10 kwietnia 1894 r. wielebnego sługę Bożego, O. Dydaka Józefa w poczet błogosławionych zaliczył i jako takiego uroczyście w kościele św. Piotra dnia 22 kwietnia ogłosił.
Od tej chwili Zakon OO. Kapucynów święto błogosławionego O. Dydaka Józefa z Kadyksu obchodzi rok rocznie 24 marca, odmawiając pacierze i Msze św. o błogosławionym Dydaku Józefie.

8.Cuda zdziałane za życia.

Liczba cudów zdziałanych przez przyczynę błogosławionego Dydaka Józefa z Kadyksu jest tak wielka, iż Hiszpanie nazwali błogosławionego Dydaka „wielkim cudotwórcą”. Pomijamy w tej małej książeczce liczne uzdrowienia porażonych a nagle uzdrowionych ludzi w Kadyksie i Grenadzie, przywrócenie zdrowych zmysłów w Rondzie i w Martos, (nasycenie) nakarmienie rzeszy ludzi odrobiną chleba, podczas misji w Martos, wybłaganie i powstrzymanie deszczu; pomijamy liczne cuda za jego przyczyną uproszone u Boga: uzdrowienie głuchego, wyprowadzenie wody ze skały w celu ugaszenia pragnienia jego towarzysza w podróży z S. Rocha do Ximenes; nie możemy jednak przemilczeć o dwóch cudach bardzo głośnych, a popartych wielu świadectwami.

I.W roku 1785 po odprawionej misji, wracał nasz błogosławiony Dydak Józef z Grenady do Kadyksu. W podróży, nie ze względu na siebie, gdyż na to nie zważał nigdy, ale ze względu na swoich braci towarzyszy, prosił ubogiego wieśniaka o nocleg. Wieść o przybyciu świętego misjonarza rozeszła się szybko po wsi, jeden drugiemu mówił: „Ojciec Dydak, misjonarz, Kapucyn, do nas przybył i u nas nocuje“. Zbiegło się mnóstwo ludzi, by go oglądać. Wśród tego tłumu była także uboga kobieta, ślepa i porażona, przywieziono ją na osiołku. Wyglądała bardzo źle, więcej podobna już do trupa niż do człowieka żyjącego. Widok ten wzruszył do litości serce Dydaka Józefa, toteż gdy go poproszono by odmówił nad nią św. ewangelię, odrzekł, że chętnie to uczyni. Ledwie jednak wziął książkę w rękę, zaczęła wołać owa kobieta: „Oczy mi się otwarły! już widzę!“ zrobiła przy tym mimowolnie poruszenie ręką i przekonała się, że wróciła jej także władza w porażonych członkach. Żwawo więc skoczyła z osiołka i chodziła zdrowa, jak przed porażeniem. Zebrani widząc to cudowne zjawisko, poczęli wołać: cud! cud dziękując O. Dydakowi za otrzymaną łaskę. Ten zaś skromny i pokorny sługa Boży wezwał ich, by raczej P. Bogu sprawcy jej zdrowia złożyli dzięki, a nie chwalili nieużytecznego narzędzia, którem on był w ręku Boga.

II. Drugi, jeszcze głośniejszy cud wydarzy się w Andaluzji. O. Dydak, miłośnik ubóstwa i ubogich prostaczków, lubiła obcować z ludem wiejskim. Miał też w tym swój cel; pouczał bowiem ten prosty i nieoświecony ludek o Bogu i służbie Jemu. Pewnego razu zmuszony był nasz błogosławiony zanocować w oborze wśród pasterzy. Między pasterzami był jeden szczególniej przewrotny i zatwardziały, a nieoświecony w rzeczach, tyczących się Boga. O. Dydak zaczął jak zwykle rozmawiać z pasterzami o zachowywaniu przykazań Bożych i kościelnych, o koniecznym trwaniu w łasce u Boga, o uczęszczaniu do św. Sakramentów. Pasterz ów długie lata nie był u spowiedzi, zwrócił się przeto szczególniej do niego, przemawiał doń z miłością pobudzał go do skruchy i namawiał do spowiedzi świętej. Ten jednak nie zważając wcale na słowa misjonarza, uśmiechał się tylko szyderczo i jeszcze bardziej utwierdzał się w swoim uporze. W nocy modlił się święty długo do P. Boga, by dotknął swą łaską tego zatwardziałego grzesznika. Gdy się dzień zrobił, O. Dydak pożegnał się z pasterzami i wybierał się w drogę, pasterze poczęli wypędzać swe trzody, wtem zbliża się do O. Dydaka ów zatwardziały pasterz i tak doń przemawia: „Ojcze, widzisz tam tego byka, wyspowiadajże jego, to i ja potem się wyspowiadam”. Było to ciężkie bluźnierstwo; święty zamilczał jednak, a po chwili odrzekł łagodnie: „Powiedz mi mój synu, czy przyrzekasz mi uroczyście wyspowiadać się, jeżeli ten byk mię posłucha? Czy będziesz tak powolnym i posłusznym, jak to dzikie zwierzę?“ „Przyrzekam“, odrzekł zapytany. Wtedy święty uzbrojony mocą Bożą zawołał: „Bracie byku zatrzymaj się!“ i natychmiast stanęło zwierzę, czekając rozkazu. Dydak zbliżył się do niego, byk przyklęknął. Przestrach i zdziwienie ogarnęło pasterzy, najwięcej zaś owego zatwardziałego bluźniercę; tknięty łaską Bożą, padł na kolana i wołał: spowiedzi! spowiedzi! O. Dydak nie odmawia i ów zatwardziały grzesznik, wyspowiadawszy się szczerze ze swoich grzechów zmienił dotychczasowy tryb życia, poprawił się i trwał odtąd w dobrem do końca.

9. Cuda po śmierci.

1. W Klasztorze della Pace (Pokoju) w Sewilli żyła zakonnica stowarzyszenia św. Ignacego, głucha do tego stopnia, że musiano się z nią porozumiewać tylko na migi. Poleciwszy się błogosławionemu Dydakowi, odzyskała słuch.
2. Pewien Kapucyn bawiąc w Klasztorze w Marchena chorował na uporczywą febrę, tak, że z bólów odchodził od zmysłów. Raz wezwał przyczyny błogosławionego Dydaka w te słowa: Ojcze Dydaku! jeżeli to jest prawdą, że jesteś świętym przed oblicznością Bożą, w co ja zupełnie wierzę, wyjednaj mi u Pana Boga, by te boleści zupełnie ustały. I natychmiast uczuł się zdrowym, o czym uwiadamiając Brata usługującego mu w chorobie rzekł: „Ojciec Dydak zdziałał cud na mojej osobie, już nie czuję żadnych boleści“.
3. Pewna pani w Rondzie, padła krzyżem na marmurowej płycie, pod którą umieszczone były śmiertelne szczątki błogosławionego Dydaka, i za Jego przyczyną błagała Pana Boga o zdrowie dla swojego męża. Przyszedłszy do domu, zastała go zdrowego.
4. Piotr Martinez w Rondzie, chory był na raka, dotknąwszy się habitu O. Dydaka został uzdrowiony ze swej nieuleczalnej słabości.
5. Rafaela Concha di Herrera, sierota uboga w Sewilli bliską już będąc skonu, ucałowawszy relikwie błogosł. Dydaka, wstała z łóżka zupełnie zdrowa.
6. Józef Munez z Villa Cantellena w diecezji Sewillskiej został napadnięty od rozdrażnionego byka i tak pokaleczony, że zagrażało niebezpieczeństwo utraty życia, a co najmniej trzeba mu było odjąć rękę aż po samo ramię. Lekarz oświadczył, że amputacja jest konieczną, inaczej straci życie. Do Villa Cantellena przybył Ojciec Antoni rodem z Cantellena, ten dowiedziawszy się o wypadku, poszedł odwiedzić pana Munez. Pocieszając go, poradził, by się modlił do błogosł. Dydaka. Nie mając przy sobie relikwii świętego,- tylko parę karteczek, które O. Dydak zwykł był rozdawać chorym, jedną z nich dał połknąć choremu, drugą zaś położył na strzaskane ramię. Wnet ustały boleści, a w parę dni chory wyzdrowiał zupełnie.
Zdziwionemu lekarzowi oświadczył chory pod przysięgą, że wyzdrowiał jedynie za przyczyną błogosł. O. Dydaka.
7. Brat, laik kapucyński, Rafael Malagi, dostał ataku apopleksji, pozbawionym był użycia wszystkich zmysłów, prócz słuchu. W chorobie odwiedził go pewien kapłan wielki przyjaciel chorego braciszka, widząc go w nieszczęśliwym stanie, zbliżył się doń i szepnął mu do ucha: „Bracie Rafale zwróć się w modlitwach do O. Dydaka i proś go z ufnością, ażeby ci za przyczyną Matki Boskiej wyjednał powrót do zdrowia”. Brat Rafał skinął na znak, że zrozumiał i wnet P. Bóg zdziałał cud; Rafał odzyskał mowę, a w kilka dni zdrowie. Zdawało mu się, gdy się polecił przyczynie Świętego, że ten stanął przy jego łóżku i odmawiał nad nim ewangelią.

I. Cuda zdziałane za przyczyną błogosławionego Dydaka w czasie procesu beatyfikacyjnego, przez św. Kongregację zatwierdzone.

II. Minęło 64 lat od śmierci O. Dydaka, a lud nawiedzał wciąż grób jego w kaplicy Matki Boskiej Pokoju w Rondzie i coraz głośniej wyrażał życzenie, by Jego zwłoki (relikwie) na zaszczytnym miejscu pochować. Na co ze stronę władzy kościelnej dozwolono w roku 1865, lecz dopiero w 1867 przyszła ta sprawa do skutku. Zapowiedziano uroczyste przenosiny relikwii, zebrało się ludzi mnóstwo. Otwarto uroczyście trumnę, kości były pokryte warstwą podobną do wosku, gardło i krtań wcale niezepsute; gdy za pomocą drewnianego nożyka usunięto warstwę woskowatą z kości błogosł. Dydaka, ze zdumieniem zobaczyli obecni, że kości są jakby krwią świeżą zbroczone. Obtarte, zostawiały ślady żywej krwi na płótnie, a z kości na nowo sączyły się krople krwi. Powtórzyło się to samo w dwa lata później przy ponownym badaniu relikwii. Na żądanie św. Kongregacji, wysłano je potem do Rzymu i badano tę sprawę sumiennie i dokładnie przy współudziale najznakomitszych lekarzy i przyrodników, a rezultatem było orzeczenie, że prawdziwa, rzeczywista krew żywa wydobywa się ze zupełnie suchych kości błogosławionego Dydaka.
Jest to pierwszy tego rodzaju fakt w historii kościelnej, podobnego jemu wcale dotąd nie wykazują dzieje kościelne. Cud ten stał się za naszych czasów, naoczni świadkowie pod przysięgą o nim opowiadają.

III. W roku 1861 zachorowała w małym Klasztorze św. Alojzego u sióstr miłosierdzia w Sewilli, dwudziestoletnia siostra Adelajda Quiros Herrera. Z febry, której naprzód podlegała, wywiązał się ból w boku, kłucie i częste wybuchy krwi ustami. Lekarstwa brane nie pomagały, z brakiem apetytu nastąpiło ogólne osłabienie, tak, że nie mogła podnieść się z łóżka. W październiku stan się pogorszył, w kwietniu 1862 oddech był trudnym, następowały omdlenia, straciła wzrok i mowę, i już sama nie pragnęła niczego, tylko śmierci, która też szybkim krokiem się zbliżała. Przełożona klasztoru poleciła jej modlić się do błogosł. O. Dydaka, lecz chora skinieniem dała poznać, że nie myśli prosić P. Boga o przedłużenie życia, że raczej woli umrzeć. Nad ranem 29 maja miała chora widzenie. Ukazał się jej O. Dydak w długą odziany suknią i stanął przy jej łóżku. Gdy widzenie znikło, uczuła polepszenie. Przełknęła trochę wody, poprawiła się w łóżku, wieczorem odzyskała mowę i wzrok. Polepszenie trwało do drugiego czerwca. Koło 5 czerwca straciła znowu słuch, wzrok i mowę, nareszcie poczęła konać. Odmawiano już modlitwy za konających przy jej łożu, gdy wtem przyszło jej na myśl, że może zgrzeszyła przeciw posłuszeństwu, nie chcąc polecać się w modłach przyczynie O. Dydaka. Poczęła się więc modlić, żeby Pan Bóg za przyczyną O. Dydaka wrócił jej natychmiast zdrowie, jeżeli życie jej może być użyteczne ubogim bliźnim. W tej chwili coś dziwnego, nadzwyczajnego z nią zaszło, uzyskała wszystkie władze umysłu, straciły się boleści, zasnęła.
Siostry, sądząc, że już umarła, wyszły z jej celi, ona zaś obudziwszy się zdrową, sama wstała z łóżka, napiła się wody. Gdy siostra Infirmarka weszła, a przed chwilą opłakała jako zmarłą, zdziwiła się, ujrzawszy ją zdrową. Adelajda wstała i ubrała się sama. Doktor Rodriguez, który po chwili przyszedł do klasztoru, sprawdził, że jest zupełnie i nagle uzdrowioną, nagle, bo tegoż samego dnia objęła zwykłe obowiązki w klasztorze i w tę słabość więcej już nigdy nie popadła. Jeszcze dotąd żyje ta sama siostra Adelajda i jest żywym dowodem potężnej przyczyny błogosławionego Dydaka przed Bogiem.

MODLITWA KOŚCIELNA

Boże, który Błogosławionego Dydaka Józefa wyznawcę Twojego mądrością Świętych obdarzyłeś i dla zbawienia ludu swego cudownie przeznaczyłeś: użycz nam za Jego przyczyną, co pobożne i sprawiedliwe myśleć; ażebyśmy do Królestwa chwały Twojej szczęśliwie byli doprowadzeni. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, Syna Twojego, który z Tobą żyje i króluje w jedności Ducha świętego, Bóg, po wszystkie wieki wieków. Amen.

 

Z :: Żywot bł. o. Dydaka Józefa z Kadyksu kapłana zakonu Św. o. Franciszka seraf. BRACI MNIEJSZYCH KAPUCYNÓW -KRAKÓW 1894

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *