Zakon oo. Marianów a Zgromadzenie ks. ks. Marianów
(Kontrowersyjne problemy tzw. odnowy)
RZYM – TORUŃ 1980 Mieczysław Kołodziejski
Oto do rąk Czytelnika oddajemy publikację: „Zakon OO. Marianów a Zgromadzenie Ks. Ks. Marianów”. Co spowodowało napisanie tej książki, czym kierowałem się przedstawiając tę raczej nie typową i dziwną sprawę, nazwaną w podtytule „kontrowersyjne problemy tzw. odnowy”? Nie wnikając w szczegóły wskażę na jeden zasadniczy powód Sam przeżywałem wiele z opisywanych wydarzeń, wycierpiałem także wiele i jestem dalej przekonany o słuszności sprawy, wciąż czekającej na rozpatrzenie i załatwienie.
Tytuł pracy mógłby wskazywać, że chodzi o jakieś studium porównawcze dwóch instytucji zakonnych ze względu na ich idee i zadania. Tego Czytelnik nie znajdzie, choć i o tym marginesowo będzie mowa. Nie będzie też wyczerpującej historii obu zgromadzeń. Jest to opracowanie o charakterze polemicznym, omawiające krytycznie, a więc możliwie bezstronnie, powstały przed 70-ciu laty i trwający do dziś pewien specyficzny spór pomiędzy dwoma społecznościami zakonnymi Omawiam go źródłowo i nie pomijam niczego, co by mogło zdeformować jego istotę. Daleki jestem przy tym od krytykowania poszczególnych osób czy administracji kościelnej. Jeśli znajdą się nawet przykre akcenty czy opisy, będą one odpowiadały prawdzie. Zresztą przedstawiam tylko najkonieczniejsze fakty, by oddać w sposób najmniej zniekształcony całe to w zasadzie przykre zagadnienie.
Praca ta nie pretenduje do rangi rozprawy naukowej. Piszę z autopsji i to nie tylko jako obserwator przypadkowy, ale w pełni zaangażowany. To zapewne musi rzutować jakoś na przedstawienia opisywanych wydarzeń, choć starałem się także o krytyczne spojrzenie i ocenę możliwie obiektywną własnych posunięć. Niektóre z nich widziane już z pewnej perspektywy, zostały określone nawet jako błędne
Być może tego rodzaju tematykę powinna podjąć osoba duchowna, a nie świecki człowiek, ale może to mieć i pewne dodatnie strony w sposobie podejścia i ujęcia sprawy. Jestem świadomy jednak wielu niedociągnięć, uważam też, że choć został przedstawiony w niniejszej pracy dość obszernie generalny rys całego zagadnienia w jego rozwoju, praca ta stanowi mimo to tylko wprowadzenie do omawianej problematyki W kilku zresztą miejscach podkreślam, że można oddzielne monografie napisać na tematy z konieczności tu tylko zasygnalizowane. Mam nadzieję, że ktoś bardziej ode mnie przygotowany od strony prawnej i teologicznej, mający dostęp do wszystkich źródeł i dysponujący czasem, może poszerzyć i pogłębić to zagadnienie oraz rzucić na nie pełniejsze światło. Wołałbym jednak, by były to raczej już tylko dysertacje historyczne, opisujące dzieje sporu, który w końcu sprawiedliwie rozstrzygnięto.
Jeszcze raz pragnę podkreślić, że pracę tę napisałem w oparciu o fakty i dokumenty, nie oglądając się na osobę ludzką. Jako człowiek niezależny mogłem sobie na to pozwolić. Toruń w maju 1980 r.
I. ZAGADNIENIA WSTĘPNE
1. Powstanie i istota problemu
Zakon OO. Marianów powstał w Polsce w XVII w. jako jeden z ostatnich zakonów ścisłych działających w Kościele. Założycielem był sł. Boży o. Stanisław Papczyński, doradca króla Jana III Sobieskiego i uczestnik wyprawy wiedeńskiej.
W drugiej połowie w. XIX-tego zakon OO. Marianów został skasowany przez rząd carski po nieudanym powstaniu styczniowym. Znaczna część zakonników została uwięziona w klasztorze w Mariampolu na Litwie, część wywieziono na Sybir, a reszta uległa rozproszeniu po kraju i za granicą.
W początkach XX w. prób potajemnego odrodzenia Zakonu podjęli się dwaj zakonnicy: o. Bernard Pielasiński w Górze Kalwarii k. Warszawy i o. Wincenty Sękowski w Mariampolu. Ojcowie ci działali niezależnie od siebie i nie mieli z sobą żadnej łączności. Mniej więcej w tym samym czasie przyjęli na mocy indultów uzyskanych od Stolicy Apostolskiej kilku adeptów, którzy po odpowiednim przysposobieniu mieli w przyszłości tj. po ustaniu ucisku politycznego i religijnego odrodzić ten jedyny polski zakon ścisły.
Tak więc aspiranci o. B. Pielasińskiego, v-magistra nowicjatu sprzed kasaty, zaprawiani byli do przyszłego życia zakonnego bez odbywania nowicjatu ale ściśle według reszty obowiązujących ustaw zakonnych.
Natomiast w Mariampolu prace nad odrodzeniem Zakonu potoczyły się zupełnie w innym kierunku. Kandydaci, szczególnie ks. Jerzy Matulewicz, wstąpili do Zakonu nie z chęci jego odrodzenia, jak się później okazało, lecz z zamiarem przekształcenia go wbrew woli założyciela i żyjących jeszcze zakonników w zwykłe stowarzyszenie księży.
I tu tkwią początki problemu, który po upływie z górą 70-ciu lat nie jest jeszcze dzisiaj należycie rozwiązany.
Ów kandydat do Zakonu, ks. Jerzy Matulewicz, po wmówieniu w ojca Wincentego Sękowskiego przebywającego w Mariampolu, że jest on ostatnim członkiem Zakonu mariańskiego, uzyskał od niego określone plenipotencje, które szczegółowo będą dalej omówione. W oparciu o nie ks. Matulewicz skierował własną prośbę, zakresowo przekraczającą uprawnienia otrzymane od o. Sękowskiego. Rzym odpowiedział pozytywnie na petycję ks. Matulewicza, która wyglądała na uzgodnioną, a więc prawdziwą. Uczynił to w ścisłej tajemnicy (i w Rzymie zastrzegł sobie tę tajemnicę) rzekomo przed zaborcą, a w rzeczywistości przed o. Bernardem Pielasińskim, o którym wiedział, że żyje w Górze Kalwarii. O. W. Sękowski też w tej sytuacji był „skazany” na pełne zaufanie i nie wchodził już w szczegóły pertraktacji ks. Matulewicza z Kongregacją do Spraw Zakonów. Ta przykra sprawa, a raczej afera wyszła na jaw dopiero w kilka lat później.
W międzyczasie ruchliwy i obrotny ks. J. Matulewicz zdążył już, zanim żyjący zakonnicy zdołali się zorientować w powstałej sytuacji, ugruntować i umocnić swoje szybko rozwijające się dzieło znane dzisiaj pod nazwą Zgromadzenia Ks.Ks. Marianów, które – jak dalej się przekonamy – nie ma, oprócz nazwy, nic wspólnego z dawnym Zakonem.
Na protesty zabrakło już czasu, ponieważ niebawem wybuchła I-sza wojna światowa, która wykluczyła jakąkolwiek działalność wyjaśniającą w powstałym problemie i uniemożliwiła złożenie sprzeciwu w Rzymie. U schyłku wojny tj. w 1918 r. ks. J. Matulewicz zostaje za protekcją Niemców, okupujących ziemie polskie, mianowany biskupem – ordynariuszem diecezji wileńskiej. Tenże ks. bp Matulewicz udziela później nauk rekolekcyjnych Mons. Achillesowi Rattiemu, Nuncjuszowi Apostolskiemu w Warszawie, który został tu biskupem i asystuje przy jego konsekracji dokonanej przez arcybiskupa Rakowskiego. Po powrocie do Rzymu, po śmierci papieża Benedykta XV, zostaje kardynał A. Ratti wybrany papieżem jako Pius XI. Poumierali już też prawie wszyscy dawni zakonnicy z o. B. Pielasińskim na czele.
Jak widać po I-szej wojnie światowej sprawa ta uległa już pewnemu przedawnieniu i dlatego wytworzył się niekorzystny klimat dla wyjaśnienia powstałej sytuacji w Zakonie i następcy dawnych ojców zakonnych stanęli wobec bardzo wielkich trudności.
Tak oto powstał długoletni problem zwany dzisiaj oględnie „kwestią mariańską”.
2. Zakon a zgromadzenie
Dokładne i staranne wyjaśnienie powstałego problemu wymaga uporządkowania i uściślenia pewnych określeń i pojęć, które w dotychczasowych publikacjach są celowo z sobą pomieszane i tak poplątane, by tym trudniej było można zrozumieć istotę sporu zakonnego. Czynią to z reguły ci autorzy wydań książkowych, którzy wychodzą chyba z założenia, że: „najłatwiej jest łowić ryby w mętnej wodzie”.
Zatem w pierwszej kolejności należy pokrótce wyjaśnić, co to jest zakon ścisły a co zgromadzenie zakonne. Zgodnie z określeniami wziętymi z prawa kanonicznego zakonem regularnym czyli ścisłym (ordo) jest stowarzyszenie zatwierdzone przez władzę kościelną, którego członkowie składają śluby uroczyste. Zgromadzeniem zakonnym (congregatio) jest stowarzyszenie o ślubach prostych (kan. 488, n. 2). Zakonnicy zakonów ścisłych noszą z reguły habity, a członkowie zgromadzeń – sutanny, jak księża świeccy. Poza tym zakony ścisłe prowadzą znacznie ostrzejszy i surowszy tryb życia niż zgromadzenia zakonne.
Łatwo jest zatem odróżnić zakon od zgromadzenia. Potocznie nazywa się często zakonem zwykłe zgromadzenie zakonne i odwrotnie – zakon ścisły bywa nieraz nazywany zgromadzeniem. Ba! Nawet Założyciel Zakonu OO. Marianów w kilku miejscach nazywa swój Zakon kongregacją, instytutem, stowarzyszeniem a to dlatego, że pierwotnie było to istotnie stowarzyszenie na prawie diecezjalnym. Dopiero papież Innocenty XII podniósł je do rzędu zakonów ścisłych.
Wskazanie tych istotnych różnic, jakie występują pomiędzy zakonem, a zgromadzeniem zakonnym jest dla naszego tematu wystarczające. Będzie ono niezbędne przy dalszym wyjaśnianiu omawianej „kwestii mariańskiej”.
3. Odnowa, reforma i przekształcenie Zakonu
Pojęcie odnowy czyli odnowienia czegoś jest w szerokim tego słowa znaczeniu określeniem prostym i łatwym do zrozumienia. Mało to razy odnawiamy w ciągu naszego życia mieszkania, domy, nagrobki na cmentarzach itp. Odnawiany obiekt, czy przedmiot nie zmienia przy tym swego istotnego kształtu i swej natury, lecz ulega odświeżeniu i swym wyglądem zewnętrznym po renowacji przypomina postać pierwotną.
Podobnie ma się rzecz z odnowieniem jakiejś instytucji świeckiej, zakonu, czy zgromadzenia zakonnego. Odnawiana instytucja nie może być przeobrażona w jakąś inną organizację społeczną, bo wtedy nie będzie już tym samym, czym była poprzednio.
Zatem zakon odnowiony nie przestaje być zakonem, a zgromadzenie pozostaje nadal zgromadzeniem zakonnym. Na czym więc polega odnowienie zakonu? Odnowienie polega na wprowadzeniu do organizacji zakonnej nowego ducha gorliwości religijnej, na odświeżeniu i uaktywnieniu działalności w kierunku zakreślonym przez niezmienioną regułę i przy zachowaniu tych samych konstytucji zakonnych. Odnowiony zakon tchnie wiosną! Jego członkowie – to ludzie nowi duchem, pełni zapału i poświęcenia się wzniosłym hasłom zakonnym. W odnowionym zakonie działa na nowo Duch Boży, rozpalający serce i umysły miłością i pragnieniem osiągnięcia wyższej doskonałości ducha.
Zakon odnowiony nie zmienia swego zewnętrznego wyglądu, chociaż w swej istocie duchowej jest odświeżony. Jego struktura wewnętrzna nie uległa przemienieniu. Jest zatem odnowiony w jakości pracy, w gorliwości modlitewnej i w głoszeniu słowa Bożego oraz w ostrości życia zakonnego, przy czym ustawy jego są bardziej przestrzegane niż poprzednio.
A jak przedstawia się sprawa z reformą Zakonu? Co to jest właściwie reforma jakiejś organizacji ludzkiej?
Ogólnie rzecz biorąc reforma usuwa z organizacji wszystko to, co okazało się dotąd niedobre, co jest brakiem lub wadą, czy też niedoskonałością. Ma ona za zadanie wprowadzić coś lepszego, nowszego i więcej pożytku przynoszącego. Musi zatem zmienić przynajmniej częściowo istniejącą strukturę. Reforma ulepsza, uzupełnia albo zmienia w danej organizacji to wszystko, co utrudniałoby w danych warunkach skuteczne dążenie do wytkniętego celu.
W pojęciu zakonnym reforma jest przeciwstawieniem rozluźnienia w społeczności mniszej. Oznacza ono podciągnięcie dyscypliny w zmurszałym i duchowo osłabionym stowarzyszeniu zakonnym. Ma za zadanie podniesienie ducha gorliwości względnie zaostrzenia surowości życia zakonnego, nawet kosztem odstępstwa od niektórych dotychczasowych ustaw. W niektórych przypadkach zakon ulega częściowej przebudowie, tak w swych konstytucjach, jak i w wyglądzie zewnętrznym. Zatem reforma oznacza także zmianę struktury organizacyjnej na lepszą, doskonalszą i bardziej pomocną w wypełnianiu rad ewangelicznych. Zakon zreformowany – to już często inna społeczność zakonna. Najtrafniej charakteryzuje to zagadnienie stare rzymskie przysłowie, które mówi:
Cokolwiek swoje kształty porzuca lub zmienia powoduje natychmiast śmierć dawnego bytu.
Tak z pnia zakonu franciszkańskiego wyrosło w ciągu wieków, dzięki reformom, wiele odgałęzień zakonnych, które są dzisiaj odrębnymi i pożytecznymi organizacjami zakonnymi. I z pnia dawnego zakonu mariańskiego mogłyby przecież wyrosnąć nowe „szczepy winne”, bez potrzeby niszczenia w nim tego, co rzekomo stare, spróchniałe, więcej nieprzydatne w dzisiejszych czasach.
A co to jest przekształcenie zakonu? Z przekształceniem zakonu ma się rzecz podobnie jak z przeobrażeniem lub z rozwojem różnych społeczności ludzkich. Np. dawne monarchie, o absolutnym ustroju politycznym, przerodziły się w nowoczesne republiki o charakterze demokratycznym. Pociągnęło to za sobą głębokie zmiany w strukturach tych państw. Upadły dawne formy i prawa, a pojawiły się nowe zasady rządów i ugruntowały się nowsze zręby organizacji państwowej. Nie ma już poddanych, a są wolni obywatele współdecydujący o swym bycie, w wielkiej rodzinie narodowej. Wynikiem tych wielkich przemian społeczno-politycznych są dzisiejsze państwa. Powstały one drogą powolnych, a najczęściej gwałtownych przeobrażeń i nie są już tym, czym były niegdyś.
Zatem w wyniku przekształcenia „czegoś” powstaje zwykle „coś” nowego, mało albo zupełnie niepodobnego do poprzedniej postaci.
Wracając do tematu o przekształceniu zakonu należy stwierdzić, że przekształcenie takie oznacza całkowite przeobrażenie struktury zakonnej w inną i nową społeczność zakonną. Wprowadza gruntowną zmianę w dotychczasowych założeniach ideowych zakonu. Zakon zmienia nazwę, a nowi zakonnicy zmieniają zwykle swe stroje lub dostosowują je do zmienionych warunków. Jeśli chodzi o dyscyplinę i jakość życia wspólnego, o surowość i ostrość w obyczajach zakonnych – to następuje tu pewne mniejsze czy większe rozluźnienie. Przekształcony zakon jest łagodniejszy w swych założeniach i w swym życiu codziennym.
Przekształcenie zakonu ścisłego w zwykłe zgromadzenie czy stowarzyszenie jest rodzajem swoistej (bo w jakimś sensie in minus) reformy, która może nastąpić jednak tylko za zgodą jego członków (kapituły zakonnej) oraz mieć aprobatę Stolicy św. Przekształcenie struktury zakonu ścisłego in minus (w formę luźniejszą) bez zgody jego członków nie jest żadną reformą, ale uzurpacją. Ta zaś może być domniemana lub świadoma czyli podstępna.
4. Pomieszanie pojęć dotyczących tzw. konfliktu zakonnego
Zatrzymajmy się teraz na krótko nad tym, co wynikło z potajemnych i bezprawnych zabiegów ks. Jerzego Matulewicza nad „ratowaniem” Zakonu, po wydaniu w Rzymie „Wstępnych zarządzeń św. Kongregacji dla spraw zakonnych z dn. 2 sierpnia 1909 r.” Otrzymawszy do ręki powyższe zarządzenie, ks. J. Matulewicz w ciągu 1-szego półrocza 1910 r. opracował projekt nowych konstytucji zakonnych, ponieważ tego domagała się Stolica św. Aby nie zrazić papieża św. Piusa X zbyt daleko idącymi przeobrażeniami w zakonie mariańskim, wprowadził ks. J. Matulewicz początkowo tylko niewielkie zmiany w dotychczasowych konstytucjach zakonnych. Istotnych zmian dokonał dopiero w kilkanaście lat później, przekształcając ostatecznie zakon w całkiem inną organizację zakonną i zerwał przez to zupełnie z dawnym Zakonem o. Papczyńskiego. Konstytucjami swoimi zbudował podwaliny pod dzisiejsze Zgromadzenie Księży Marianów.
I w tym jego dziele nie byłoby jeszcze nic niewłaściwego, gdyby nie przywłaszczono sobie nazwy „Marianie” i nie stwarzano ciągle trudności sympatykom dawnego zakonu o. Papczyńskiego w dążeniach do jego prawdziwego odrodzenia czy reaktywowania.
Zanim jednak przejdziemy do szczegółowego omówienia dokonanych zmian w Zakonie, popatrzmy przez chwilę na to, jak niektórzy autorzy dziejów mariańskich nazywają opisane zabiegi ks. J. Matulewicza nad przekształceniem dawnego Zakonu.
I tak: postulator generalny Zgromadzenia Ks.Ks. Marianów, ks. K Reklaitis w swym opracowaniu: II Servo di Dio Giorgio Matulewicz – Matulevicius, Arcivescovo tit. di Aduli, Riformatore della Congregazione dei CC RR. Mariani, Roma 1955 – nazywa ks. J. Matulewicza tak w tytule jak i w treści broszury (s. 18) reformatorem, a jego dzieło reformą i odnowieniem (s. 20).
Natomiast w późniejszej pracy zbiorowej: Marianie 1673-1973, Rzym 1975 – mówi się już tylko o odnowieniu lub odrodzeniu nie dbając przy tym o ścisłość drugiego członu: „zakon”, „zgromadzenie”. Oto charakterystyczne przykłady: na s. 95 jest mowa o „odnowieniu Zgromadzenia”, na s. 97 o „odrodzeniu marianów”, a na s. 104 jest to „odnowienie Zakonu Marianów .
W związku z tym rozmaicie nazywanym skutkiem rzekomego uratowania Zakonu od zguby, powstaje uzasadnione pytanie, dlaczego w literaturze na ten temat wprowadza się tyle różnych pojęć i odmiennych określeń? Chyba tylko dlatego, aby utrudnić zrozumienie powstałego w latach 1909-1910 problemu tzw. odnowy. Pomieszanie pojęć, chaos w określeniach u różnych autorów pochodzących z tego samego zgromadzenia i brak jasnego spojrzenia w konflikt wydaje się być zjawiskiem celowym. Chodzi tu zapewne o ukrycie kompromitujących poczynań ks. Jerzego Matulewicza, który, jak się później okazało, ani nie odnowił, ani nie zreformował, lecz zburzył staropolski Zakon OO. Marianów, a w jego miejsce zorganizował nowe zgromadzenie zakonne.
Jeśli chodzi o inne określenia, nasuwa się podobna uwaga: albo „zakon” albo „zgromadzenie” – bo to przecież nie jest to samo! Na coś trzeba się zdecydować!
Tak samo ma się sprawa z „odnowieniem” i z „reformą”. Te dwa pojęcia też trzeba od siebie odróżnić. A może ani „reforma” ani „odnowa”? W świetle faktów było to przekształcenie…
Podobne zamieszanie wprowadzono w nazwiskach. Odnosi się wrażenie, że Księża Marianie dobrze nie wiedzą, jak nazywa się ich założyciel Raz podają Matulewicz, innym razem jest to Matulevicius, a w innym miejscu zwie się Matulaitisem. Na jakąś konkretną formę nazwiska trzeba się w końcu zdobyć!? Jeśli polskie nazwisko jest obecnie nieaktualne i z pewnych względów niewygodne należy zatem podawać je w innym języku, ale chyba nie w trzech różnych wersjach?
Podobnie ulega przeinaczeniu nazwisko o. Wincentego Sękowskiego. We wszystkich dawnych aktach, szczególnie w rocznikach diecezjalnych, wykazywane było jego nazwisko w brzmieniu polskim. Obecnie nazwisko to bywa tu i ówdzie podawane jako Senkus lub Senkelis. Zmieniono temu ojcu zakonnemu nazwisko pośmiertnie, czyli uczyniono to bez jego zgody.
Widocznie Księża Marianie posiadają od samego początku swego istnienia jakiś bliżej nieokreślony przywilej, pozwalający im na dokonywanie dowolnych zmian – i w Zakonie i w nazwiskach – bez potrzeby oglądania się na zgodę zainteresowanych osób.
Z tych pobieżnych uwag widać, że autorzy ze Zgromadzenia Księży Marianów nie dbają zbytnio o ścisłość wyrażeń, ale kierują się w swych pracach pewną wygodną im dowolnością.
5. Niekonsekwencja w określeniu oficjalnej nazwy Zgromadzenia
Po wstępnym zarysie problematyki tzw. odnowy Zakonu należałoby uporządkować zagadnienie związane z nazwą obecnego Zgromadzenia Księży Marianów w odróżnieniu od nazwy dawnego Zakonu Mariańskiego. Jest co najmniej niekonsekwencją, aby Zgromadzenie o nowej strukturze prawnej i rzeczowej nadal przywłaszczało sobie nazwę instytucji, którą zniszczyło. Czyżby przez utrzymanie dawnej nazwy chodziło przynajmniej o pozory werbalnej kontynuacji?
Dawny Zakon, aczkolwiek formalnie nie istnieje, to jednak żyją jego faktyczni następcy i sympatycy, pragnący jego rzeczywistego ożywienia. Sprawiedliwości winno stać się zadość i dlatego Księża Marianie nie powinni czynić żadnych utrudnień i przeciwdziałań w tym względzie i to tym bardziej, że nikt nie nastaje na ich istnienie; ubiegać się zaś o odzyskanie swoich praw wolno każdemu!
Zagadnienie adekwatności lub nieadekwatności nazwy w tym rzeczowym sporze o możliwość odzyskania ojcowizny nie jest oczywiście sprawą pierwszorzędną, choć i niebagatelną. Niemniej nie możemy tu pominąć także i tych uwag.
Popularna nazwa „odnowionego” przez ks. Matulewicza zakonu brzmi: Księża Marianie lub Księża Marianie Czarni, względnie Zgromadzenie Księży Marianów.
W 1923 r. na kapitule generalnej w Gdańsku zarząd generalny postanowił, że „nazwę Zgromadzenia będą wyrażały skrótowo trzy duże litery: MIC, które oznaczają: Congregatio Marianorum Immaculatae Conceptionis” (Marianie, s. 155). Wybranego skrótu Zgromadzenie używa do dziś.
Przeciwko tym nazwom można nie zgłaszać radykalnych zastrzeżeń. Inaczej sprawa się przedstawia wobec tzw. pełnej oficjalnej nazwy Zgromadzenia. Została ona przyjęta przez ks. J. Matulewicza i weszła do Konstytucji, drukowanej już po jego śmierci, w 1930 roku. Brzmi ona następująco: Congregatio Clericorum Regularium Marianorum sub titulo Immaculatae Conceptionis Beatissimae Mariae Virginis (art. 1). Jest to w zasadzie stara, jak zakon mariański, oficjalna nazwa dzieła sł. Bożego o. Stanisława Papczyńskiego. Pierwszy dekret papieski z 1699 r. zatwierdzający zakon o. Papczyńskiego jako zakon ścisły o ślubach uroczystych – do wyżej przytoczonej pierwszej części nazwy: „Congregatio Clericorum Regularium Marianorum” dodał człon uzupełniający i bliżej charakteryzujący: „Defunctis et Parochis in Cura Animarum suffragantium”. Dekret aprobacyjny Piusa VI z 1786 r. podawał zamiennie: „Ordo, seu Congregatio Clericorum Regularium Marianorum”. Zaś sam Założyciel, o. Stanisław składając 6 VI 1701 r. na ręce nuncjusza apostolskiego pierwsze uroczyste śluby w zatwierdzonym co dopiero swoim ścisłym zakonie, podał jego nazwę w protokole swej profesji: „Ordo Immaculatae Conceptionis Beatissimae Mariae Virginis”.
Uważamy, że utrzymywanie tych usankcjonowanych nazw, właściwych dla pierwotnego Zakonu o. Papczyńskiego i zastosowanie ich do Zgromadzenia ks. J. Matulewicza o ślubach prostych i tak różnego merytorycznie, jest nieporozumieniem, w dodatku prawnie nieuzasadnionym. Ks. Fr. Bączkowicz (Prawo Kanoniczne, Opole 1957, t. III, s.617) w oparciu o kan. 488 pisze: „Zakonnicy regularni lub ściśli (regulares) to ci, którzy złożyli śluby w zakonie ścisłym, w którym się składa śluby uroczyste (in ord in e)”. Zatem w omawianym przypadku brak adekwatności nazwy do stanu faktycznego jest oczywisty. Powtórzmy narzucające się pytanie: czy zostawiło się dawną nazwę po to, by mieć tytuł do implikowanej przez nią spuścizny? Jak długo jeszcze taki pozorny, bo nie mający oparcia w prawie, pomost będzie utrudniał rzeczowe porozumienie?
6. Właściwa nazwa zakonu mariańskiego
Właściwą nazwę dawnego zakonu mariańskiego przytoczyliśmy na stronie poprzedniej, gdy była mowa o jej przywłaszczeniu przez Zgromadzenie Księży Marianów (Czarnych).
Popularna nazwa używana współcześnie (o innych będzie mowa w dalszej części tej pracy) to: OO. Marianie lub Marianie Biali, względnie Zakon OO. Marianów (Białych) czy nawet Biały Zakon.
W XIX w. OO. Marianie przyjęli do urzędowego określenia własnego Zakonu syntezę dwu ujęć już wspomnianych: z r. 1699 i 1701. Nazwa ta jest wyryta na pieczęci i brzmi następująco: Ordo Immaculatae Conceptionis B. V.M. Fratrum Marianorum Defunctis Suffragantium. Ostatni człon jest podstawą skrótu: MDS.
Podczas kasaty w 1864 r., przy wysiedleniu zakonników z klasztoru w Skórcu, który był siedzibą generała Zakonu i miejscem nowicjatu, bracia zakonni zdołali zabrać i ukryć główną pieczęć zakonną wraz z niektórymi dokumentami. Dokumenty te oraz pieczęć zostały w 1898 r. przekazane o. Bernardowi Pielasińskiemu podczas tajnej kapituły w Górze Kalwarii, na której został wybrany generałem Zakonu. Pieczęć tę o. Bernard przekazał St. Pietrzakowi, ten zaś zostawił ją swemu następcy, o. Kazimierzowi Balickiemu. Oto jej fotokopia.
II. RYS HISTORYCZNY ZAKONU
1. Zarys dziejów Zakonu od założenia do kasaty carskiej
Rozdział ten zawiera dzieje Zakonu w bardzo dużym skrócie i owi tło wprowadzające Czytelnika w „kwestię mariańską”, która głównym celem niniejszego opracowania. Bliższe i dokładniej opracowane dzieje Zakonu znajdzie Czytelnik w pracach: J. St. Pietrzak Venerabilis Servus Dei O. St. Papczyński, Kraków 1913; Ks. S. Sydry. O. St. Papczyński i Jego Dzieło. Warszawa 1937 oraz praca zbiorowa Marianie 1673-1973, Rzym 1975.
Zakon OO. Marianów powstał w Polsce. Założycielem jego był O. Stanisław Papczyński urodzony na Podkarpaciu, w Podegrodziu k. Starego Sącza, 18 maja 1631 r. Rodzicami jego byli Tomasz i Zofia z Zacikowskich. Na chrzcie otrzymał imię Jan, a Stanisław było jego późniejszym imieniem zakonnym.
Młody Janek odznaczał się pobożnością i okazał się też bardzo pilnym uczniem norbertańskiej szkółki w Sączu. Ojciec jego, mistrz w zawodzie ślusarskim, chciał z niego uczynić także rzemieślnika, ale matka pragnęła, aby syn dalej się uczył. Rozpoczął więc dalszą naukę w kolegium jezuickim w Jarosławiu i we Lwowie. Następnie przenosi się do innego kolegium jezuickiego w Rawie Mazowieckiej, gdzie z wyróżnieniem kończy retorykę i studium filozofii w 1653 r.
Jakiś czas odpoczywa w domu rodzicielskim i już w roku następnym jako 23-letni młodzieniec wstępuje w Podolińcu do zakonu OO. Pijarów, świeżo przybyłych do Polski. Po dwóch latach nowicjatu składa śluby zakonne jako pierwszy Polak. Ponieważ miał już wykształcenie w zakresie teologii, przerwano mu studia i zlecono nauczanie retoryki we własnym kolegium w Podolińcu a następnie w Rzeszowie, święcenia kapłańskie otrzymał w 1661 r. Wkrótce zasłynął jako wybitny kaznodzieja i profesor wymowy. Napisał nawet bardzo ceniony i kilka razy wydawany drukiem podręcznik retoryki oraz wiele innych znakomitych prac. Zasłynął także jako roztropny spowiednik i światły kierownik duchowy. Jego penitentem był m.in. także nuncjusz apostolski, Pignatelli, późniejszy papież Innocenty XII.
W latach 60-tych XVII w. Zakon OO. Pijarów zaczyna rozsadzać od wewnątrz niezgoda, z trudnością zażegnywana przez Rzym. W tym czasie nie brak też było różnych oskarżeń pod adresem o. Papczyńskiego. Wszystkie one okazały się zwykłymi intrygami, ale sprawiły mu wiele przykrości. Tymczasem niesnaski w łonie zakonu nie gasły. Papież Klemens X pod koniec r. 1670 wydał bullę, mocą której zakonnicy pragnący odejść z tej skłóconej społeczności otrzymali wolną drogę. Skorzystał z tego o. Papczyński i wystąpił od Pijarów, ale nie tylko dlatego, że drzwi były otwarte. Czuł się nadal zakonnikiem w głębi duszy. Umiłował ten stan w ciągu 16 lat pobytu w klasztorze i teraz nawet zapragnął sam powołać do życia nowy zakon.
Po długim namyśle, po wielu modlitwach i cierpieniach, dojrzał w umyśle o. Stanisława ogólny zarys przyszłego zakonu. Pod koniec sierpnia 1671 r. w oktawie Narodzenia Najśw. Maryi Panny w małym kościółku w Luboszczy nad Pilicą przed pięknym obrazem Bogurodzicy (darowanym kasztelanowi Karskiemu przez papieża Urbana VIII) nastąpił decydujący moment w jego życiu. Ubrał się w biały habit, przepasał się niebieskim pasem, nałożył na siebie biały płaszcz, a na głowę włożył biały biret. W takim też stroju okazał się później bpowi poznańskiemu S. Wierzbowskiemu i nuncjuszowi apostolskiemu. Wyjawił im stanowczy swój zamiar założenia nowego zakonu. Celem jego miało być szerzenie czci Niepokalanie Poczętej Dziewicy, pomoc duchowieństwu świeckiemu w jego pracy duszpasterskiej poprzez głoszenie misji i uczenie ubogiej młodzieży oraz niesienie ulgi duszom czyścowym w sposób wyjątkowy i dotąd niepraktykowany.
Obaj dostojnicy Kościoła pobłogosławili ten jego zamiar i zapewnili mu swoją pomoc.
Z początku szczęście sprzyjało o. Papczyńskiemu. Rychło znalazł chętnych na członków Zakonu. Okazali się nimi trzej pustelnicy, byli żołnierze wojska polskiego, wiodący w Puszczy Korabiewskiej k. Warszawy żywot pokutniczy i umartwiony. Oddawali się przy tym gorliwym modłom za dusze poległych na wojnach rodaków i za ludzi zmarłych wskutek zarazy. W dniu 7 października 1673 r. oblókł ich o. Papczyński w białe habity i tak zawiązał się początek przyszłego Zakonu. Potem przybyli inni i Zakon zaczął się powoli rozwijać. Jednak nie odbyło się bez ciężkich kłopotów. Pierwsi jego towarzysze opuścili go niebawem. Sprawa zatwierdzenia Zakonu toczyła się długo i bardzo opornie. Wskutek tego o. Papczyński przechodzi ostry kryzys wewnętrzny, który po prawie rocznym trwaniu mija i w kwietniu 1677 r. otrzymuje od władz świeckich zatwierdzenie tzw. fundacji w Korabiewie, w Puszczy Mariańskiej. Pobudowana tam była pustelnia, która teraz po zatwierdzeniu stała się pierwszą placówką Marianów. Wkrótce, za sprawą bpa Wierzbowskiego, Marianie dostali drugi klasztor w dzisiejszej Górze Kalwarii k. Warszawy. Po pięciu latach otrzymali od papieża Innocentego XI dekret pochwalny dla swego Stowarzyszenia pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia NMP wraz z odpustami przysługującymi dotychczas bractwu Niepokalanego Poczęcia NMP.
Wkrótce wszczęły się gwałtowne sprzeciwy i protesty. Nie wszystkim nowopowstałe zgromadzenie podobało się i rozpętano zaciekłą agitację przeciw dziełu o. Papczyńskiego podobnie jak dzisiaj, kiedy przeciwnicy białego Zakonu nie chcą dopuścić do jego odrodzenia. Wiele ucierpiał z tego powodu o. Stanisław. Posypały się na niego gromy i przeróżne wyzwiska. Nie mógł o. Założyciel przekonać upartych wrogów o pożyteczności swego dzieła więc pozostała mu tylko modlitwa za swych krzywdzicieli.
Papież Innocenty XII zatwierdził w 1699 r. Zgromadzenie jako zakon ścisły o ślubach uroczystych i nadał mu regułę 10-ciu cnót NMP oraz zmienił charakter Zakonu z typowo pustelniczego na pół pustelniczy, co leżało w intencjach Założyciela. Odtąd Marianie stali się rzeczywiście wspomożycielami proboszczów parafialnych; mogli teraz głosić misje, katechizować młodzież i dorosłych. Modlili się i składali szczególne ekspiacje za dusze w czyśćcu cierpiące.
Zakon był surowy i nie rozwijał się zbyt dynamicznie, jak inne zakony. Nabór kandydatów był słaby, bo reguła ciężka zrażała wielu: wstawanie o północy na godzinną jutrznię, odmawianie trzech oficjów, całego różańca, częste umartwienia, dyscyplina trzy razy w tygodniu i inne uciążliwe praktyki. Czasy też były trudne, częste wojny, zepsucie obyczajów, ogólnie swobodny tryb życia nie sprzyjały rozwojowi Zakonu. Wydaje się jednak, że Założycielowi nie zależało tyle na ilości, co na jakości zakonników. Zawsze mawiał o swym „maleńkim zgromadzeniu”, że gdyby chciał popuścić surowości ustaw zakonnych to miałby przez ten czas „i kilka domów i wielu towarzyszy”. Ale pokuta za dusze czyśćcowe wymaga ostrości i surowości życia zakonnego, bo cierpienia w czyśćcu są nie lekkie i znacznie przykrzejsze od dobrowolnych ekspiacji.
Powodem słabego rozrostu Zakonu było też ogólne osłabienie ducha religijności w narodzie, rozprzężenie karności społecznej. Szerzyło się pijaństwo, egoizm, prywata, uciskanie poddanych, swawola sobiepanów, nie liczenie się z nikim i z niczym. Był to desperacki marsz ku upadkowi przedrozbiorowej państwowości polskiej.
Jeszcze za życia wsławił się o. Papczyński wielkim sukcesem. Jako mąż opatrznościowy namówił i skłonił króla Jana III Sobieskiego do odsieczy Wiednia. Potęga imperium otomańskiego w drugiej połowie XVII w. osiągnęła swój szczyt. Turcy zapomnieli już o ciężkiej klęsce zadanej im przez Św. Ligę na morzu pod Lepanto w 1574 r. Wzmocniwszy przez z górą sto lat swoje siły zapragnęli ponownie podbojów na szeroką skalę, ale tym razem na lądzie. Postanowili podbić całą Europę i zniszczyć chrześcijaństwo i jego starą kulturę. Cesarstwo niemieckie było w tym czasie osłabione wojną trzydziestoletnią, rozdrobnieniem na udzielne królestwa i księstwa i nie mogło skutecznie obronić się przed nawałą turecką. Wiedeń, stolica cesarstwa, został otoczony w 1683 r. przez ogromną jak na tamte czasy armię sułtańską liczącą ponad trzysta tysięcy ludzi. Sytuacja stała się krytyczna. Strach padł na całą Europę i na chrześcijaństwo. Papież Innocenty XI apeluje o pomoc. Przysyła swych posłów do króla polskiego, pogromcy Turków spod Chocimia. Ale nasze stany nie chcą nawet słyszeć o udzieleniu jakiejkolwiek pomocy Niemcom austriackim, ponieważ im nie dowierzali i mieli świeżo w pamięci odmowę cesarza Leopolda w sprawie udzielenia Polsce pomocy przeciw Turkom, gdy ci najechali poprzednio granicę naszego państwa.
W tą sprawę wdał się o. St. Papczyński doradca królewski i jego spowiednik. Posiadając ducha proroczego zapewnił króla Jana III, że osiągnie wspaniałe zwycięstwo, oswobodzi Wiedeń, zniweczy raz na zawsze niebezpieczeństwo półksiężyca nad krzyżem chrześcijańskim a siebie i Polskę okryje nieśmiertelną sławą. Uwierzył król zapewnieniom swego doradcy i kapelana. Namówił sejm i szlachtę i zmobilizował swoją husarię. Ruszył na pomoc oblężonemu Wiedniowi.
Wraz z królem wybrał się także o. St. Papczyński na wyprawę wiedeńską. Na Kahlenbergu o. Stanisław Papczyński i o. Marek d’Aviano odprawili msze św. w intencji zwycięstwa. Siły nieprzyjaciela przekraczały czterokrotnie liczebność wojsk chrześcijańskich; nie tak jak pod Lepanto, gdzie siły obu flot były mniej więcej takie same.
Wojsko polskie nie było liczne i wynosiło ok. 24 tysięcy husarów. Niemcy posiadali ponad 50 tysięcy wojska. Na rozkaz króla ruszyła polska husaria i w boju trwającym tylko trzy godziny rozniosła na kopytach końskich potężny turecki obóz wojenny. Niemcy ruszyli dopiero potem i dokończyli dzieła zniszczenia w obozie nieprzyjacielskim.
Stało się tak, jak przewidywał o. St. Papczyński. Ale o tym świątobliwym mężu jakoś cicho jest w naszej historii. Zamiast niego wiele się mówi o o. Marku d‘Aviano. Czemu ten główny inicjator wyprawy wiedeńskiej pozostał w cieniu i nadal jest o nim głucho? Niektórzy autorzy określają udział o. Papczyńskiego w „Victorii” wiedeńskiej jako legendę. O udziale o. Papczyńskiego w wyprawie wiedeńskiej jest m.in. wzmianka w Uwiadomieniu o sukience albo szkaplerzu NMP OO. Marianów, Berdyczów 1773 r.
O. St. Papczyński zmarł 17 września 1701 r. i jest pochowany w kościółku zwanym „Wieczernikiem” w Górze Kalwarii k. Warszawy. Po śmierci kilka razy starano się o jego beatyfikację, ale niespokojne czasy, potem rozbiory stanęły temu na przeszkodzie.
O. St. Papczyński pozostawił po sobie testament o doniosłym znaczeniu dla dalszego istnienia Zakonu. Wrócimy do niego w dalszych rozdziałach.
Po śmierci o. St. Papczyńskiego generałem Zakonu został o. Joachim Kozłowski. Za jego czasów powstał dalszy klasztor mariański w Skórcu w lubelskim. Po czasie zastoju, Zakon zaczyna się rozrastać między innymi dzięki dobrodziejom, którzy poczęli fundować nowe klasztory i łożyć kwoty na ich rozwój. W tych warunkach Zakon, zgodnie z życzeniem Założyciela, mógł kształcić niektórych swych członków w kierunkach odpowiadających ich uzdolnieniu. Chodziło o wykształcenie światłych zakonników w różnych dziedzinach ponieważ Zakon winien być pożyteczny społeczeństwu nie tylko z religijnego punktu widzenia.
Trzecim generałem Zakonu był o. Mateusz Krajewski. Młody ten zakonnik nie popisał się zbytnim przywiązaniem do Zakonu i starał się nawet o jego rozwiązanie, bo wskutek grasującej wówczas zarazy wielu księży świeckich umarło i trzeba było zasilić duchowieństwo diecezjalne księżmi zakonnymi. O. Krajewski zdjął habit i przyjął beneficjum księdza świeckiego. Zamknięto też nowicjat mariański i rozwiązano klasztory, a ojcom zakonnym polecono pełnić duszpasterstwo świeckie. Po kilku latach biskup poznański nakazał zakonnikom wrócić do swych domów zakonnych.
Następny generał o. Andrzej Deszpot, mając smutne doświadczenie z lat poprzednich, wyjednał w Rzymie u papieża Innocentego XIII prawo egzempcji, tj. wyjęcie Zakonu OO. Marianów spod jurysdykcji biskupów miejscowych i zatwierdzenie konstytucji. Wiele też w tej sprawie zdziałał wielokrotny generał o. Joachim Kozłowski, który jak to chętnie pragnęliby widzieć niektórzy autorowie dziejów mariańskich – jakoby chciał wprowadzić zmiany do Zakonu ale, pomny na przestrogę o. Założyciela, nic jednak w Zakonie nie zmienił.
Najbardziej do rozwoju Zakonu przyczynił się kolejny, ósmy z rzędu, generał, o. Kazimierz Wyszyński. Wzmocnił go duchowo i zorganizował wzorowo pod względem administracyjnym. Próbował wszcząć proces beatyfikacyjny o. Papczyńskiego w Rzymie.
Sł. Boży o. Kazimierz Wyszyński
Zwerbował wielu Czechów, którzy chlubnie zapisali się w dziejach Zakonu. Zwiększył też ilość klasztorów. Założył klasztor w Balsamao w Portugalii. Po jego śmierci wszczęto tam postępowanie beatyfikacyjne ponieważ zmarł w opinii świętości.
Za generalstwa o. Rajmunda Nowickiego nastąpiło uniezależnienie się Zakonu od Reformatów. Opieka nad Zakonem mariańskim ze strony Reformatów trwała od nadania Marianom reguły dziesięciu cnót NMP: Sprawowanie opieki, a właściwie kontroli, było nieraz uciążliwe w praktyce i hamowało własne inicjatywy oraz przeszkadzało w realizowaniu samodzielnej myśli i działalności Zakonu. Pełne uniezależnienie nastąpiło dopiero w 1786 r.
W związku z uniezależnieniem się Zakonu od supremacji franciszkańskiej dokonano pewnych zmian na korzyść Zakonu. Jednak zasadniczych zmian zakazanych przez O. Papczyńskiego nie wprowadzono.
Wiek XVIII był dla Marianów okresem najlepszego rozwoju i tężyzny duchowej. W tym czasie żyło najwięcej świątobliwych zakonników w społeczności mariańskiej.
Teraz z kolei należy podkreślić stosunek Marianów do pijaństwa tak bardzo rozpowszechnionego w Polsce przedrozbiorowej. Zgodnie ze stanowiskiem Założyciela, który zabronił raz na zawsze używanie „gorzałki” w swym Zakonie, przestrzegano ściśle zasad trzeźwości. Ojcowie marianie byli gorliwymi apostołami trzeźwości. Mówiono o nich, że gdzie się pojawili tam pustoszały karczmy. Za tę akcję zaskarbili sobie wdzięczność wielu żon, matek i dzieci.
Wiek XIX-ty okazał się fatalnym w skutkach dla Marianów. Wszyscy trzej zaborcy, w tym katolicka Austria, od samego początku zajęli nieprzychylne stanowiska, nie tylko w stosunku do kościoła katolickiego, ale głównie wobec zakonów. Rozumieli doskonale, że religia w Polsce jest czynnikiem łączącym i jednoczącym społeczeństwo. Dążyli przeto do rozerwania więzi kościelnej na obszarze zaborów. W tym celu utworzyli odrębne kościelne jednostki administracyjne w obrębie poszczególnych zaborów, przy czym ani ordynariusze diecezjalni ani też przełożeni zakonów nie mogli mieć jurysdykcji nad swymi podwładnymi, którzy znaleźli się teraz „za granicą”.
Zakony musiały więc zmienić swą dotychczasową organizację i przystosować ją do zarządzeń władz zaborczych. Wkrótce jeszcze bardziej zawężono zakres uprawnień przełożonych zakonów i klasztorów. Na wszelkie kontakty z zagranicą (nawet z Rzymem) trzeba było uzyskać zgodę tych władz. Utrudniono przyjmowanie nowicjuszy. Starano się nakłonić zakonników do sekularyzacji. Uniemożliwiano dokonywanie wizytacji domów zakonnych przez przełożonych. Okoliczności te nie sprzyjały rozwojowi życia zakonnego. Liczebność zakonników i klasztorów zaczęła gwałtownie maleć.
Po początkowych utrudnieniach życia zakonnego, przyszła kolej na kasaty klasztorów ze strony władz administracyjnych. Dążność do kasat przez większość rządów w Europie wynikała ze zmiany struktur polityczno-społecznych, jakie zaszły w nowożytnych państwach. Niektóre państwa uważały, że ilość zakonów i klasztorów, jako pozostałość po średniowieczu, jest stanowczo za duża i stanowi „niepotrzebne” obciążenie. Szczególnie zakony kontemplacyjne uważano za „bezużyteczny” balast, ciążący na nowoczesnych społeczeństwach, bo nie przynosiły one materialnych korzyści. Dalszą przyczyną kasat była chęć odebrania zakonom ich majątków, które uważano za rezerwową podporę finansową rządów. Zatem w pierwszej kolejności uległy likwidacji zakony „bogate”:
Zakon OO. Marianów, zgodnie z wolą Założyciela, zawsze był ubogim i dlatego w początkowej fazie likwidacji nie stracił ani jednego klasztoru.
Utrata domów zakonnych nastąpiła dopiero wskutek przyczyn politycznych. Pierwszy dom zakonny zabrano Marianom w odwecie za zaangażowanie się w powstaniu listopadowym. Odtąd klasztory przyporządkował rząd carski miejscowym ordynariuszom. Dla utrudnienia naboru do zakonów, rząd rosyjski wydał zarządzenie zabraniające przyjmowanie do nowicjatów młodzieży poniżej 24 lat, a do złożenia ślubów trzeba było mieć 30 lat. Podobne zarządzenia już dawniej wydał rząd pruski.
Najpierw całkowitej likwidacji uległy zakony w Portugalii. Po dojściu masonerii do rządów rozprawiono się radykalnie z zakonami. Prawie wszystkie zostały rozwiązane. Marianie portugalscy stracili wszystkie trzy swoje klasztory w 1834 r. i wyginęli tam zupełnie. Pozostał jako ostatni niedobitek O. Diaz de Torres, który zmarł w Paryżu w 1917 r. mając 134 lat. Utrzymywał łączność z polskimi Marianami.
Jedną z pierwszych ofiar carskiej represji odwetowej w zakonie mariańskim był o. Krzysztof Szwermicki. Brał on bezpośredni udział w powstaniu listopadowym, za co został zesłany w głąb Syberii. Zasłynął z gorliwości jako misjonarz. Zwano go Apostołem Syberii.
Pobudował kościół w Irkucku, gdzie nawet został oficjalnie proboszczem. Opiekował się nie tylko polskimi wygnańcami. Była to znakomita postać człowieka pełnego godności i dostojeństwa. Zmarł w opinii świętości.
O. Krzysztof Szwermicki, Apostoł Syberii
Po zdławieniu powstania listopadowego rząd rosyjski zaczął śmielej poczynać sobie ze zgromadzeniami zakonnymi. Utrudniano na różne sposoby pracę zakonów, ograniczając dalej swobodę ich działania. Szczególnie w tym czasie ucierpiał Zakon Mariański, uznawany jako najbardziej buntowniczy. Usuwano generałów z ich stanowisk za brak podporządkowania się drakońskim zarządzeniom. Ingerowano w wewnętrzne sprawy zakonu. Obsadzanie stanowisk zakonnych należało do władz świeckich. Ostatni generał sprzed powszechnej kasaty Zakonu, o. R. Wilczyński nie mógł już poruszać się swobodnie po tzw. Królestwie Polskim, bo nie otrzymał paszportu na dokonywanie wizytacji w znacznie uszczuplonej już ilości domów zakonnych. Tak więc przed generalną likwidacją Zakonu nie istniały już żadne perspektywy na jego rozwój. Wybuch powstania styczniowego w 1863 r. pociągnął za sobą całkowitą kasatę tego jedynego polskiego zakonu ścisłego.
2. Likwidacja Zakonu i dalsze losy Marianów
Ukaz cara Aleksandra II, z dnia 27 października 1864 r., o tzw. „reformie zakonów”, zawierał w rzeczywistości zamaskowany nakaz likwidacji zakonów. Zgodnie z motywami ukazu, kasacji podlegały jedynie te klasztory, których członkowie brali czynny lub bierny udział w powstaniu styczniowym. Poza tym „przy okazji” znoszono także te domy zakonne, których stan liczebny był mniejszy niż osiem osób. Uznano bowiem, że ilość zakonników poniżej tej, narzuconej już poprzednio, „normy” nie „gwarantowała” zachowania obserwy zakonnej. Z tych względów rząd carski „w trosce” o należyte „zabezpieczenie” życia zakonnego uznał, że lepiej będzie te domy zlikwidować, niż miałyby „psuć” dobre obyczaje zakonne.
Przed likwidacją zakonów, spisano dokładnie ich członków i ilość klasztorów, które miały ulec kasacji. W nocy z dnia 15 na 16 listopada 1864 r„ jednocześnie w całym kraju, przystąpiono do akcji wywożenia zakonników ze swych siedzib. Z ośmiu domów zakonnych OO. Marianów pozostało na razie dwa: w Mariampolu i w Mirosławiu oraz na krótko w Igłówce. Wszyscy zakonnicy oprócz tych, którym udało się wymknąć z łapanki, zostali przewiezieni do klasztoru „etatowego” w Mariampolu, który okazał się raczej więzieniem niż klasztorem. Klasztor ten, aż do jego zlikwidowania w 1904 r., był stale pod strażą i nadzorem policyjnym. Na opustoszałych placówkach mariańskich „wspaniałomyślny” car pozostawił po jednym ojcu zakonnym w celu obsługi kościołów pozazakonnych. W niecały rok później zlikwidowano także klasztor w Mirosławiu. W Mariampolu i w Mirosławiu znalazła się na razie większość członków Zakonu, w ilości ok. 40 osób. Reszta, po odliczeniu księży zakonnych pozostawionych do obsługi kościołów poklasztornych, tj. w ilości 23 zakonników, uległa rozproszeniu względnie wywiezieniu na Sybir. W klasztorze-więzieniu panowały nieznośne warunki. Ciasnota, ciągłe podejrzenia, szykany strażników powodowały, że kto mógł i jak mógł starał się za wszelką cenę stamtąd się wydostać. W więzieniu tym znalazł się m.in. generał Zakonu o. Aleksander Wilczyński i v-magister nowicjatu w Skórcu, o. Bernard Pielasiński.
Część zakonników starała się poprzez przyjęcie pozornej sekularyzacji wydostać się z tego klasztoru, a inni jako poważnie chorzy bywali też zwalniani. Po niejakim czasie wydostał się stamtąd o. R. Wilczyński, którego uprzednio zmuszono do rezygnacji ze stanowiska generała. Wyjechał za granicę do Francji. W 1876 r. zmarł na wygnaniu w Paryżu.
O. B. Pielasiński opuścił to więzienie po 12 latach pobytu. Osiadł na stałe w Górze Kalwarii, gdzie przez dalszych 37 lat był kapelanem Przytułku dla Starców, założonym ongiś przez o. St. Papczyńskiego. Umarł w 1914 r. w opinii świętości. W miarę upływu czasu grono zakonników w Mariampolu malało, a ilość zakonników rozproszonych rosła. Rozproszeni ojcowie znaleźli się w trudnej sytuacji życiowej. Chcąc pracować jako kapłani świeccy musieli przyjmować sekularyzację (pozorną), bo żaden ordynariusz diecezjalny, z obawy przed władzami carskimi, nie chciał ich bez indultu sekularyzacyjnego inkardynować do swojej diecezji.
Niektórzy rozproszeni zakonnicy znaleźli się daleko poza granicami swej ojczyzny. Np. o. Walenty Czyżewski i o. Jerzy Kolasiński przebywali do końca życia w Ameryce. Pewna ilość Marianów osiadła przymusowo na Syberii. Wydawało się, że Zakon Mariański został dosłownie rozbity i że już więcej się nie podniesie.
Ale, jak to dalej zobaczymy, w tej ciężkiej próbie życiowej przyszedł zakonnikom z pomocą papież Pius IX.
3. Czy złożenie z urzędu generała Wilczyńskiego było aktem prawnym w rozumieniu przepisów kościelnych?
Dość kontrowersyjną jest złożenie z urzędu, w klasztorze Mariampolskim, generała o. Wilczyńskiego przez bpa Konstantego Łubieńskiego, ordynariusza b. diecezji sejneńsko-augustowskiej. Wspomniany biskup w lutym 1865 r., na mocy dekretów carskich (nie papieskich), przedstawiwszy się podczas wizytacji w klasztorze jako „mający” z tego tytułu tzn. z mocy ukazów carskich, „jurysdykcję kościelną”, zmusił do rezygnacji ze swego stanowiska o. R. Wilczyńskiego, dotychczasowego generała Zakonu OO. Marianów.
W związku z tym faktem, sugerowanym przez niektórych pisarzy jako prawnym, należy się wstępnie zapytać, od kiedy to władze świeckie miały jakieś prawo ingerowania w wewnętrzne sprawy kościoła katolickiego? Po wtóre Zakon OO. Marianów, jako zakon ścisły, posiadał prawo egzempcji i był wyjęty spod jurysdykcji biskupów miejscowych. Po trzecie, rzekome oparcie się o, już dawno nieaktualne w tej mierze, dekrety odległego Soboru Trydenckiego nie było wystarczająco przekonywującym powodem do mieszania się tego biskupa w sprawy wewnętrzne zakonów regularnych. Jeżeli biskup uważał, że miał takie prawo, to błędnie uważał.
Faktycznym powodem działania tego aż nadto gorliwego egzekutora ukazów carskich była troska nie o dobro Zakonu, lecz o swą osobę i miała zademonstrować jego lojalność wobec cara.
Zatem biskup Łubieński, zbyt gorliwie i przedwcześnie, a przede wszystkim bezpodstawnie, wszedł w nie swoje prawa i podjął sprzeczne z dotychczasowymi przepisami decyzje o swej rzekomej jurysdykcji w kwestiach zakonów ścisłych, nie czekając przy tym, aż w tych sprawach wypowie się Stolica św.
I rzeczywiście, wkrótce potem tzn. po upływie ok. dwóch miesięcy ukazał się dekret papieża Piusa IX z dnia 4 kwietnia 1865 r. doręczony episkopatowi polskiemu przez nuncjusza apostolskiego w Wiedniu w dniu 20 sierpnia 1865 r., który uregulował sprawy zakonne po wypadkach politycznych w 1863 r. Od tej chwili władzę nad zakonnikami przejęli w Polsce biskupi polscy. Każdy w swej diecezji w stosunku do zakonników przebywających na ich terenach. Arcybp Popiel, ordynariusz archidiecezji warszawskiej, zajął się losem zakonników przebywających w zasięgu jego jurysdykcji. Ułatwiał im przetrwanie kryzysu. Wyjednywał dla wygnanych z klasztorów zakonników – jak to się dalej okaże – różne ulgi i przywileje od Stolicy św. Czynił wszystko co mógł, by ratować zakony od zagłady, a szczególnie polski Zakon Mariański.
W podsumowaniu uwag, jakie nasuwają się w związku z wystąpieniem bpa Łubieńskiego wobec Zakonu Mariańskiego, należy podkreślić jeszcze raz, że jego ingerencja w stosunku do generała Zakonu o. R. Wilczyńskiego była bezprawna i nie miała mocy obowiązującej. Przecież to nie papież, ale car zniósł na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim stanowiska zakonne generałów i prowincjałów! Co najmniej dziwne wydaje się ustosunkowanie niektórych autorów do tej sprawy i odnosi się wrażenie, jakoby to bezprawne zdjęcie generała Wilczyńskiego z jego stanowiska w oparciu o dekret carski, było w ich rozumieniu całkiem legalnym działaniem!
Takich wad w postępowaniu i nieścisłości w ich naświetlaniu znajdziemy jeszcze więcej. Zastrzegamy się przy tym, że żadne akty prawne władz świeckich z tego okresu nas tu nie interesują, bo były one, jak zresztą wszystkie inne, począwszy od rozbiorów, gwałtami dokonywanymi na żywym organizmie narodu polskiego.
W razie spotkania się z jakimikolwiek próbami przytaczania względnie opierania się na „prawach” zaborcy będzie przez nas uważane jako nieuzasadnione i nieuczciwe postępowanie w przedmiotowym sporze.
4. Status prawny rozproszonych zakonników
Mówiąc o statusie prawnym mamy na myśli prawo kościelne, a nie prawo świeckie. Zatem wszelkie aspekty w omawianej sprawie traktować będziemy jak dotychczas, tylko w kontekście przepisów kościelnych.
Jak już wiemy nie wszyscy zakonnicy po kasacji ich domów zakonnych znaleźli się w klasztorze mariampolskim. Część z nich nie dała się schwytać i w ten sposób uniknęła represji i dalej zmuszona była żyć w rozproszeniu. Tych księży zakonnych, którzy pozostali jako duszpasterze obsługujący nadal kościoły poklasztorne, trudno podciągnąć pod miano rozproszonych zakonników. Z upływem czasu ilość rozproszonych zakonników powiększali ci ojcowie, którym w jakikolwiek sposób udało się wydostać z tego więzienia mariampolskiego.
Jest sprawą bezsporną i nie ulegającą najmniejszej wątpliwości, że zarówno ci zakonnicy, którzy znaleźli się w Mariampolu, jak żyjący w rozproszeniu, nie uczynili tego z własnej woli, lecz pod przymusem
fizycznym władz świeckich, a zatem przebywali poza swymi klasztorami nie na mocy indultów sekularyzacyjnych lecz, jak to już było powiedziane, z przymusu. Każdy więc przyzna, że to przebywanie poza klauzurą zakonną nie miało nic wspólnego z sekularyzacją kościelną.
Wspomniany dekret papieża Piusa IX z dnia 4 kwietnia 1865 r. przynosił zakonnikom szereg ulg i utworzył im możliwość uregulowania sobie życia. Dopuszczał ewentualność sekularyzacji, ale tylko dla tych zakonników, którzy w tym będą widzieli jakieś wyjście ze swych trudności życiowych. Nie obejmował ten indult „in gremio” wszystkich zakonników, lecz dopuszczał taką możliwość tylko indywidualnie. Wiemy, że nie wszyscy z tego indultu skorzystali.
Powstaje jednak pytanie, czy zakonnicy, którzy skorzystali z wspomnianego indultu, utracili rzeczywiste prawa członków zakonów? Wydaje się, że to zależało od ich wewnętrznego nastawienia i przekonania, czy poczuwali się nadal zakonnikami w sumieniu czy też nie. Skoro jednak uznali, że już więcej nic ich z Zakonem nie łączy – zostali nie tylko „de jurę” ale też „de facto” świeckimi duchownymi. Inni zaś, jeśli uważali sekularyzację za pozorną, za konieczny, tymczasowy wybieg wobec władz cywilnych, i w dalszym ciągu czuli się w głębi duszy zakonnikami, trudno by ich pozbawiać praw i przywilejów zakonnych.
W takim przypadku nikt obecnie nie ma prawa odmawiać im, i to z perspektywy przeszło stu lat, łączności duchowej i przynależności do skasowanej przez cara organizacji zakonnej. Skoro poczuwali się nadal zakonnikami, więc nimi faktycznie byli pomimo pozornej sekularyzacji. Gdyby papież skasował Zakon OO. Marianów sprawa ta przedstawiałaby się zgoła inaczej. Kasata papieska pociągałaby za sobą całkiem inny skutek w sumieniach zakonników. Byliby naprawdę sekularyzowani i wolni od złożonych ślubów.
Nietrafnie zatem niektórzy wyciągają wniosek, że ten czy inny marianin, ubiegający się o sekularyzację, gdy ją otrzymał znalazł się jakoby automatycznie poza przynależnością do Zakonu. Np. o. Błażej Kisielski ( + 1917), mieszkał w Bródnie (miejscowość należąca dzisiaj do aglomeracji Warszawy) i działał przy kościele św. Wincentego i Paulo jako kapelan cmentarza oraz o. Szymon Mankielun ( + 1913), pozostawiony początkowo przez władze carskie do obsługi kościoła pozakonnego w Skórcu, a w ostatnich latach życia pracujący w Kocku – pomimo „sekularyzacji” mieli łączność że swym generałem o. B. Pielasińskim, bo poczuwali się nadal zakonnikami mariańskimi. Podobnie czynili inni „sekularyzowani” Marianie.
Autor rozdziału o Kontrowersyjnych problemach odnowy, w książce pt. Marianie 1673-1973 omawia sprawę sekularyzacji zakonników mariańskich, znajdujących się poza Mariampolem. Na s. 124 podaje, że „stan prawny o. Pielasińskiego najlepiej naświetla upoważnienie z 1879r. nadane przez Kongregację … dla Nadzwyczajnych Spraw Kościoła administratorowi apostolskiemu archidiecezji warszawskiej ks. A. Sotkiewiczowi”. Czy tak jest istotnie? Cytujemy dalszą argumentację autora: „Ks. A. Sotkiewicz pragnąc ostatecznie uregulować stan prawny wszystkich zakonników (w archid. warszawskiej) poprosił Stolicę Apost. o zwolnienie ich od ślubu ubóstwa i posłuszeństwa przełożonym zakonnym. Posłuszeństwo przełożonym miało zastąpić posłuszeństwo biskupowi na mocy złożonego dawniej ślubu. Prosił też, by zakonnikom tym pozwolono przebywać poza klasztorem oraz zamienić habit zakonny na sutannę” (tamże).
Nasuwa się pytanie, czy ta prośba dotyczyła wszystkich zakonników przebywających na terenie archidiecezji, czy tylko tych, którzy o nią prosili?
Autor wspomnianego artykułu beztrosko rozstrzyga, że „skoro … o. Pielasiński przebywał na terenie archidiecezji warszawskiej, to i jego objęła sekularyzacja” (s. 125).
Idąc konsekwentnie za tym rozumowaniem należałoby przyjąć, że w stosunku do wszystkich zakonników przebywających na terenie archid. warszawskiej był wydany przez Stolicę Apostolską jakiś akt obejmujący ogół tych zakonników i narzucający im sekularyzację wieczystą, co oznaczałoby praktycznie kasatę kościelną wszystkich klasztorów, zakonów i zgromadzeń zakonnych, jakie znajdowały się na terenie tej archidiecezji, czyli inaczej mówiąc papież do spółki z carem rosyjskim miałby przystąpić do likwidacji stanu zakonnego na polskich ziemiach i w pierwszej kolejności miałoby to miejsce w archidiecezji warszawskiej.
Wracając do o. Pielasińskiego twierdzimy, że nie mógł on być sekularyzowanym, bo po prostu o sekularyzację nie prosił, gdyż nie była mu potrzebna. Zresztą gdyby o. B. Pielasiński wbrew swojej woli był jakimś aktem ogólnym sekularyzowany to nic nie wiedział o takiej „sekularyzacji”, a także nie wiedzieli o niej autorzy roczników archid. warszawskiej, bo do ostatnich lat życia tego zakonnika w spisie kapłanów dodawali przy jego nazwisku „Ord. Mar.” A przecież zgodnie z nakazem prawa kościelnego o promulgowaniu aktów prawnych Stolicy Apostolskiej (kan. 8, p. 1) musieliby o takim akcie wiedzieć zainteresowani. Lecz oto dowody, że kuria archidiecezjalna nie wiedziała nic o sekularyzacji o. B. Pielasińskiego. W Ordo Divini Officii et Elenchus Ven. Cleri Saec. ac Regul . tj. w urzędowym organie Archidiecezji Warszawskiej w roczniku 1906, na str. 60 p. 8 w rubryce „Góra Kalwaria” przy nazwisku kapelana Bernarda Pielasińskiego podany jest dopisek „Ord. Mar” i dalej w indeksie „Cleri Regularis” str. 155 pkt. „P 60” podane jest znowu nazwisko Bernarda Pielasińskiego jako zakonnika.
To samo jest umieszczone w roczniku 1910 na str. 51 pod poz. „Góra Kalwaria”. Figuruje tam przy nazwisku: Cap. Pielasiński Bernard dopisek: „Ord. Marian” a na str. 132 w indeksie „Cleris Regularis” pod p-tem „P51” istnieje też nazwisko tego ojca, jako przynależnego do stanu zakonnego.
I znowu rocznik 1911 podaje te same dane odnośnie Bernarda Pielasińskiego na str. 51 i 132.
W roczniku 1914 znajdujemy także następujące dane o osobie B. Pielasińskiego. Na str. 87 pod tytułem „Presbiteri Emeriti” w poz. 15 widnieje nazwisko: „Pielasiński Bernard „Ord. Mar” i dalej na str. 159 w wykazie kleru zakonnego pod poz. „P” podane jest znowu nazwisko „Pielasiński Ber. 87”.
Czy potrzebne są jeszcze inne bardziej przekonywujące dowody? Dlaczego więc pisze się w publikacji „Marianie 1673-1973” na str. 125 niedorzeczności na temat rzekomej sekularyzacji o. B. Pielasińskiego.
5. Wnioski
Zakon OO. Marianów został zupełnie zlikwidowany jako organizacja kościelna najbardziej znienawidzona przez ustrój carski. W celu ratowania zakonów na ziemiach polskich przed całkowitą zagładą, Stolica Apostolska wydała zarządzenie, aby biskupi polscy wzięli pod swoją opiekę wszystkich zakonników szczególnie tych, którzy utracili swe domy i zezwoliła na czasową sekularyzację tym spośród nich, którzy dla ratowania swego bytu zmuszeni będą przejść do duchowieństwa świeckiego. Ta czasowa sekularyzacja była pojmowana przez zakonników jako pozorna eksklaustracja.
Z niezaprzeczalnych wydarzeń historycznych wynika, że zakonnicy przebywający poza zakonną klauzurą byli do tego zmuszeni przemocą fizyczną władz świeckich. Taka eksklaustracja, rzecz jasna, nie była uznawana przez władze kościelne jako akt prawny i obowiązujący. Przebywanie w tych warunkach poza klasztorami nie mogło pozbawić tych zakonników praw czynnych członków swych zgromadzeń zakonnych, skoro nadal poczuwali się zakonnikami. Kasata świecka nie jest równoznaczna z kasatą kościelną.
Kościół nie uznaje żadnych gwałtów ani innych form przymusu. Nie wydaje też żadnych nakazów, które by nie miały sprawiedliwego uzasadnienia i nie były oparte na ogólnoludzkich podstawach moralnych. Nie wydaje się zatem być słuszną, nieuzasadniona próba odbierania praw tym zakonnikom, których zaborca wypędził z klasztorów i skazał na tułaczkę. Takie podejście do przedmiotowego zagadnienia byłoby krzywdzące i wprost niegodziwe. Dlatego nie można wykorzystywać, dla swych egoistycznych celów, przyjęcie przez niektórych Marianów pozornej sekularyzacji, jako zerwanie z zakonem i utratę wszelkich praw. (Zob. S. Sydry, dz. cyt. s. 284, „Marianie”, s. 123, 125). A czyni się to wszystko po to, żeby wykazać iż w tym czasie tylko na jednej osobie zakonnej tj. na o. W. Sękowskim spoczywały wszystkie prawa Zakonu. Jednak autorzy ci nie wyciągnęli wszystkich konsekwencji ze swojego rozumowania. Oto bowiem stosując ich wykładnię interpretacyjną trzeba by i o. Wincentego Sękowskiego uznać za „sekularyzowanego”, gdyż tenże po kasacie klasztoru mariampolskiego w 1904 r. pełnił funkcję proboszcza przy kościele pozakonnym, a przecież jako zakonnik nie mógł tego czynić wobec zdecydowanych wymagań władz carskich. A zatem o. Sękowski jako sekularyzowany utracił wszystkie prawa zakonne i nie miał co przekazywać ks. Matulewiczowi w 1909 r. Oto do jakich wniosków prowadzi jednostronna i stronnicza interpretacja.
III. PIERWSZE PRÓBY RATOWANIA ZAKONU PRZED ZAGŁADĄ
1. Wybór przełożonego gen. Zakonu
Ucisk polityczny na ziemiach polskich w kilka lat po zdławieniu powstania styczniowego zaczął się z wolna uspokajać. W początkach lat siedemdziesiątych wyłania się groźny cień cesarstwa niemieckiego, które zachwiało równowagę sił w Europie i zapoczątkowało tworzenie się bloków militarnych. Powstał „zbrojny pokój”, ale wszystko to nie zapowiadało zbyt rychłego konfliktu zbrojnego pomiędzy zaborcami. Nie zanosiło się więc na oczekiwany upadek dotychczasowych struktur polityczno-społecznych, wrogich nam państw. Brak było na razie widoków i nadziei na powstanie jakichś korzystniejszych warunków, które by złagodziły wrogie nastawienie zaborcy carskiego do życia religijnego i do zakonów katolickich na zagrabionych ziemiach polskich.
W tej sytuacji nie można było już dłużej czekać na dogodniejsze okoliczności dla ratowania Zakonu Mariańskiego od zagłady. Czas biegł bowiem naprzód a ilość dawnych zakonników stale malała. Jedni wymierali, a drudzy tracili łączność ze sobą i siłą rzeczy coraz bardziej przechodzili bezpowrotnie w szeregi kleru świeckiego. Nie było mowy o nawiązaniu łączności z ojcami znajdującymi się w Mariampolu, ponieważ zaborca nie pozwalał na żadne wzajemne kontakty. Czas jednak nieubłaganie upływał, zakonnicy wymierali.
Arcybiskup warszawski W. Chościak – Popiel przystąpił do próby ratowania ginącego Zakonu Marianów. Jako ich opiekun na terenie swej archidiecezji miał od Stolicy Apostolskiej szereg ulg i przywilejów, umożliwiających przetrwanie im trudnych czasów. Potajemnie łączył ich ze sobą. W 1898 r. spowodował zebranie pewnej ilości ojców zakonnych w Górze Kalwarii, którzy w jego obecności wybrali przełożonego generalnego Zakonu. Został nim o. Bernard Pielasiński, v-magister nowicjatu w klasztorze w Skórcu jeszcze sprzed kasaty.
Z tego wydarzenia nie pozostał żaden dokument. Prawdopodobnie wcale go nie sporządzono z obawy, że mógłby przypadkowo dostać się w ręce zaborcy lub też po sporządzeniu , jak piszą Księża Marianie tłumacząc brak dokumentacji ich pierwszej kapituły, na której miano wybrać generałem ks. J. Matulewicza (zob. Marianie s. 110).
Powyższa wiadomość o wyborze o. B. Pielasińskiego na generała Zakonu przekazana została przez niego swym późniejszym adeptom: akademikowi J. Pietrzakowi, ks. J. Janowiczowi i ks. K. Stepowiczowi.
Jak już wspomnieliśmy o. B. Pielasiński był bardzo skromny i świątobliwy. Jako pokorny zakonnik nie pozwalał się nigdy tytułować generałem. Nawet w akcie zdania władzy na St. Pietrzaka nie wspomina nic o swym generalacie.
O. B. Pielasiński w poczuciu odpowiedzialności i troski o swoich współbraci rozproszonych, utrzymywał łączność przynajmniej z kilkoma z nich. W latach 1910-1913 posyłał kilka razy St. Pietrzaka i ks. J. Janowicza, kandydatów do Zakonu – do o. Tadeusza Kisielskiego i o. Szymona Mankieluna.
Pod koniec życia o. B. Pielasiński stracił całkowitą łączność ze swymi towarzyszami zakonnymi. Po raz ostatni odwiedzili kandydaci do Zakonu chorego o. Mankieluna w 1913 r- Po jego śmierci o. B. Pielasiński uważał, że pozostał jedynie sam spośród dawnych ojców zakonnych. Nie było to słuszne ponieważ żyli jeszcze wtedy inni dawni zakonnicy. Na krótko przed swoją śmiercią dowiedział się o. B. Pielasiński o podstępnych zabiegach ks. Jerzego Matulewicza w Rzymie ale już nie miał sił właściwie na to zareagować. Zdążył jeszcze przed swą śmiercią przysposobić swych adeptów do życia zakonnego i nie pozwolił im łączyć się z „Marianami” ks. Matulewicza.
Zmarł w dniu 14 kwietnia 1914 r. W pogrzebie wzięła udział, oprócz licznego duchowieństwa, także wielka ilość wiernych nie tylko z Góry Kalwarii i okolicy, ale z całej archidiecezji warszawskiej. Także ks. J. Matulewicz przysłał swych delegatów na uroczystości pogrzebowe.
Kościół Wieczerzy Pańskiej w Górze Kalwarii.
Tu spoczywa ciało sł. Bożego o. Stanisława Papczyńskiego.
O. B. Pielasiński przekazał na piśmie przed śmiercią prawa Zakonu i swą władzę Józefowi Janowi Pietrzakowi, którego, jak już mówiliśmy, przyjął wraz z dwoma innymi kandydatami do Zakonu i uroczyście oblókł w habit zakonny nadając mu zarazem imię zakonne Stanisława.
2. Nieudana próba otwarcia nowicjatu w 1905 r.
Cesarstwo Rosyjskie ok. 1900 r. poczęło odczuwać pierwsze objawy kryzysu wewnętrznego. Państwo to zastygło bowiem w swym rozwoju polityczno-społecznym i nie nadążało za postępem ekonomicznym innych krajów. Niezadowolenie społeczeństwa wzmagało się. Na psychikę mas pracujących miały już wtedy duży wpływ ruchy społeczne, żądające zmiany ustroju i systemu rządzenia. Absolutyzm carski przeżył się i nie miał już oparcia w społeczeństwie. W dodatku w 1905 r., w wyniku przegranej wojny z Japonią, ujawniła się także słabość militarna tego kolosa. Wyszły więc na ulice masy ludzi niezadowolonych. Nastąpił pierwszy zryw rewolucyjny.
Rząd carski, w obawie przed narastaniem ruchów rewolucyjnych i w celu uspokojenia umysłów, poszedł na pewne ustępstwa. Wydał m. in. ukaz tolerancyjny, przywracający częściową swobodę życiu religijnemu. Niektóre zakony otrzymały zgodę na otwarcie nowicjatów.
W tej – jakby się wydawało – dość korzystnej sytuacji udał się o. B. Pielasiński w towarzystwie dwóch ojców zakonnych (byli to o. Błażej Kisielski i o. Szymon Mankielun) do nowomianowanego generała-gubernatora warszawskiego, Skałłona z prośbą o zezwolenie na otwarcie nowicjatu.
Oburzył się satrapa carski na tego rodzaju prośbę i oświadczył, że dopóki Zakon nie zaprzestanie modlić się za „buntowszczyków” tzn. za żołnierzy z powstań wolnościowych, dopóty nie będzie mowy o otwarciu nowicjatu. Na takie warunki nie mogli ojcowie się zgodzić. Zakon miał obowiązek od samego początku modlić się również za dusze żołnierzy poległych w obronie Ojczyzny i od tego obowiązku Marianie nie chcieli odstąpić. Nie doszło więc do otwarcia nowicjatu w Zakonie OO. Marianów.
3. Groźba wymarcia Zakonu i środki zaradcze
Działalność o. B. Pielasińskiego w Górze Kalwarii celem ratowania Zakonu nie przynosiła początkowo rezultatów. Nie było można znaleźć odpowiednich kandydatów na potajemnych zakonników. O. Bernard modlił się usilnie za swój Zakon. Prosił Protektorkę Zakonu, Matkę Niepokalaną, o pomoc w tej sprawie. I został wysłuchany. Znaleźli się wreszcie chętni kandydaci. Początkowo był nim Józef Jan Pietrzak, student Uniwersytetu Jagiellońskiego, potem przyłączył się też ks. Jan Janowicz i diakon Konstanty Stepowicz.
Najbardziej zapalonym kandydatem był J. Pietrzak. Studiując historię Zakonu, wynajduje dawno już zapomnianych, a zmarłych w opinii świętości ojców Zakonu oraz tercjarzy. Pisze o nich rozprawy historyczne np. o o. Krzysztofie Szwermickim, apostole Syberii, zesłanym jeszcze po powstaniu listopadowym, o Wandzie Malczewskiej, o Marku Jandowiczu i o innych. Zbiera i przegląda dawne dokumenty z dziejów Zakonu. Publikuje wiele prac z różnych zagadnień kościelnych i społeczno-historycznych. Wzbogaca wiedzę o innych zakonach działających w Polsce przedrozbiorowej.
Mieszka w Krakowie, ale często, jak tylko było to możliwe, przekracza granicę i kontaktuje się osobiście ze swym ukochanym ojcem, pod którego kierunkiem zaprawia się do przyszłego życia zakonnego.
Odwiedza też na polecenie o. B. Pielasińskiego dalszych ojców zakonnych, szczególnie o. B. Kisielskiego i o. Sz. Mankieluna.
Przebywający w Mariampolu zakonnicy czynili również usilne starania o nabór chętnych do życia zakonnego w Zakonie Mariańskim. Mieli początkowo większe powodzenie niż o. B. Pielasiński, bo znaleźli podatnych do Zakonu kandydatów spośród uczniów szkół średnich, ale władze carskie nie zezwoliły na przyjęcie ich do klasztoru mariampolskiego. W jakiś czas potem, u schyłku 19-go wieku, wyraziło również gotowość do wstąpienia do Zakonu kilku księży świeckich. Także bezskutecznie. (Marianie, s. 93).
Istniejący klasztor w Mariampolu posiadał większą siłę przyciągającą dla kandydatów do Zakonu, niż przytułek dla starców w Górze Kalwarii pomimo, że w pojęciu władz świeckich było to więzienie, w którym skazano dawnych zakonników na wymarcie.
Po skasowaniu ostatniego klasztoru mariańskiego w Mariampolu w 1904 r. została ostatecznie przekreślona możliwość ratowania Zakonu na drodze ewentualnego naboru nowego narybku. Także tam o otwarciu nowicjatu nie mogło być już mowy.
W czasie po rewolucji w 1905 r. utworzyła się pewna nadzieja dla ojców przebywających w Mariampolu, bo terror carski zmalał. Ojcowie ci znajdowali się od 1904 r. w tych samych warunkach życiowych, co reszta zakonników, którym poprzednio tj. w latach 1864-65 polikwidowano domy zakonne.
Jednak, pomimo poczynionych ulg ukazem carskim dla życia religijnego, władze świeckie i tam nie zgadzały się nadal na odrodzenie polskiego Zakonu.
4. Czy o. W. Sękowski był rzeczywiście wybrany generałem Zakonu?
Ta sprawa jest dzisiaj bardziej wyjaśniona niż kiedyś i nie stanowi, jak dawniej, tak bardzo kontrowersyjnego problemu. Postarajmy się przeanalizować wiadomości o tym „wyborze” zaczerpnięte ze źródeł historycznych podanych przez autorów wspomnianego już kilka razy opracowania zbiorowego pt. Marianie 1673-1973.
Roczniki diecezjalne z czasów po kasacie Zakonu podają zarówno o. Jerzego Czesnasa jak i o. Wincentego Sękowskiego jako prepozytów (przełożonych) klasztoru w Mariampolu, a nie jako generałów Zakonu. Te dopiski przy nazwiskach jeszcze niczego nie dowodzą, a tylko budzą pewne wątpliwości podobnie, jak przy nazwisku o. Bernarda Pielasińskiego, przy którym dopisywano skróty „Ord. Mar.” nie zaznaczając przy tym ze zrozumiałych przyczyn, że był on wybranym w 1898 r. generałem Zakonu. Tak samo pewne względy „tajności wyboru” o. J. Czesnasa jak i po jego śmierci o. W. Sękowskiego mogły przemówić za tym, by wzmianek o piastowaniu tych stanowisk zakonnych nie podawać.
Ale sprawa rzekomych wyborów przeprowadzonych „zgodnie z przepisami kościelnymi” w klasztorze mariampolskim przedstawia się obecnie zupełnie w innym świetle, niż to zaznacza ks. S. Sydry w swej pracy O. St. Papczyński i jego dzieło, Warszawa 1937, s. 284.
Okazuje się, że sprawę tę przeprowadził z „urzędu” wspomniany poprzednio bp Konstanty Łubieński, ordynariusz b. diecezji sejneńsko-augustowskiej, na której terenie znajdował się klasztor w Mariampolu. Tenże biskup, jako gorliwy wykonawca dekretu cara Aleksandra II z dnia 27 października 1864 r„ (a nie zarządzenia Ojca Św. Piusa IX, które jeszcze się wtedy nie ukazało) w czasie wizytacji klasztoru w Mariampolu, spowodował nie tylko złożenie z urzędu dotychczasowego generała Zakonu o. R. Wilczyńskiego, przebywającego na przymusowym pobycie w klasztorze mariampolskim, ale polecił „wybrać” nowego przełożonego klasztoru z wszystkimi prerogatywami przysługującymi przełożonemu generalnemu (!? ).
W związku z powyższym faktem nasuwa się szereg wątpliwości, których autorzy dzieła Marianie 1673-1973 w ogóle nie omawiają. Nie ma u nich żadnego krytycznego ustosunkowania się do tej „akcji” biskupa sejneńsko-augustowskiego, choć wiadomo jest, że była ona bezprawna z punktu widzenia przepisów kościelnych. Jest tylko ujęte w cudzysłów słowo „reforma” marianów (s. 91) i nic więcej! A szkoda! Tyle na ten temat można by wysnuć krytycznych uwag i wniosków.
1° – Czy ordynariusz diecezji augustowsko-sejneńskiej posiadał dostatecznie uzasadnione prawo mieszania się w sprawy wewnętrzne Zakonu wyjętego spod jego jurysdykcji?
2° – Czy późniejsze uzasadnienie tego kroku dekretami odległego już od tych czasów Soboru Trydenckiego (przy wzięciu pod uwagę, że w międzyczasie Stolica Apostolska uaktualniła przepisy regulujące takie sprawy) jest dostatecznie przekonywującym argumentem?
3° – Czy wspomniany bp Łubieński mógł bez zgody pozostałych zakonników, przebywających w innych diecezjach, dokonywać samowolnych zmian w Zakonie?
4° – Czy narzucony z góry wybór osoby jest rzeczywiście wyborem? Wybór – jak sama nazwa wskazuje – winien odbyć się w atmosferze swobody. Nie może tu być żadnego dyktatu i to spoza Zakonu.
5° – Wspomniany dekret carski znosił m. in. urzędy kapituł, generałów i prowincjałów zakonnych. W związku z tym nasuwa się pytanie: Czy po to biskup K. Łubieński, wykonując dekret carski – usunął o. R. Wilczyńskiego z urzędu generała Zakonu, aby zaraz potem polecić „wybrać” innego przełożonego generalnego? Chyba coś w tej sprawie jest nie tak: Ten biskup bałby się bowiem wydać takie polecenie. Najprawdopodobniej wybrano jedynie prepozyta klasztoru, bo taka funkcja zakonna nie została przez cara zniesiona, a o rzekomym „generalacie” dośpiewano sobie później. Zresztą wynika to całkiem jasno z dalszej treści częściowo cytowanego dekretu biskupiego, jaki w tej sprawie został później wydany. Powtarzamy za autorami wspomnianego opracowania na str. 92. „Sporządzony z tej okazji dekret biskupi głosił, że do odwołania Stolicy Apostolskiej (obowiązki przełożonego generalnego Zgromadzenia Marianów razem z władzą prawodawczą (…] przenosi się na osobę przełożonego klasztoru mariampolskiego i z tym obowiązkiem je się łączy>”.
No i sprawa się wyjaśniła! Nie było więc żadnego wyboru generała Zakonu w Mariampolu, a nastąpiło tylko „przeniesienie” tej władzy na prepozyta klasztoru mariampolskiego. Zatem o. J. Czesnas i jego następca o. W. Sękowski nie byli nigdy wybranymi przełożonymi generalnymi Zakonu.
Jeśliby już miało się uznać dekrety biskupa Łubieńskiego za porządkujące administrację zakonną zgodnie z carskimi instrukcjami, to obydwaj prepozyci klasztoru w Mariampolu mogliby być uważani jedynie za p.o. (pełniących obowiązki) przełożonych generalnych, ale nigdy za faktycznych generałów.
W rzeczywistości te wszystkie nieformalności dokonane przez bpa Łubieńskiego podyktowane były wolą posłusznego wykonania ukazu carskiego, a nie zarządzenia papieskiego z dnia 6 kwietnia 1865 r., które jeszcze wtedy nie istniało.
W tej całkiem oryginalnej sprawie trzeba jeszcze wyjaśnić pewne implikacje, z jakimi autorzy wspomnianego już opracowania o Marianach wiążą osobę o. St. Pietrzaka. Kapłanowi temu bardzo wykształconemu zarzucają niedokładność, zmienność a nawet sprzeczność w jego relacjach na temat „podwójnego” generalatu w Zakonie OO. Marianów. Pisze się o nim, że twierdził (ściśle mówiąc nie twierdził lecz relacjonował), iż ostatnim generałem Zakonu był o. W. Sękowski i że w spisie generałów Zakonu po o. W. Sękowskim podał nazwisko o. B. Pielasińskiego oraz że początek rządów tego ostatniego zaczął się od 191 Ir. W innym znowu miejscu tzn. w późniejszym piśmie do Kurii w Siedlcach podaje, że rządy o. B. Pielasińskiego zaczęły się od 1898 r. A dalej w piśmie do tejże Kurii Biskupiej twierdzi, że o. W. Sękowski był jedynie zwykłym zakonnikiem.
Sprawa ta – tylko pozornie niejasna – jest bardzo łatwą do wyjaśnienia. Przy opracowywaniu swej książki pt. Venerabilis Servus Dei o. St. Papczyński, w latach 1909-1912, Józef Pietrzak czerpał swe wiadomości nie zawsze ze sprawdzonych dostatecznie źródeł historycznych. Dowiedział się, że w r. 1893 w Mariampolu został rzekomo wybrany generałem Zakonu Mariańskiego o. W. Sękowski, a ponieważ o. B. Pielasińskiego wybrano generałem dopiero w 1898 r. przeto, przyjmując w dobrej wierze wybór o. W. Sękowskiego jako wcześniejszy, przyznał mu pierwszeństwo na liście sporządzonego przez siebie wykazu przełożonych generalnych. Po jego śmierci tzn. w 1911 r. J. Pietrzak uznał, że teraz generałem bez żadnej już rywalizacji jest o. B. Pielasiński. Jednak w miarę postępu czasu J. Pietrzak powiększał zasób swych wiadomości historycznych i w końcu doszedł do przekonania, że o. W. Sękowski wcale nie był generałem Zakonu.
Twierdzenie że „o. Bernard Pielasiński nie mógł być generałem ani bezpośrednio przed odnową Zakonu, ani po niej, gdyż ostatnim generałem przed wspomnianą odnową był o. Sękowski, który pełnił swój urząd także i po odnowie Zakonu, aż do śmierci w 1911 r.” (Marianie, s. 123) idzie po linii uznania rozporządzeń bpa Łubieńskiego, o czym wyżej była mowa.
Po pomówieniu o. St. Pietrzaka o brak ścisłości w swych informacjach, dalej o zmienność poglądów na pewne wydarzenia oraz o sprzeczność w wypowiedziach — odnosi się wrażenie, że te insynuacje mają jeden cel: podważyć zaufanie Czytelnika co do dalszej jego działalności.
Na temat St. Pietrzaka wypowiada się ks. Jan Janowicz, który razem z nim został przyjęty do Zakonu w 1913 r. Wypowiedź swą ten poważny i szanowany w diec. siedleckiej kapłan wzmocnił przysięgą. Czyżby te informacje najbliższego świadka St. Pietrzaka nie miały żadnego znaczenia? Autorzy bowiem omawianego dzieła nie biorą pod uwagę oświadczeń pisemnych ks. J. Janowicza.
5. Warunki prawno-polityczne „obydwu” generałów po 1904 r.
W licznych publikacjach, jakie ukazały się od przeszło 50-ciu lat na temat „kwestii mariańskiej”, poczesne miejsce w historii Zakonu znajduje jedyny w końcowej fazie dziejów mariańskich klasztor OO. Marianów w Mariampolu oraz ostatni rzekomo generał tego Zakonu o. Wincenty Sękowski. Przypisuje się przy tym wyłączne prawa do reprezentacji Zakonu temu klasztorowi, który — jak wiadomo – był raczej więzieniem niż klasztorem, a o. W. Sękowskiemu nadaje się wyjątkowe prawa, bo przecież innych zakonników z tego Zakonu już nie było, a jeśli znaleźli się jacyś zabłąkani poza Mariampolem to byli poza wszelkim prawem, ponieważ zostali przez kasatę carską pozbawieni czynnych praw członków swego Zakonu.
Tak tę sprawę widział w okresie międzywojennym ks. Stefan Sydry MIC (który przed wieloma laty wystąpił ze Zgromadzenia Księży Marianów), autor książki pt. O. St. Papczyński i Jego Dzieło. Interesuje nas to, jak w rzeczywistości wyglądała ta „przewaga” formalno-prawna Marianów z Mariampola nad innymi zakonnikami mariańskimi, a w szczególności jaką prawną „wyższość” posiadało. W. Sękowski nad o. B. Pielasińskim w r. 1908?
Porównanie zacznijmy od o. Bernarda Pielasińskiego. Jak wiadomo ojciec ten został wywieziony podczas kasaty z klasztoru w Skórcu do klasztoru-więzienia w Mariampolu. Po kilkunastu latach wydostał się stamtąd i znalazł sobie skromne miejsce w Przytułku dla Starców w Górze Kalwarii k. Warszawy. Przytułek ten zbudował przed dwoma wiekami o. St. Papczyński Założyciel Zakonu. Przebywał więc o. Bernard w pozakonnym domie jako zakonnik pozbawiony klasztoru od z górą 37 lat. Będąc wybranym w 1898 r. generałem Zakonu starał się jak mógł o odrodzenie swego Zakonu.
A jak przedstawia się sprawa z o. Wincentym Sękowskim? Przebywa „za klauzurą” aż do kasaty domu klasztornego w Mariampolu tzn. do 1904 r., a potem podziela wespół z dwoma swoimi towarzyszami los rozproszonych zakonników. Nie posiada już klasztoru, bo rząd carski na mocy dawniejszego dekretu likwiduje ten klasztor z powodu zbyt małej ilości ojców zakonnych (przebywało wówczas w nim znacznie mniej niż wynosił „etat” tzn. poniżej ośmiu zakonników). Potem o. W. Sękowski pełni funkcję proboszcza „świeckiego” przy kościele w Mariampolu.
Z uwagi na tę okoliczność można by wyprowadzić logiczny wniosek na podstawie analogii, że także on był sekularyzowany, bo jako oficjalny zakonnik mariański nie mógłby tej funkcji pełnić. Jak w rzeczywistości było tego dokładnie nie wiemy!
O. W. Sękowski – jak wspominaliśmy wyżej – też starał się o odrodzenie Zakonu Mariańskiego.
Popatrzmy więc jaka różnica występuje między tymi zakonnikami pod względem formalno-prawnym?
O. B. Pielasiński nie przebywa już od dawna w klasztorze, a o. W. Sękowski znajduje się także poza klasztorem od 1904 r. O. B. Pielasiński pełni funkcję kapelana przy Przytułku, którą to funkcję zawsze spełniali marianie. O. W. Sękowski jest proboszczem kościoła pozakonnego mariańskiego. Jeden jest faktycznym generałem Zakonu, a drugi jest domniemanym przełożonym generalnym tegoż Zakonu. Istnieją tu same podobieństwa i nie widać rzekomej „wyższości” prawnej o. W. Sękowskiego nad o. B. Pielasińskim. Znaleźli się oni z konieczności w podobnych warunkach życiowych bez możności tylko wzajemnego kontaktu.
Tak przedstawia się sytuacja prawno-bytowa obu tych ojców i nie można tu w sposób przekonywujący mówić o priorytecie o. W. Sękowskiego przed o. B. Pielasińskim. Z jakich więc powodów miałyby przysługiwać wszystkie prawa dawnego Zakonu tylko byłym zakonnikom z klasztoru w Mariampolu i ich byłemu prepozytowi? Dlaczego tylko o. W. Sękowski miał prawo do odrodzenia Zakonu i czemu o. B. Pielasińskiemu tego prawa się odmawia? Co na to Księża Marianie?
6. Dwutorowość w dążeniach do odrodzenia Zakonu jako konsekwencja ucisku politycznego
Z dziejów Zakonu po 1909 r. wynika, że w dążeniach do jego odrodzenia wyłoniły się dwa nurty. Jeden z nich wywodził się z Góry Kalwarii k. Warszawy, a drugi miał swój początek w Mariampolu. Oba te nurty zapoczątkowane były mniej więcej w tym samym czasie i nie płynęły równolegle obok siebie, choć zmierzały początkowo do tego samego celu.
Jak wyjaśnić tę dwutorowość w działaniach i zabiegach nad odrodzeniem skasowanego przez zaborcę Zakonu? Dwutorowość ta, aczkolwiek świadcząca o gorliwości pozostających przy życiu zakonników, pociągnęła jednak za sobą fatalne skutki. O. B. Pielasiński, odczuwając na sobie i na Zakonie opiekę arcybiskupa warszawskiego, Popiela, nie przedsiębrał poza nim żadnej szczególnej działalności. Gdy otrzymał odmowę na otwarcie nowicjatu, czekał cierpliwie na dogodną okazję do odrodzenia swego umiłowanego Zakonu. Nie potrzebował wówczas żadnych pisemnych zapewnień o wyjednanych przez delegata apostolskiego, arcybpa Popiela, przywilejów i ulg. Wierzył na słowo swemu arcypasterzowi, który zresztą był jego penitentem przy konfesjonale.
Po niewczasie okazało się, że „co jest napisane to jest niezmazane”. O. B. Pielasiński nie zastanowił się nad tym, co będzie po śmierci swego protektora. I rzeczywiście arcybp Popiel zmarł w 1913 r. Kwestia mariańska nie istniałaby dzisiaj, gdyby obecne mozolne starania o Zakon miały swoje oparcie w dokumentach. Ale któż mógł przewidzieć, że pojawią się ludzie, którzy będą starali się wydrzeć z rąk prawowitym następcom o. B. Pielasińskiego jego spuściznę zakonną po to, by ją zniszczyć!
Duży wpływ na powstałą sytuację w Zakonie miały warunki polityczne. Po zgnieceniu powstania styczniowego zapanował na ziemiach polskich, głównie w zaborze rosyjskim, ucisk narodowościowy i prześladowanie religii katolickiej, a szczególnie po drakońsku obchodzono się z zakonami. Zniesiono wszelkie funkcje i urzędy zakonne jak kapituły i stanowiska prowincjałów i generałów. Zabroniono jakichkolwiek kontaktów z b. przełożonymi, nie dopuszczano do porozumień ze swymi współtowarzyszami zakonnymi. Dbano o jak najdalsze rozproszenie zakonników i ich izolację. Najbardziej podejrzanych zsyłano na Sybir. Jedyny mariański klasztor w Mariampolu zamknięto hermetycznie. Ojcowie tam przebywający byli zupełnie odcięci od świata i do nich wstęp był niemożliwy. Terror był nie do zniesienia.
Czy w takich niesprzyjających warunkach mogła być mowa o jakiejś wspólnej akcji w celu zapobieżenia przed wymarciem Zakonu? Dlatego też dwa główne ośrodki odrodzenia Zakonu nie wiedziały nic o sobie. Rzecz jasna, że w takich okolicznościach nie mogło być wspólnego działania nawet wtedy, kiedy pewne widoki na odbudowę Zakonu poczęły się rysować po r. 1905. Gdyby wtedy doszło do takiego współdziałania zapewne nie udałoby się obcym elementom wkraść do środka Zakonu i rozsadzić go od wewnątrz. Ojcowie Pielasiński i Sękowski dogadaliby się ze sobą co do tego, który z nich był faktycznym generałem Zakonu i nie mogliby w takiej sytuacji uważać, że każdy z nich jest ostatnim marianinem i że z tego tytułu przysługują każdemu wszystkie prawa Zakonu.
Widzimy więc, że oprócz nowatorskich zapędów ludzi spoza Zakonu, którzy zamiast tworzyć od podstaw coś nowego na własny rachunek woleli wykorzystać „stare” i w rezultacie je zniszczyć – duży udział w dziele tego zniszczenia miały także specyficzne warunki polityczne.
Ta dwutorowość w sprawie mariańskiej przewija się też na szczeblu kurii archidiecezjalnej warszawskiej. Jak już zaznaczyliśmy sprawę ośrodka mariańskiego w Górze Kalwarii miał w opiece sam arcybiskup Popiel. Natomiast kwestie innych Zakonów leżały w gestii jego sufragana bpa K. Ruszkiewicza. Okoliczność ta bardzo skomplikowała sprawę odrodzenia Zakonu, bo jedni załatwiali tę sprawę z arcybpem Popielem (o. B. Pielasiński), a drudzy – jak to dalej się okaże — z jego sufraganem bpem Ruszkiewiczem. Ci dwaj hierarchowie widocznie nie konsultowali się ze sobą w omawianej kwestii, bo obydwa nurty odrodzeniowe popłynęły dalej w różnych kierunkach, ponieważ nie było komu je skonsolidować. Pociągnęło to za sobą fatalne skutki dla dalszego istnienia Zakonu.
7. Podsumowanie
Świecka kasacja życia zakonnego na ziemiach polskich w zaborze rosyjskim pociągnęła za sobą prawie całkowite zniszczenie tego jedynego polskiego Zakonu ścisłego. Na krótko przed likwidacją żyło w 8-miu klasztorach ok. 63-ch zakonników. Część z nich uwięziono w Mariampolu, kilkunastu wywieziono na zesłanie w głąb imperium, a reszta rozproszyła się po kraju i świecie.
Zakon należało jednak ratować. Czyniono w tym celu próby potajemnego kontaktowania zakonników. Obok Mariampola, gdzie przebywali uwięzieni Marianie, utworzył się z inicjatywy arcybpa warszawskiego Popiela – który jako ordynariusz był jednocześnie delegatem Apostolskim w swojej archidiecezji dla spraw zakonnych – drugi ośrodek w Górze Kalwarii k. Warszawy. Przebywał tam o. Bernard Pielasiński, który za wstawiennictwem tego arcypasterza został wybrany generałem pozostałych przy życiu resztek Zakonu.
W klasztorze mariampolskim było początkowo większe skupisko ojców zakonnych, ale ich działalność była bardzo ściśle kontrolowana przez organa władzy świeckiej, a zatem była nieskuteczna. Zgodnie z rozporządzeniem carskim, dotychczasowy generał Zakonu, o. R. Wilczyński musiał ustąpić z urzędu, a na jego miejsce wybrano tylko prepozyta klasztoru. Ze źródeł pochodzących od Zgromadzenia Księży Marianów wynika, że na mocy dekretu tegoż biskupa spadły na prepozyta klasztoru także obowiązki przełożonego generalnego Zakonu. (Marianie, s. 91-92). Sprawa ta zawiera w sobie szereg poważnych wątpliwości m.in., że biskup sejneńsko-augustowski nie był jeszcze wtedy delegatem Apostolskim do spraw zakonnych i nie miał w tym zakresie żadnej władzy, a zasięg działalności rzekomego generała ograniczał się praktycznie tylko do klasztoru w Mariampolu.
Ale zostawmy tę kontrowersyjną sprawę na boku. Ważniejszą i pochwały godną była dążność wszystkich Marianów i tych także, którzy przebywali za granicą, do podźwignięcia z upadku Zakonu, który w Polsce przedrozbiorowej tak bardzo się zasłużył.
Zakon to niezwykły, obok szerzenia czci Niepokalanej, zanosił do Boga usilne modlitwy za zmarłych i czynił heroiczne ekspiacje za dusze w czyśćcu cierpiące. Cel rzeczywiście bardzo wzniosły, a idea szlachetna. Zatem starania o taki Zakon warte są wszelkich wysiłków, by to dzieło świątobliwego o. St. Papczyńskiego nie zginęło na zawsze. Jeśli, obecnie działające w miejsce dawnego Zakonu, Zgromadzenie Księży Marianów tak daleko odbiegło (co dalej wykażemy) od reguły, konstytucji i tradycji dawnego Zakonu, że nie można dopatrzyć się w nim dzieła o. Papczyńskiego to – rzecz jasna – dawny Zakon w swej pierwotnej postaci winien być powołany na nowo do życia, tym bardziej, że od wielu lat jak i w dzisiejszych czasach, znajduje chętnych kandydatów.
Jeśli w dalszym ciągu przedstawimy w jakich to okolicznościach doszło do przekształcenia dawnego Zakonu w obecnie działające Zgromadzenie Księży Marianów, nie będzie Czytelnik miał żadnych wątpliwości, co do konieczności rewizji podstaw prawnych tego Zgromadzenia, tzn. aktów prawnych Stolicy Apostolskiej z lat 1909 i 1910 wydanych na podstawie fałszywych relacji.
W konkluzji trzeba odnieść się z uznaniem do odważnego działania ojców: Pielasińskiego i Sękowskiego, którym na sercu leżała głęboka troska o przyszłość polskiego Zakonu.
O. B. Pielasiński przyjął do Zakonu: Józefa Pietrzaka, ks. Jana Janowicza oraz diakona Konstantego Stepowicza, a o. W. Sękowski przyjął do tegoż Zakonu: ks. Jerzego Matulewicza, ks. Franciszka Buczysa a potem ks. Jana Totoraitisa.
Różnica między nowoprzyjętymi zakonnikami była taka, że adepci o. B. Pielasińskiego kontynuowali ściśle dzieło Założyciela a kandydaci o. W. Sękowskiego sprzeniewierzyli się idei Papczyńskiego i poszli inną, z góry zaplanowaną drogą. Szczęść im Boże! Niech jednak ta rozbieżność nie będzie utrudnieniem w reaktywowaniu dawnego Zakonu do legalnego życia z jego pierwotnymi zadaniami.
IV. DALSZE STARANIA O ODRODZENIE ZAKONU PO ODZYSKANIU NIEPODLEGŁOŚCI
1. Kim był o. St. Pietrzak?
O o. St. Pietrzaku wzmiankowaliśmy już poprzednio. Obecnie chcemy dłużej zatrzymać się przy jego osobie i dokładniej omówić rolę, jaką odegrał przy staraniach nad odrodzeniem Zakonu, ponieważ o. B. Pielasiński ustanowił go swym następcą i jemu powierzył dalsze losy swego Zakonu.
Józef Jan Pietrzak urodził się 6 lutego 1882 r. w Kani k. Słupcy. Imion miał kilka. Przy bierzmowaniu otrzymał imię Stanisława Kostki. W Zakonie OO. Paulinów nadano mu imię Andrzeja, a przy obłóczynach w Zakonie Marianów przyjął imiona Stanisława Bogdana od św. Dusz Czyścowych. A oto odpis zaświadczenia z tej uroczystości:
In nomine Jesu eiusque Immaculatae Matris
Ja O. Bernard Pielasiński, Zakonu Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, Maryanin, tym dokumentem stwierdzam, że na mocy przysługującego mi prawa, jako ostatniego Zakonnika tegoż świętego Zakonu, z obawy, by to św. Zgromadzenie nie wygasło i powodowany troską o chwałę Bożą i ratunek dusz w czyśćcu cierpiących, – wobec niżej podpisanych świadków, przyjąłem do Zakonu naszego maryańskiego Józefa Pietrzaka, absolwenta Uniwersytetu Jagiellońskiego, i oblokłem go uroczyście w habit biały Niepokalanego Poczęcia NMP w kościele zakonnym, przy grobie Ojca naszego Fundatora, Błogosławionego Sługi Bożego Stanisława Papczyńskiego, i nadałem mu imię zakonne Stanisław – Bogdan od świętych dusz czyśćcowych. Działo się to dnia 11-go czerwca, w dniu św. Barnaby Apostoła, w Górze Kalwaryi za Warszawą, w powiecie Grójeckim, roku 1913 – co własnoręcznym podpisem moim, oraz świadków tei uroczystości, zaświadczam i stwierdzam.
(Pieczęć owalna z godłem Zakonu pośrodku. Dookoła napis: ORDO IMMACULATAE CONCEPT.B.V.M. FRATRUM MARIANORUM DEFUNCTIS SUFFRAGANTIUM)
/-/Ksiądz Bernard Pielasiński Maryanin
/-/ Konstanty Stepowicz, dyakon dyec. Wileńskiej
/-/ Ks. Jan Janowicz z Białegostoku
O. Stanisław Pietrzak
Rodzice St. J. Pietrzaka, Ignacy i Wiktoria z Gorayskich, dzierżawili w m. Kania niewielki folwark. Miejscowość ta należała do parafii Ostrowite diecezji kujawsko-kaliskiej z siedzibą we Włocławku.
Po ukończeniu miejscowej szkoły podstawowej J. Pietrzak zaczął uczęszczać do gimnazjum w Kaliszu, a potem w Krakowie, które ukończył w 1908 r. mając 26 lat. Przewlekła choroba nerek przeszkodziła mu w nauce i stąd wynikło znaczne opóźnienie w ukończeniu szkoły średniej. Studia na Wydziale filozoficznym i prawnym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie rozpoczął zaraz po maturze. W r. 1908 założył wspólnie z kilkunastoma innymi studentami Związek Katolickiej Młodzieży Uniwersyteckiej „Polonia” w Krakowie. W rok później organizuje Towarzystwo Akademickie, a potem związek zwany „Jagiellonią”.
Obok studiów filozoficznych jest także prywatnym słuchaczem teologii. Zgodę na studia teologiczne w charakterze świeckiego słuchacza udzielił mu kardynał Puzyna, arcybiskup krakowski.
W czasie długiej choroby Józef Pietrzak zapoznaje się ze sławnym kaznodzieją dominikańskim o. Wincentym Podlewskim. Zakonnik ten pochodził ze Skórca, gdzie znajdował się klasztor OO. Marianów. Był ochrzczony przez marianina. Dominikaninowi temu bardzo zależało na odrodzeniu ginącego Zakonu OO. Marianów. Znał się z o. B. Pielasińskim, który prosił go o skierowanie odpowiednich kandydatów do Zakonu. Za radą o. Podlewskiego modli się Józef Pietrzak o zdrowie za wstawiennictwem W.Sł.B. o. St. Papczyńskiego. Zostaje wysłuchany i z wdzięczności postanawia zostać marianinem. Polecony o. B. Pielasińskiemu przez kardynała Puzynę, arcybpa Bilczewskiego oraz przez o. W. Podlewskiego jest przyjęty zrazu do Zakonu na próbę. Po odbyciu kilkumiesięcznej próby zostaje w dniu 2 sierpnia 1909 r. adeptem zakonu mariańskiego. Zakon nie ma jednak nowicjatu, przeto J. Pietrzak stara się go odbyć w klasztorze OO. Paulinów na Jasnej Górze. Tam przebywa kilka miesięcy tj. od 18 sierpnia 1909 do 21 marca 1910 r.
Przyczyną wystąpienia z zakonu paulińskiego były – jak to później wyjaśnił o. St. Pietrzak – nie najlepsze stosunki panujące między mnichami jasnogórskimi. W tych czasach wydarzyła się też głośna afera Macocha, która podważyła autorytet pobożności i surowości obyczajów klasztoru jasnogórskiego do tego stopnia, że władze kościelne zastanawiały się, czy nie lepiej byłoby oddać klasztor jasnogórski innemu zgromadzeniu zakonnemu.
W tej sytuacji J. Pietrzak opuścił klasztor bez ukończenia nowicjatu. Studiuje dalej i jednocześnie odbywa „po cywilnemu” pod okiem o. B. Pielasińskiego rodzaj nowicjatu w warunkach wtedy możliwych. Od czasu do czasu przyjeżdża do Góry Kalwarii na konsultację ze swoim mistrzem.
W początkach 1913 r. J. Pietrzak zapoznaje w Zakopanem ks. Jana Janowicza, którego werbuje do potajemnego Zakonu OO. Marianów. Jest już absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do nich dołącza się diakon Konstanty Stepowicz przebywający na leczeniu w Zakopanem.
O. B. Pielasiński przyjął do Zakonu ks. J. Janowicza i diakona K. Stepowicza od razu tzn. bez odbycia nowicjatu. Nastąpiło to 11 czerwca 1913 r.
W 1913 r. na kilka miesięcy przed swoją śmiercią, dowiedział się nieoficjalnie o. B. Pielasiński, że niejaki ks. Jerzy Matulewicz potajemnie, bez zgody żyjących ojców zakonnych, przekształcił zakon mariański w zwykłe zgromadzenie księży świeckich.
A co mówi o tych sprawach zmarły w 1968 r. ks. Jan Janowicz (w Zakonie O. Bogumił) w swym urzędowym oświadczeniu? Poniżej przytaczamy pełny tekst jego oświadczenia.
„Magnificat anima mea Dominum!
OŚWIADCZENIE
Ja, ks. Jan Janowicz a w Zakonie O. Bogumił od Niep. Poczęcia NMP, rektor Kościoła św. Jana Chrzciciela w Janowie Podlaskim Diecezji Siedleckiej czyli Podlaskiej, urodzony w 1887 r. z rodziców Wiktora i Florentyny Janowiczów, przyjęty do Zakonu OO. Marianów przez przełożonego generalnego tegoż Zakonu Ojca Bernarda Pielasińskiego w Górze Kalwarii pod Warszawą w dniu 11 czerwca 1913 roku, oświadczam i podaję w miejsce przysięgi co następuje:
1. Wiem, że Ojciec Bernard Pielasiński miał nadane dla Zakonu OO. Marianów od Stolicy św. wielkie przywileje i dyspensy. Dziś po kilkudziesięciu latach (44 lata od śmierci o. B. Pielasińskiego) nie przypominam sobie dobrze treści i formy w jakiej o. Generał Pielasiński otrzymał te przywileje i ulgi z Rzymu za pośrednictwem arcybiskupa Warszawskiego Wincentego Popiela. O. Stanisław Pietrzak prawie stale przebywał w Górze Kalwarii pod Warszawą u o. B. Pielsińskiego i notował skrzętnie i sumiennie wszystkie wypowiedzi o. Generała i zaraz przekazywał je nam do wiadomości i ku naszej pamięci, a potem wielokrotnie przypominał o tych łaskach nadanych nam przez św. Piusa X i innych poprzednich papieży. Według tego co sobie dzisiaj przypominam łaski te streszczały się następująco:
a) kandydaci do Zakonu mogli być szkoleni i zaprawiani do życia zakonnego przez o. Bernarda w cywilu, tzn. mogli odbywać skrócony nowicjat bez wspólnego zamieszkiwania w klasztorze, żyjąc w rozproszeniu światowym i komunikując się z nim doraźnie przez sporadyczne przyjazdy do Góry Kalwarii względnie porozumiewając się listownie,
b) w nagłych i uzasadnionych wypadkach o. B. Pielasiński mógł przyjąć kandydatów do Zakonu nawet bez nowicjatu i od razu dopuścić ich do złożenia ślubów wieczystych.
2. Do Zakonu Marianów tak mnie, jak i ks. diakona Kazimierza | imię zakonne, uwaga autora) Stepowicza pociągnął Stanisław Pietrzak, podówczas już absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wprawdzie już dawniej myślałem o życiu doskonalszym tzn. zaraz po święceniach kapłańskich w 1910 roku (w Wilnie) zapragnąłem wstąpić do Zakonu, to jednak okazja nadarzyła się dopiero w 1913 roku. Po powrocie z Kongresu Eucharystycznego z Wiednia, który odbył się w 1912 roku, zatrzymałem się w Zakopanem w czasie od końca sierpnia tegoż roku do połowy lutego 1913 r. W tym właśnie czasie zapoznałem się ze St. Pietrzakiem i ten opowiedział mi o Zakonie Marianów, o o. Bernardzie Pielasińskim, który najgoręcej pragnie wskrzesić z przymusowego upadku Zakon OO. Marianów, skasowany przez rząd carski, i że w tym celu ma on od Ojca św. osobliwe dyspensy i przywileje, aby Zakon ten na nowo podnieść i do dalszego życia pobudzić. Już w Zakopanem zaczęliśmy próbnie praktykować życie wspólne w duchu mariańskim, oczywiście potajemnie. Do tego sposobu życia zakonnego dołączył się także diakon Kazimierz Stepowicz z Wilna, który lecząc płuca przebywał w Zakopanem. Wszyscy trzej byliśmy przyjęci do Zakonu OO. Marianów i zostaliśmy obleczeni w białe habity zakonne osobiście przez o. Bernarda Pielasińskiego dnia 11 czerwca 1913 roku w Wieczerniku u grobu Chwalebnego Sługi Bożego o. Stanisława Papczyńskiego w Górze Kalwarii pod Warszawą.
Stanisław Pietrzak kandydował do Zakonu od 1909 roku i był już zupełnie przygotowany do złożenia uroczystej profesji. Skończył on nowicjat po cywilnemu i poznał dobrze nie tylko reguły, konstytucje zakonne i ceremonie mariańskie, ale także życie klasztorne, zwyczaje i obyczaje dawnych Marianów, tudzież przyswoił sobie ducha zakonnego, tchniętego w Zgromadzenie przez Ojca Założyciela. O tym wspominał mi Ojciec Bernard Pielasiński, dawny v-magister nowicjatu w klasztorze skórzeckim mówiąc nieraz: „że choćby wszystkie reguły i statuty zakonne Marianów zginęły, to brat Stanisław umiałby i tak odtworzyć ducha Zakonu naszego w pełnej prawdzie i w całej jego tradycyjnej piękności!” Ja i diakon Stepowicz zostaliśmy od razu przyjęci do Zakonu bez ukończenia nowicjatu, gdyż o. B. Pielasiński, będący już w podeszłym wieku, często chorował i w obawie o los Zakonu chciał nas osobiście do niego wprowadzić.
3. Akademik Stanisław Pietrzak był protegowany do Zakonu Mariańskiego przez sławnego kaznodzieję dominikanina Wincentego Podlewskiego z Krakowa. On to urobił Pietrzaka do Zakonu, sam zaś bardzo kochał Zakon Marianów i ubolewał nad jego upadkiem. Był nawet ochrzczony przez kapłana — Marianina. Jako wielki czciciel o. Stanisława Papczyńskiego i zwolennik idei mariańskiej, polegającej na niesieniu pomocy duszom w czyśćcu cierpiącym, pragnął on całym sercem odnowienia naszego Zakonu. O. W. Podlewski doradził St. Pietrzakowi, aby w czasie swej choroby nerek modlił się do W. Sł. Bożego o. St. Papczyńskiego o zdrowie. Po odprawieniu nowenny choroba minęła bezpowrotnie ku zdziwieniu lekarzy, a Pietrzak z wdzięczności za tak wielką łaskę poświęcił się całkowicie dla Zakonu i dla sprawy jego odnowienia.
4. O. Bernard Pielasiński nigdy zapewne – o ile pamiętam – nie wypowiedział do mnie, że jest generałem Zakonu, gdyż głęboka pokora tego świątobliwego kapłana nie pozwalała mu na to, aby się tytułować generałem. Wiem natomiast, że był on z pośród żyjących jeszcze wtedy dawnych ojców najpoważniejszym przedstawicielem Zakonu, dalej wiem, że posiadał wszelkie zalety ducha, aby Zakon na nowo podźwignąć pomimo podeszłego wieku, w czym miały mu służyć rozległe przywileje i ulgi nadane przez Papieża św. Piusa X.
Z dawnych ojców Zakonu, którzy utrzymywali łączność z Ojcem Bernardem Pielasińskim, żył jeszcze wtedy o ile sobie przypominam, o. Szymon Mankielun, u którego byliśmy wspólnie z St. Pietrzakiem na polecenie o. Bernarda. Było to w 1913 roku na kilka miesięcy przed śmiercią Ojca Szymona. O. Szymon leżał wtedy chory w Kocku Podlaskim, gdzie był proboszczem.
5. Gdy o. Pielasiński dowiedział się o pokryjomym przekształceniu Zakonu, dokonanego przez obcych zakonowi ludzi, upominał nas stale mówiąc: „Pamiętajcie, nie łączcie się z Marianami Matulewicza! Postąpili oni bardzo źle! Kara Boża za to przyjdzie na nich”.
6. O. B. Pielasiński przekazał wszystkie posiadane akta zakonne, pieczęć główną zakonną oraz całą po sobie spuścizną na nasze ręce, zwłaszcza na ręce Stanisława Pietrzaka, którego upatrzył sobie na swego następcę. Siostry Szarytki, pielęgnujące o. Bernarda w szpitalu w Górze Kalwarii i otaczające go zawsze wielką czcią i troską przekazały nam po śmierci o. Bernarda resztę rzeczy, jakie po nim zostały, gdyż wiedziały, że jesteśmy jego spadkobiercami.
7. Ile razy byliśmy u Ojca Pielasińskiego, tyle razy cieszył się z nas i płakał z radości mówiąc: „Pięćdziesiąt lat modliłem się o to, by Zakon nie upadł i aby Matka Niepokalana przysłała odpowiednich kandydatów do swego Zakonu! I oto teraz już mogę umrzeć, bo spełnia się to, o czym byłem zapewniony, że nie umrę, aż odnowi się Zakon Marianów”.
8. Wiadomym jest mi również i to, że o. Bernard Pielasiński wszystkie sprawy i tajemnice Zakonu przekazywał o. Stanisławowi Pietrzakowi i że jego od dawna przygotowywał na przyszłego przełożonego Zakonu i kontynuatora swych wysiłków nad odbudową Zakonu.
Ja zajęty byłem sprawami duszpasterskimi, a diakon Stepowicz studiami teologicznymi i wobec tego nie mogliśmy podjąć się tak trudnego zadania jak pracy nad poddźwignięciem Zakonu z jego przymusowego upadku. Pietrzak natomiast, posiadając ukończone studia, musiał przyjąć ten obowiązek od Ojca Pielasińskiego, gdyż był z nas trzech najlepiej do tego zadania przygotowany i nie posiadał przy tym żadnych innych obowiązków.
9. Ks. diakon Kazimierz Stepowicz został wkrótce wyświęcony i trwał duchowo w Zakonie aż do około 1920 roku. Przy spotkaniu się z nim w czasie rekolekcji kapłańskich we Wilnie mówił mi: „Kiedyż wreszcie zostanie sprawa Zakonu załatwiona! Ja dłużej tak czekać nie mogę”. Wkrótce po tym wstąpił do Marianów Czarnych (ks. Matulewicza) straciłem z nim kontakt, a po dwu lub trzech latach dowiedziałem się, że zmarł.
10. W początkach 1922 roku zwróciłem się do ks. bpa Jerzego Matulewicza, naonczas ordynariusza wileńskiego, o pewne wyjaśnienia w sprawie stosunku założonej przez niego Kongregacji Księży Marianów do dawnego Zakonu Ojców Marianów Ks. biskup Matulewicz odpowiedział, że jego Zgromadzenie i dawny Zakon, to są dwie różne organizacje zakonne i że nie widzi on przeszkody, aby te dwa zgromadzenia zakonne żyły w zgodzie i rozwijały się, każde w swym kierunku. Przyobiecał też, że na najbliższej kapitule poruszy to zagadnienie i postara się powstały problem wyjaśnić i nieporozumienie zlikwidować.
Za zgodność powyższych wiadomości o Zakonie oraz za prawdziwość usłyszenia bezpośrednio z ust świątobliwego Ojca Bernarda Pielasińskiego danych o wspomnianych wyżej łaskach udzielonych przez Stolicę św. Zakonowi OO. Marianów ręczę w miejsce przysięgi swym własnoręcznym podpisem.
Janów Podlaski, dnia 11 maja 1958 roku.
(Ks. Jan Janowicz)
Autentyczność podpisu ks. Jana Janowicza na powyższym oświadczeniu potwierdził w dniu 6 marca 1961 r. ks. Góralczuk, proboszcz parafii Konstantynów w diecezji podlaskiej.
W dniu 19 kwietnia 1914 r. umiera w opinii świętości o. B. Pielasiński w wieku 82 lat.
Stanisław Józef Pietrzak, nie widząc na razie realnych możliwości odrodzenia Zakonu, poświęca się działalności społeczno-politycznej. Udaje się na wschodnie rubieże ziem polskich. Działa na Wołyniu i na Polesiu. Przygotowuje grunt pod odrodzenie polskości na tych terenach, szczególną jego troską są szkoły.
W okresie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim był także słuchaczem teologii. To miało mu umożliwić przyjęcie święceń kapłańskich. Jednak fakt ten starannie ukrywa aż do czasów po 2-giej wojnie światowej. Ta kontrowersyjna sprawa była początkowo dla wszystkich zupełnie niezrozumiała. Miała ona jednak swoje głębokie uzasadnienie. O. B. Pielasiński przed swoją śmiercią przestrzegł swych następców przed różnorodnymi niebezpieczeństwami, jakie towarzyszyć będą dziełu odrodzenia Zakonu. Walka o Zakon będzie długa i uporczywa ponieważ wrogowie jego reaktywowania starać się będą wszelkimi sposobami do tego nie dopuścić. W tych okolicznościach o. St. J. Pietrzak, wołał nie ujawniać swych święceń kapłańskich. Późniejszy – jak to dalej zobaczymy — rozwój wydarzeń potwierdził w zupełności powyższe przewidywania i określone obawy.
O. St. Pietrzak był rzeczywiście kapłanem katolickim. Wokół tej sprawy narobiono po jego śmierci (zmarł 24 czerwca 1954 r. w Toruniu) wiele wrzawy i sztucznie wywołano duże zamieszanie, ponieważ złośliwość ludzka nie zna granic. W początkach okupacji hitlerowskiej przebywa o. St. Pietrzak wraz ze swą najbliższą rodziną (matką i trzema siostrami) w Budzisławiu tj. w swych rodzinnych stronach. Zaraz po kampanii wrześniowej miejscowi „volksdeutsche” denuncjują go jako księdza i patriotę. Podczas rewizji w domu pewien gestapowiec, b. kleryk niemiecki, z nienawiści do niego, jako księdza katolickiego, poprzetrącał mu kijem dębowym ręce powyżej dłoni, aby już nigdy nie mógł je podnosić na ofiarowanie w czasie sprawowania mszy św. Piszący to opracowanie oglądał ręce o. Pietrzaka na których były widoczne zgrubienia i nieforemne ślady zrosłych kości. Następnie Niemcy wywożą całą rodzinę Pietrzaków do Niemiec Zachodnich na przymusowe roboty. Po wejściu wojsk alianckich o. St. Pietrzak, widząc bez opieki duszpasterskiej masy Polaków wywiezionych na roboty, zwraca się do bpa von Galena tj. do miejscowego ordynariusza w Munster z prośbą o udzielenie jurysdykcji na sprawowanie duszpasterstwa dla rzeszy Polaków przebywających w mieście Reckenfeld.
Pomijając już fakt, że o. Pietrzak znał się jeszcze z czasów przedwojennych z bpem von Galenem, to jednak biskup ten nie udzieliłby o. Pietrzakowi jurysdykcji na „słowo honoru” gdyby dobrze nie wiedział, że jest on rzeczywiście kapłanem katolickim. Na te sprawy wszyscy ordynariusze diecezjalni, a szczególnie niemieccy, są bardzo wyczuleni. Jako kapłan z wszystkimi swoimi tytułami jest podpisany na zaświadczeniu, wydanym swemu organiście w Reckenfeld. Oto odpis tego zaświadczenia:
+ In Nomine Domini!
Świadectwo
Panu Adamowi Józefowi Szymańskiemu Organiście parafii polskiej w Reckenfeld
Pan Adam Józef Szymański urodzony w Licheniu dnia 11 X 1913 w powiecie Konińskim, woj. Poznańskim sprawował przy mnie urząd organisty w Kościele św. Franciszka z Asyżu od dnia 30 maja 1945 r. do dnia 20 października 1946 r. włącznie w czasie mego tutaj pasterzowania. Przez cały ten czas zachowywał się jako dobry Polak i Katolik przywiązany do św. Matki Kościoła. Zachowywał się osobiście nienagannie, swemu Proboszczowi był posłuszny i po Bożemu oddany. Jako Jeniec wojenny p. Szymański wycierpiał od wrogów niemało a mimo to nie upadał na duchu ale z zapałem – gdy było można – pracował kulturalnie i poza Kościołem w tych ośrodkach polskich w których żyć mu wypadło jak: w Grewen i u mnie w Reckenfeldzie diecezji Monastyrskiej. Prowadził się wzorowo. Chór kościelny założył, zorganizował w trudnych – nieznanych w Polsce warunkach – i gorliwie ćwiczył i tak wyszkolił, że stał się ozdobą nabożeństw naszych, które były tak liczne jak to w Polsce bywało. Lud polski blisko 3000 był zachwycony i muzyką takiego organisty i głosem jego, śpiewa bowiem głośno i wdzięcznie na Chwałę Bożą. Poza tym był obowiązkowym i zgoła rzetelnym człowiekiem. Dlatego zasługuje na to, bym go polecił życzliwie Czcigodnym Konfratrom w Polsce jako znającego gruntownie swój fach muzyczny Organistę i dobrze zasłużonego na obczyźnie Męża Katolickiego. Pan Adam Józef Szymański opuszcza dziś Reckenfeld, w którym się dobrze zasłużył i uczciwie dla Chwały Bożej napracował, na własne życzenie, by się udać do ukochanej Ojczyzny, gdzie go oczekuje Rodzina. Żegnam go z żalem, ale rozumiejąc pobudki, życzę mu błogosławieństwa Bożego, pomyślności i wszelkiego dobra w ziemi Ojców naszych – niech tam gra Bogu na Chwałę i współpracuje z Nowym Duszpasterzem wiecznie tak, jak ze mną tutaj na wygnaniu pracował zbożnie.
/-/ X. Dr prof. Jan J. Pietrzak
Pieczęć okrągła z napisem w otoku:
Polski Urząd Parafii Rz. Katolickiej
Reckenfeld.
W środku symbol: „P” wpisane w „X”
Po powrocie do kraju osiadł o. Pietrzak wraz z rodziną w Toruniu. Wiódł tu żywot świątobliwy i pracowity przez osiem lat aż do śmierci. Na kilka lat przed śmiercią tego pokornego zakonnika piszący to opracowanie zaprzyjaźnił się z nim serdecznie i często go odwiedzał. Pewnego razu piszący te słowa, jako członek Rady Parafialnej kościoła NPM w Toruniu, zwierzył się swemu proboszczowi, że na terenie jego parafii zamieszkuje osamotniony ksiądz – zakonnik. Zaskoczony tą wiadomością ks. dziekan Ringwelski powziął podejrzenie, że jest to chyba jakiś heretyk i poprosił, aby o. St. Pietrzak stawił się u niego w celu wyjaśnienia jego tożsamości. O. St. Pietrzak przybył w oznaczonym dniu i godzinie do kancelarii parafialnej i przedstawił się jako kapłan katolicki. Odtąd proboszcz parafii NPM w Toruniu nie miał żadnych wątpliwości za życia o. St. Pietrzaka co do jego święceń kapłańskich. Dopiero po śmierci rozpętano burzę wokół tej sprawy.
A teraz chcemy się zapytać autorów ze Zgromadzenia Księży Marianów jakie mają dowody na to, że o. St. Pietrzak nie posiadał święceń kapłańskich? Skoro publicznie zaprzeczają temu faktowi więc jakieś konkretne dowody na poparcie swych twierdzeń winni posiadać. Czekamy na odpowiedź!
Zaznaczamy, że powoływanie się w książce pt. „Marianie” na str. 122 na orzeczenie Sądu Metropolitarnego w Poznaniu w sprawie wniosku p. Białego o unieważnienie małżeństwa nie jest wystarczającym dowodem na to, że o. St. Pietrzak nie był kapłanem. Sąd ten oparł się bowiem w swej decyzji jedynie na opinii zasięgniętej z akt Kurii Diecezjalnej w Siedlcach a tam o. St. Pietrzak nie był notowany jako kapłan. Zeznań dwu sióstr o. St. Pietrzaka, złożonych pod przysięgą wobec proboszcza swej parafii, Sąd Odwoławczy w Poznaniu nie wziął pod uwagę.
W związku z tą kontrowersyjną sprawą nasuwa się życiowa rada: „Jeśli o danej osobie nic konkretnego nie wiemy, to zwykła uczciwość ludzka nakazuje nie wypowiadać negatywnych sądów o niej szczególnie wtedy, gdy już nie żyje i nie może się bronić”. Chyba taka postawa byłaby zgodna z etyką chrześcijańską.
A jak postępują Księża Marianie? Rzucają na tego skromnego i pokornego księdza w słowie i piśmie różne obelgi i kalumnie, wysuwają pod jego adresem różne insynuacje tylko dlatego, że wbrew interesom Zgromadzenia Księży Marianów ośmielił się odradzać prawdziwe dzieło o. St. Papczyńskiego.
Po odrodzeniu państwowości polskiej w 1918 r. o. St. Pietrzak wraca na ziemie wschodnie i oficjalnie przystępuje do zorganizowania administracji szkolnej na tych terenach oraz do odbudowy polskich szkół. Działa razem z dr Z. Kostkiewiczem późniejszym kapłanem. Reaktywuje sławne ongiś Liceum Krzemienieckie i zakłada różne instytucje charytatywne.
W latach dwudziestych, po powrocie do Krakowa, o. St. Pietrzak rozpoczyna pracę nad odbudową Zakonu i szuka protektora dla tej sprawy. Znajduje go w osobie bpa Henryka Przeździeckiego ordynariusza diecezji podlaskiej w Siedlcach.
2. Rola bpa H. Przeździeckiego w dziele odrodzenia Zakonu
Na terenie diecezji podlaskiej znajdowały się dwa domy poklasztorne należące przed kasatą do Zakonu OO. Marianów. Był to klasztor w Skórcu oraz w Goźlinie. W początkach lat dwudziestych były one jeszcze nieobsadzone przez żadnych zakonników. Bp Przeździecki chciał oddać je w użytkowanie jakiemuś zgromadzeniu zakonnemu. Księża Marianie nie mieli jeszcze wtedy dostatecznej ilości księży potrzebnych do objęcia tych klasztorów i dlatego wymawiali się przed przyjęciem tych domów w swoje posiadanie. W r. 1922 objęli jedynie klasztor w Skórcu.
Skoro do biskupa siedleckiego zwrócił się o. St. Pietrzak z prośbą o przydzielenie mu domu w Goźlinie biskup przystał na to bardzo chętnie, ponieważ tradycja o dawnych Marianach w jego diecezji była żywa a zasługi tych ojców dla Kościoła były mu znane. Pragnął więc Marianami dawnej obserwy obsadzić ten klasztor i przyjął propozycje o. St. Pietrzaka, który w tej sprawie złożył mu obszerny memoriał z dnia 11 października 1927 r. W memoriale tym o. St. Pietrzak wyłuszczył cel i zadanie swego Zakonu oraz podał, że pragnie odrodzić dawny zakon mariański, ponieważ obecnie zorganizowane przez ks. J. Matulewicza Zgromadzenie Ks.Ks. Marianów nie ma nic wspólnego z dziełem o. St. Papczyńskiego. Zatem biskup Przeździecki przystąpił do realizacji swego planu osadzenia dawnych Marianów w opustoszałym domu klasztornym w Goźlinie i rozpoczął czynności przygotowawcze.
3. Przeszkody ze strony Zgromadzenia Księży Marianów
O zamiarach ordynariusza siedleckiego dowiedzieli się rychło księża Marianie i zgłosili niezwłocznie sprzeciw przeciwko jego zamiarowi oddania domu pozakonnego kontynuatorom dawnego Zakonu zaznaczając, że oni są prawnymi następcami i spadkobiercami dawnych Marianów. Rozpoczęli też gorączkowe przygotowania do objęcia wspomnianego domu zakonnego.
Wystąpieniem tym zainicjowali księża Marianie długoletni i gorszący spór o sukcesję po dawnym zakonie mariańskim. W konflikcie tym od samego początku nie przebierają w środkach. Trzymając się kurczowo wyłudzonych podstępnie od Stolicy Apostolskiej dekretów uważają, że mają wystarczające powody do zwalczania zwolenników dawnego Zakonu przy pomocy szerzenia błędnych i fałszywych opinii o okolicznościach w jakich doszło do bezprawnego przekształcenia Zakonu OO. Marianów w dzisiejsze Zgromadzenie Ks.Ks. Marianów. Zasłaniają się wszędzie decyzjami Stolicy Apostolskiej, ale nigdzie nie podają, że Stolica Apostolska była błędnie poinformowana przez ks. Jerzego Matulewicza o tym, że w r. 1909 rzekomo tylko jeden o. W. Sękowski z całego zakonu mariańskiego pozostawał przy życiu, a o o. B. Pielasińskim i o innych ojcach tego Zakonu, którzy w tym czasie żyli i starali się na swój sposób o odrodzenie swego Zakonu, nic nie wspomniał i po prostu celowo zataił w Rzymie ich istnienie.
Zastanówmy się teraz nad pytaniem, jaka byłaby reakcja w Rzymie gdyby ks. Jerzy Matulewicz powiedział prawdę tzn. gdyby przyznał, że oprócz o. W. Sękowskiego żyło jeszcze wtedy co najmniej kilku zakonników mariańskich? Czy otrzymałby wówczas te „Wstępne zarządzenia” Stolicy Św. z dnia 2 sierpnia 1909 r., którymi obecnie księża Marianie w walce ze zwolennikami dawnego Zakonu w tak nieuczciwy sposób się osłaniają? Odpowiedź jest prosta. Ks. J. Matulewicz wróciłby do Warszawy z pustymi rękoma, a dawny Zakon już od kilkudziesięciu lat byłby reaktywowany i jak dawniej przed kasatą, przynosiłby wiele pożytku kościołowi i społeczeństwu polskiemu. Nie istniałaby dzisiaj „kwestia mariańska” i nie byłoby tego gorszącego sporu.
O tych istotnych okolicznościach w przedmiotowym sporze księża Marianie w żadnej publikacji nic nie wspominają, bo wywołałoby to teraz wielką kompromitację dla nich. Omijają więc jak tylko mogą to wydarzenie, twierdząc początkowo, że nikt z dawnego Zakonu już wtedy nie żył, a potem, gdy to twierdzenie upadło, przyznali że wprawdzie w tym czasie żyło jeszcze kilku dawnych Marianów, ale z powodu kasaty Zakonu zostali sekularyzowani i jako tacy pozbawieni byli praw czynnych członków Zakonu (S. Sydry, dz. cyt., s. 284). Obecnie w dziele pt. Marianie 16 73-19 73 na str. 124 i 124 starają się wykazać w sposób wykrętny i nieprzekonywujący, że ci dawni Marianie a szczególnie o. B. Pielasiński byli „sekularyzowani wieczyście” a zatem – jak należy rozumieć – ks. J. Matulewicz nie miał obowiązku wspominać o nich w Rzymie.
Jednak całkowitą bezpodstawność takiego rozumowania udowodniliśmy poprzednio w r. II p. 4: „Status prawny rozproszonych zakonników”.
A więc kto tu właściwie fantazjuje i przekręca zaistniałe fakty lub nie dopowiada wszystkiego do końca?
4. Rywalizacja Zgromadzenia Księży Marianów o sukcesję po dawnym zakonie mariańskim
W pracy pt.: Marianie 1673-1973 na str. 121 jest wzmianka o tym, że w r. 1914 ks. J. Matulewicz wraz z B. Załuskim „usiłował spotkać się z Pietrzakiem, ten nie chciał z nimi rozmawiać”.
Szkoda tylko, że autor tego cytatu nie podaje jaki był cel tego spotkania i o czym miała być przeprowadzona rozmowa z Pietrzakiem. A może ta rozmowa miała za zadanie wyjaśnienie powstałego problemu względnie była próbą pojednania? Nic podobnego! Ks. J. Matulewicz przybył do Józefa Pietrzaka po… dokumenty mariańskie, jakie jeszcze przed swą śmiercią o. B. Pielasiński przekazał swemu następcy. Rzecz jasna, że w takiej sytuacji nie mogło dojść do rozmowy.
Sprawa dokumentów po Zakonie OO. Marianów była przedmiotem kilkudziesięcioletniej walki o ich posiadanie. Wielokrotnie spór o rekwizyty zakonne przenosił się na forum Kurii biskupiej względnie Episkopatu. Dokumenty ani też inne przedmioty zakonne nie zostały Zgromadzeniu Księży Marianów wydane. W latach 60-tych udostępniono jedynie Księżom Marianom wykonanie fotokopii akt potrzebnych do procesu beatyfikacyjnego o. St. Papczyńskiego. Zresztą nie wszystkie dokumenty pochodziły od o. B. Pielasińskiego. Znaczną część dokumentów wykupił później o. St. Pietrzak z antykwariatów i od prywatnych osób, bowiem przy kasacji siepacze carscy rozkradli zbiór dokumentów w Skórcu i potem sprzedawali je za byle co okolicznym mieszkańcom. Ci zbywali znowu te archiwalne akta antykwariatom. Na wykupienie tych dokumentów wydał o. St. Pietrzak znaczną sumę pieniędzy. W bezpodstawnych skargach do biskupa podlaskiego Księża Marianie pomawiali o. St. Pietrzaka o wykradzenie tych dokumentów z „klasztorów mariańskich”, których już wtedy przecież nie było.
Również po wojnie chcieli Księża Marianie zdobyć te dokumenty, ale przeszły one po śmierci o. St. Pietrzaka na przechowanie do ludzi świeckich a ci kategorycznie odmówili wydanie jakichkolwiek dokumentów. Były czynione próby podstępnego zdobycia dokumentów mariańskich bądź to w formie różnych obietnic względnie przez przekupienie osób postronnych, które zamieszkiwały razem we wspólnym mieszkaniu ze siostrami zmarłego o. St. Pietrzaka.
Jednym z dowodów na te okoliczności jest oświadczenie p. Jadwigi Szczypiorkowskiej z Torunia, która przez kilka lat opiekowała się chorą siostrą o. St. Pietrzaka i często przebywała w mieszkaniu Pietrzaków w Toruniu przy ul. Wyspiańskiego 34.
Podajemy poniżej treść jej oświadczenia:
OŚWIADCZENIE
Oświadczam że mniej więcej w latach 1971/1972, dokładnej daty nie pamiętam. kiedy przebywałam opiekując się Heleną Pietrzak w jej mieszkaniu przy ul. Wyspiańskiego 34. Byłam świadkiem jak w wyżej wymienionym okresie dwukrotnie przebywali dwaj księża, którzy podając się za znajomych ks. Stanisława Pietrzaka zabrali jego dokumenty, rękopisy i książki. Było tego dwie walizki. Następnie w niedługim czasie ponownie przybył jeszcze jeden ksiądz, który zażądał wszystkich rzeczy po księdzu Pietrzaku, twierdząc, że wszystko to należy do Kościoła: krzyże misyjne, dzwoneczek loretański, piuski, pasy i inne szaty ubioru kapłańskiego.
Toruń, dnia 29 stycznia 1978 r.
I-/ Jadwiga Szczypiorkowska
Nie trudno jest domyślić się co to byli za księża. Zresztą do autora niniejszego opracowania też przyjeżdżali przedstawiciele Księży Manatów po dokumenty, ale o tej sprawie będzie jeszcze dalej mowa.
V. SPRAWA TZW. „ODNOWY” ZAKONU
1. Przebieg i specyficzne cechy tej „odnowy”
Dążność do odrodzenia zakonu mariańskiego była wciąż żywa i aktualna. Czekano tylko na stosowną sposobność, by można było przystąpić do odbudowy zniszczonego przez zaborcę Zakonu. Na taką chwilę czekał o. B. Pielasiński i o. W. Sękowski.
W połowie 1909 r. zgłosił się do o. W. Sękowskiego ks. Jerzy Matulewicz z zamiarem wstąpienia do zakonu w celu jego „odnowienia”. Posiadał od dawna opracowany plan przeinaczenia zakonu, ponieważ nie podobał mu się surowy tryb życia zakonników mariańskich a dawną regułę i konstytucje uważał za przestarzałe normy życia zakonnego nie nadające się „do zmienionych czasów i okoliczności” jako zbyt uciążliwe dla „nowoczesnych” zakonników. Nie chciał jednak od razu odkryć swych kart przed schorowanym o. W. Sękowskim. Wołał ostrożnie rozegrać partię o przekształcenie Zakonu, ponieważ wiedział, że o. W. Sękowski, pomny na przestrogę Założyciela Zakonu, nie zgodzi się na żadne zmiany. Wykorzystał więc okoliczność, że przed rokiem zmarli dwaj ostatni towarzysze o. Sękowskiego z b. klasztoru w Mariampolu i przekonał go, iż w razie jego śmierci Zakon wyginie zupełnie, ponieważ w obecnej chwili nikt oprócz niego z dawnych ojców i braci zakonnych już nie żyje. W tej sytuacji o. W. Sękowski zgodził się wystosować pismo do Stolicy św. z prośbą o wyrażenie zgody na zastosowanie „nadzwyczajnych sposobów” ratowania wymierającego Zakonu, albowiem w tej chwili tylko on sam z całego Zakonu pozostał przy życiu. (O jakie „nadzwyczajne sposoby” chodziło ks. J. Matulewiczowi dowiemy się w rozdz. VII).
Relacja o tylko jednym żyjącym zakonniku spośród całego zakonu mariańskiego była oczywiście fałszywa. Z tego zdawał sobie dobrze sprawę ks. J. Matulewicz. Przebywał bowiem wiele lat w Warszawie i wiedział na pewno, że żyje jeszcze co najmniej jeden marianin tzn. o. B. Pielasiński w Górze Kalwarii k. Warszawy.
O. B. Pielasińskiego znała cała archidiecezja warszawska z powodu jego nadzwyczajnej świątobliwości i ascezy życia. Wielu poważnych ludzi było jego penitentami, a nawet sam arcybiskup Chościak – Popiel spowiadał się u niego i radził się go w wielu sprawach.
W zakonach i w zgromadzeniach zakonnych obowiązuje prawny przepis, że ostatniemu członkowi przysługują wszystkie prawa danego zakonu czy też zgromadzenia (kan. 102). Zatem o. W. Sękowski mógł z tego tytułu, wnosić petycję jako rzekomo ostatni członek społeczności zakonnej, o wszelkie przywileje i ulgi, a nawet o zmiany w swym Zakonie. W danym przypadku, gdy żyli jeszcze inni członkowie Zakonu, takie prawo o. W. Sękowskiemu nie przysługiwało nawet wtedy, gdyby był faktycznym generałem Zakonu (kan. 101 § 1 n. 1 i 102).
I w tym przepisie tkwi sedno rzeczy. Dlatego ks. J. Matulewicz zataił przed Stolicą św. fakt życia innych marianów, bo wtedy na zamierzone zmiany w Zakonie musiałby uzyskać zgodę wszystkich żyjących zakonników, albo w przypadku istnienia kapituły zakonnej – zgodę tej kapituły. W tych okolicznościach najłatwiej było pominąć tych żyjących zakonników i po prostu uśmiercić ich na papierze, bo doskonale rozumiał, że takiej zgody nigdy by od nich nie otrzymał.
Ks. J. Matulewicz wyposażony w pełnomocnictwo o. W. Sękowskiego i po otrzymaniu listu polecającego od swego przyjaciela i rodaka bpa sufragana warszawskiego K. Ruszkiewicza, udał się osobiście do Rzymu. Wiózł ze sobą, oprócz pisma o. W. Sękowskiego, jeszcze własny wniosek, proponujący daleko idące zmiany w Zakonie, o czym o. W. Sękowski nie wiedział. W Stolicy św. uwierzono we wszystkie jego relacje i sprawozdania, bo legitymując się referencjami od bpa Ruszkiewicza, nie podejrzewano, że w tych pismach tkwi fałsz i nieprawda. Dlatego też od ręki otrzymał to wszystko czego pragnął. Jak szybko przyjechał do Rzymu tak i z powrotem szybko wyjechał do Warszawy. Tam w prywatnej kaplicy sufragana warszawskiego w atmosferze głębokiej tajemnicy (przed arcybpem Popielem i o. B. Pielasińskim) odbyła się uroczystość przyjęcia go do zakonu mariańskiego oraz jego przyjaciela, ks. Franciszka Buczysa. Na tę „uroczystość” ściągnięto z dalekiego Mariampola chorego o. W. Sękowskiego, by mogli złożyć na jego ręce śluby zakonne. Przy tej okazji pominięto wszystkie przepisy jakie takiej prawdziwej uroczystości winny towarzyszyć. Nie wiadomo nawet na jakie ustawy zakonne złożyli swe śluby ci „kandydaci do Zakonu”.
Po dokonaniu tych „obrzędów” ks. J. Matulewicz szybko wyjechał z Warszawy i udał się do Petersburga, gdzie rozpoczął organizowanie nowego zgromadzenia. Petersburg, jako bardzo odległy od Warszawy, gwarantował ks. J. Matulewiczowi spokój i bezpieczeństwo przed przypadkowym a przedwczesnym ujawnieniem jego podstępnej roboty. Przeczuwając możliwość ujawnienia swego rozrastającego się szybko Zgromadzenia w Rosji zrzeka się wszystkich dostojeństw, jakie posiadał w Akademii Duchownej w Petersburgu, i udaje się do Fryburga w Szwajcarii. Tu, oprócz prac organizacyjnych, przystąpił do gruntownej zmiany dotychczasowych ustaw zakonnych, jakie obowiązywały dawny Zakon.
W takich to okolicznościach „odnawiał” zakon mariański ks. J. Matulewicz.
2. Czy Zakonowi potrzebne było przekształcenie w zwykłe zgromadzenie zakonne?
Badając dzieje staropolskiego Zakonu OO. Marianów dochodzi się do wniosku, że zakon ten dzięki swej surowości choć nie rozrósł się znacznie liczbowo, to jednak zdał egzamin dziejowy. Jak stwierdził kard. Aleksander Rakowski, Zakon OO. Marianów „wydał z siebie przez niecałe lat dwieście 72 Czcigodnych sług Bożych, w tym 60-ciu samych Polaków…” Zakon zasłużył się bardzo społeczeństwu polskiemu m.in. przez skuteczne zwalczanie plagi pijaństwa. Był też wypróbowanym i niezawodnym pomocnikiem duchowieństwa diecezjalnego. Zakonowi mariańskiemu nie potrzebna była ani reforma ani tym mniej przekształcenie w zwykłe zgromadzenie księży świeckich i to o rozluźnionym sposobie życia wspólnego. Zakon OO. Marianów jest zakonem pokutniczym i wszelkie rozluźnienia jego surowych przepisów mijają się z jego założeniami i celem, dla którego został powołany. Albowiem łatwością reguł zakonnych i wygodą życia zakonników nie okupi się cierpień dusz w czyśćciu zatrzymanych.
Ks. Jerzy Matulewicz ani jego pierwsi synowie duchowni nie znali zadania ani historii Zakonu. (Marianie s. 235-236). Dopiero po drugiej wojnie światowej pod naciskiem zwolenników dawnego Zakonu zaczęli badać jego historię i trzeba przyznać, że pogłębili bardzo wiadomości o tym dawnym Zakonie.
Założyciel Zgromadzenia Księży Marianów podobno ślubował założenie nowego zgromadzenia zakonnego z wdzięczności za uzdrowienie. Wdzięczność jest piękną i rzadko spotykaną cnotą, ale nie można wywiązywać się z niej kosztem innych osób. Nic nie stało bowiem na przeszkodzie w zorganizowaniu od podstaw nowej społeczności zakonnej bez potrzeby rujnowania zasłużonego zakonu mariańskiego. Zakonowi temu nie potrzeba było „odnowy” lecz odrodzenia.
Odrzucenie reguły dziesięciu cnót NMP i gruntowna zmiana konstytucji zakonnych przekształciły dawny Zakon mariański w inną jakościowo społeczność. Wytworzyła się dość specyficzna sytuacja. Księża Marianie nie przestrzegają już ustaw i zwyczajów dawnego Zakonu, a tym, którzy pragną je reaktywować i wypełniać, nie pozwalają na to, utrzymując, że tylko oni są prawnymi spadkobiercami i kontynuatorami spuścizny o. Papczyńskiego. Cóż jednak znaczą takie deklaracje?
3. Czy wypadki z lat 1909-1910 pozbawiły istnienia Zakon Marianów?
Zagadnienie to jest nader kontrowersyjne i dlatego trzeba je rozpatrzyć wnikliwie. Przyjrzyjmy się jeszcze raz jak doszło do tego smutnego wydarzenia, że Zakonowi bez żadnego powodu zmieniono konstytucje i odebrano przez to prawo do dalszego istnienia w swej pierwotnej postaci.
Ks. Jerzy Matulewicz składa, jako pełnomocnik o. W. Sękowskiego, relacje że oprócz tego zakonnika nikt więcej z Zakonu już nie żyje i prosi o pewne zmiany w konstytucjach i w zwyczajach, aby Zakon nie wygasł zupełnie. Św. Kongregacja do spraw Zakonnych nie dostrzegając fałszu w tej petycji wydaje najpierw „Wstępne zarządzenie z dn. 2 sierpnia 1909 r.” a po roku dekret o następującej treści:
Tłumaczenie z tekstu łacińskiego
ŚWIĘTA KONGREGACJA
DLA SPRAW ZAKON.
DEKRET
(N. 3544-09)
Kongregacja Kleryków Regularnych Marianów od Niepokalanego Poczęcia Błogosławionej Maryi Dziewicy, ustanowiona w wieku XVII, została zaaprobowana przez Papieży Innocentego XII i Innocentego XIII. Pius VI zaś na to również udzielił zezwolenia, aby jej członkowie mogli składać uroczyste śluby. Celem Kongregacji było, aby otoczyć szczególnym kultem i nabożeństwem Niepokalane Poczęcie Dziewicy, aby starać się o zbawienie bliźnich szczególnie przez oświecenie prostaczków w nauce chrześcijańskiej, oraz aby przez czynne spełnianie miłości bliźniego drogą dobrych uczynków krzepić dusze wiernych zmarłych zatrzymane w ogniu oczyszczającym w czyśćcu.
Kongregacja szeroko rozpowszechniła się w Polsce, skąd wzięła początek, oraz w Portugalii i wszędzie była dobrze zasłużona około wiary. Lecz w wieku XIX w czasie srożącego się prześladowania tak się powoli załamała, że jeden tylko jest teraz zakonnik, który był przełożonym generalnym.
Niektórzy zaś kapłani świeccy ubolewając nad tym, że Instytucja, która w swoim czasie miała swoje uznanie pochwalne, tak całkowicie upada, poświęcili siebie samych, aby dzieło na nowo pobudzić za zgodą i zachętą Najprzewielebniejszych Ordynariuszy Mohylewskiego, Warszawskiego i Sejneńskiego jak również pozostałego Przełożonego Generalnego i według zasad tej świętej Kongregacji dla Spraw Zakonnych próbę szczęśliwie przeszli. Spowodowali zaś to, aby Konstytucje Kongregacji zostały trochę zmienione, aby na przyszłość składane były śluby nie uroczyste, lecz tylko proste po wzięciu pod uwagę okoliczności oraz aby nabożeństwo żałobne, które według pierwotnych Konstytucji należało odmawiać codziennie, zamienione zostało na indywidualne nabożeństwo członków Zgromadzenia dla niesienia ulgi duszom czyśćcowym bez nałożenia jakiegoś określonego obowiązku.
Po przedłożeniu i zreferowaniu tego wszystkiego wraz z poprawionymi Konstytucjami tak jak w niniejszym Dekrecie się przedstawiają, Najświątobliwszemu Panu Naszemu Piusowi Papieżowi Dziesiątemu przez niżej podpisanego Kardynała Przełożonego Świętej Kongregacji dla Spraw Zakonnych na audiencji dnia 15 września 1910, Jego Świątobliwość raczył najmiłościwiej przyzwolić na zatwierdzenie Instytucji tak zmienionej oraz na wyżej wymienione Konstytucje, jak również na pożądaną zmianę nabożeństwa żałobnego, bez naruszenia poza tym Konstytucji Apostolskich i jurysdykcji Ordynariuszy. Przy braku jakichkolwiek przeszkód.
Dan w Rzymie, dnia 28 listopada roku 1910.
Fr.I.C. Card. VIVES, prefekt
DONATUS, Arcybiskup Efez.
Sekretarz
W dekrecie tym jest wyraźnie powiedziane, że „w czasie srożącego się prześladowania” z całego Zakonu „jeden tylko jest teraz zakonnik, który był przełożonym generalnym”.
Widać, że dekret powtarza za pismem o. W. Sękowskiego i za relacjami ks. J. Matulewicza tą nieprawdziwą wersję i czyni akt ten wadliwym w jego istocie, ponieważ ta fałszywa okoliczność była podstawą wydania tego dokumentu. Nieważność tego dekretu wynika z przepisów kan. 104 i 103 § 2 oraz kan. 2360—2363. Podobnie można udowodnić nieważność wspomnianych „zarządzeń wstępnych z dn. 2 sierpnia 1909 r.”
Trzeba tu jednak wyraźnie zaznaczyć, że ustawy te, aczkolwiek nieważne w swej istocie, są jednak obowiązujące do czasu, kiedy przez właściwą władzę tj. Stolicę św. nie zostaną zmienione. Moc obowiązująca tych aktów prawnych nie oznacza jednak — jak to chcą widzieć Księża Marianie i oddane im niektóre urzędy kościelne – aby nie wolno było pokrzywdzonym resztkom Zakonu dopominać się o ich zmianę, skoro mają ku temu słuszne i uzasadnione powody (kan. 1679).
Każdy pisemny akt urzędowy Stolicy Apostolskiej jest zaopatrzony w klauzulę, z której wynika, że zainteresowanym osobom przysługuje prawo wniesienia sprzeciwu albo też spowodowania przeszkody w jego uprawomocnieniu. Jak można było wnosić sprzeciw skoro o tym dekrecie nikt z dawnych zakonników nie wiedział? Czy uważano, że dekretu tego nie ma komu promulgować, ponieważ według relacji ks. J. Matulewicza nikt już z dawnego Zakonu nie żył? Ale o tych zakonnikach, a przynajmniej o o. B. Pielasińskim wiedział dobrze bp K. Ruszkiewicz, sufragan archidiecezji warszawskiej, bo o. Bernard przebywał od kilkudziesięciu lat w pobliskiej Górze Kalwarii tzn. na terenie jego archidiecezji. Tenże biskup przez przeciąg 5-ciu lat nie miał „czasu”, ani „okazji” powiadomić z urzędu tego ojca o zaszłych zmianach w jego zakonie. Nie zapoznał też urzędników Kurii Warszawskiej z tym dekretem, stąd w rocznikach archidiecezjalnych nadal aż do śmierci o. Bernarda (1914) określano go jako przynależnego do zakonu OO. Marianów. Dlaczego pozwolono na taki anachronizm, skoro nowy twór miał być rzekomo prawną kontynuacją dawnego ordo Marianorum? Komu wtedy zabrakło odwagi jasno sprawę postawić?
Wszystko to, co działo się poza plecami dawnych Marianów, miało swoją wymowę: starano się tę „odnowę”, jako fakt dokonany, ukryć przed nimi aż zupełnie wymrą i wtedy nie będzie żadnych sprzeciwów. Ale stało się inaczej. Ponieważ dekret, wprowadzający zmiany, nie został promulgowany, przeto o. B. Pielasiński działał dalej po linii dawnych ustaw zakonnych i korzystając z indultów papieskich przyjął do Zakonu chętnych kandydatów, o czym była już mowa.
St. Pietrzak przy trumnie o. B. Pielasińskiego, Góra Kalwaria 19 IV 1914 r.
Podobnie czynił dalej o. St. Pietrzak. Skoro wspomnianego dekretu grupie o. B. Pielasińskiego nie promulgowano, czego jednak wymagał przepis kan. 8 § 1 dla nadania ważności każdej ustawie, przeto dla tej grupy dawny Zakon istniał nadal.
Pozostaje zatem istotne w omawianym problemie pytanie kto spowodował to nieporozumienie i wywołał tyle zamieszania wokół odradzającego się Zakonu OO. Marianów i kto jest odpowiedzialny za to, co się teraz dzieje? W podsumowaniu trzeba przyznać, że dawny Zakon formalnie nie istnieje, ale stało się to na podstawie wadliwych aktów prawnych.
VI. CHARAKTERYSTYKA OSOBOWOŚCI „ODNOWICIELA”
1. Początki kariery – działalność religijno-społeczna
Ks. Jerzy Matulewicz urodził się 13 kwietnia 1871 r. we wsi Lugine na Litwie. Miejscowość ta znajduje się w pobliżu Mariampola, gdzie – jak już wiemy – znajdował się klasztor OO. Marianów. Rodzicami jego byli wieśniacy litewscy. Szkołę podstawową ukończył w Mariampolu, gimnazjum w Kielcach. Tam też rozpoczął studia seminaryjne. Kontynuował je w Warszawie a ukończył w Akademii Duchownej w Petersburgu. Na dalsze studia wyjechał do Fryburga w Szwajcarii. W 1902 r. uzyskał stopień doktora teologii. Pierwszy pobyt w Szwajcarii był dla niego życiowo trudnym okresem. Zmuszony był jednocześnie leczyć się, pracować i studiować. Po trzech latach pobytu za granicą powraca do swej diecezji w Kielcach, gdzie zostaje profesorem prawa kanonicznego i języka łacińskiego w tamtejszym Seminarium Duchownym. W związku z nękającą go gruźlicą kości przenosi się wkrótce do Warszawy, gdzie szuka skutecznej pomocy lekarskiej. Przyjęły go do siebie zakonnice ze Zgromadzenia Sióstr Posłanniczek Serca Jezusowego. Tu ks. Matulewicz zalecza swą chorobę i wraca do pracy. Rozpoczyna w Warszawie zakrojoną na szeroką skalę działalność społeczną i religijną. Zawiera szereg znajomości. Uchodzi za osobę powszechnie znaną w sferach kościelnych. Jest wybitnym działaczem społecznym. Współpracuje z ks. Marcelim Godlewskim. Studiując w Szwajcarii poznał dobrze zachodnie ośrodki odrodzenia religijnego. Zatem był dobrze przygotowanym do pracy w tej dziedzinie w Kraju. Organizuje Stowarzyszenie pod nazwą „Odrodzenie”, które miało skupiać młode pokolenie inteligentów w Warszawie. Współdziała owocnie z działaczką katolicką Plater-Zyberkówną w środowisku akademickim. Dla głębszego zrozumienia problemów społecznych, nękających głodujące warstwy robotnicze, uczęszcza na wykłady znanego teoretyka socjalisty polskiego, L. Krzywickiego. Jest jednym z pierwszych ideologów prądu społeczno-politycznego pod nazwą „Chrześcijańskiej demokracji”. Dla przeciwwagi marksistowskim związkom robotniczym zawiązuje wespół z ks. Godlewskim w 1905 r. Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich. Dalej wspólnie z ks. H. Przeździeckim, późniejszym biskupem podlaskim, opracowuje zasady prac społecznych na użytek Komisji Społeczno-Religijnej przy Archidiecezji Warszawskiej. Jest także w tym czasie autorem kilku publikacji z zakresu socjologii. W 1907 r. wraca do Petersburga, by objąć katedrę socjologii w tamtejszej Akademii Duchownej. Głosi potrzebę gruntownej reformy apostolatu kościelnego. Propagując nowe formy działalności Kościelnej na polu społecznym wchodzi w konflikt z zachowawczo-integrystycznymi kołami w Kościele. Jest to jednak tylko pozorne nieporozumienie, wynikające z niezrozumienia konieczności poszukiwania skuteczniejszych sposobów ożywienia życia wewnętrznego w kręgach katolickich, szczególnie wśród rosnącego w siłę ruchu robotniczego.
Jak z tej krótkiej charakterystyki osobowości wynika ks. J. Matulewicz obdarzony był niespokojnym duchem organizatora społeczno-religijnego, szukającego wciąż nowego pola do działania, zarówno na religijnej, społecznej czy też później na politycznej płaszczyźnie życia. Był jednostką bardzo ruchliwą, obdarzoną dużymi zdolnościami przy niespożytej sile ducha a przy tym nękała go ciągle odzywająca się gruźlica kości.
2. Czy założyć nowe zgromadzenie zakonne, czy przekształcić istniejący Zakon?
Oprócz omówionych poprzednio zalet, ks. J. Matulewicz posiadał też swoje ludzkie słabości i wady. Pragnął zdziałać naraz za dużo dobrego i to w różnych dziedzinach. Pomimo wrodzonych dążności reformatorskich, nie zawsze brał pod uwagę to, że nie wszystko można w życiu zmieniać. W takich nowatorskich dążeniach trzeba było liczyć się jednak z wolą twórców danych instytucji, a nie gwałcić je wbrew ich woli. Odnosi się to do jego specyficznych tęsknot za życiem zakonnym, dla których w konsekwencji gotów był nie jedno dzieło ludzkie zburzyć. Porwany w wir działalności religijno-społeczno-politycznych „mimo to ciągle rozmyślał o stanie zakonnym”.
Istnieje kilka wersji przyczyn, które skłoniły ks. J. Matulewicza do życia zakonnego. Według jednej wersji ks. J. Matulewicz chciał w ten sposób spłacić Opatrzności dług wdzięczności za uleczenie z choroby, a według innej zawsze marzył o zorganizowaniu stowarzyszenia księży świeckich, którzy by wiedli życie wspólne bez żadnych zewnętrznych oznak przynależności do jakiegoś zgromadzenia zakonnego. Jednak zorganizowanie nowej od podstaw społeczności zakonnej jakoś mu nie wychodziło pomimo wrodzonego talentu organizacyjnego. Wiedział, że w Mariampolu istniał do 1904 r. klasztor Marianów i że żyje jeszcze ostatni z tego domu zakonnego o. W. Sękowski. Postanowił więc przekształcić przy jego biernej pomocy stary i wyniszczony kasatą carską Zakon OO. Marianów w upragnione zgromadzenie księży świeckich.
3 . Tajemniczość w działaniu
W niemalże wszystkich publikacjach księży Marianów wydanych na omawiany temat podkreśla się i uzasadnia konieczność stosowania bardzo wielkiej ostrożności i tajemniczości w działaniu nad „odnową” Zakonu. Powodowany tą „ostrożnością” jedzie ks. J. Matulewicz w 1908 r. „z tajemniczą wizytą do o. W. Sękowskiego w Mariampolu”. Ta sama tajemnicza ostrożność nakazuje mu namówić o. W. Sękowskiego do wystosowania pisma do Rzymu w celu „ratowania” Zakonu przed zagładą. Otoczony „wielką tajemnicą” jedzie do Rzymu po wyrok śmierci na ten Zakon. Tam zastrzega sobie „zachowanie tajemnicy” rzekomo przed władzami carskimi. W atmosferze hermetycznej znowu „tajemnicy” odbywa się uroczystość przyłączenia kandydatów do zakonu w prywatnej kaplicy bpa Ruszkiewicza, dokąd w „wielkiej tajemnicy” przybył o. Sękowski z Litwy. Z tą samą „tajemniczością” ks. Matulewicz wyjeżdża zaraz do Petersburga, a w jakiś czas potem znowu ta mglista „tajemniczość” wiedzie go do Szwajcarii. I wciąż tajemniczość i jeszcze raz tajemniczość! Jaka była przyczyna tej przesadnej tajemniczości? Oficjalnie mówi się, że przed władzami zaborcy. Czy jednak tylko i wyłącznie w obawie przed tymi władzami otaczano mgłą tajemnicy te poczynania? Nam się wydaje, że ta tajemniczość w działaniach była spowodowana obawą nie tyle przed władzami świeckimi co … przed arcybpem Popielem i o. B. Pielasińskim. Stąd ta szybkość w działaniach i ciągła ucieczka ze swoim dziełem przed niepewnością przedwczesnego zdemaskowania owych tajemniczych zabiegów wokół rujnowania dawnego Zakonu. Postarajmy się przyjrzeć bliżej temu kontrowersyjnemu zagadnieniu.
Już poprzednio wspominaliśmy, że po 1905 r. terror carski w stosunku do religii znacznie zmalał i osłabł. Obawa rządu carskiego przed ruchami rewolucyjnymi była teraz znacznie większa niż kiedyś przed zakonami. Rząd starał się szukać sprzymierzeńców w walce z tymi groźnymi ruchami socjalnymi. Wydał dlatego ukaz tolerancyjny, pozwolił niektórym zakonom na otwarcie nowicjatów, zalecał nawet głoszenie misji w celu wpływania na uspokojenie umysłów. Zatem ostrze terroru carskiego zostało skierowane w inną, bardziej niebezpieczną stronę. Z tych względów obawy ks. J. Matulewicza nie były aż tak bardzo uzasadnione. Jeśli jeszcze weźmie się pod uwagę, że zniósł on w Zakonie obowiązkowe modły za zmarłych, a w szczególności za poległych w powstaniach żołnierzy polskich, czego domagał się od o. B. Pielasińskiego generał-gubernator Skał łon, nie było więc większych trudności w zalegalizowaniu swego dzieła. Wydaje się więc, że z Petersburga wyjechał ze swoim zgromadzeniem do Szwajcarii nie tyle w obawie przed władzami świeckimi, ile przed księżmi polskimi z Warszawy, studiującymi na Petersburskiej Akademii Duchownej. Po prostu obawiał się, że ci księża mogliby donieść arcybiskupowi Popielowi o jego pokryjomej robocie.
Ks. J. Matulewicz musiał zapewne odetchnąć z ulgą, kiedy dowiedział się, że arcybp Popiel a następnie o. B. Pielasiński zmarli.
Apologeci ze Zgromadzenia Księży Marianów chcąc ukryć istotne powody obaw nurtujących wtedy ich założyciela, przypisują ich przyczyny okolicznościom politycznym.
4. Charakterystyka osobowości ks. J. Matulewicza jako działacza
Dalszym i zgoła innym rysem osobowości „odnowiciela” był jakiś dziwny brak stałości i pewna chwiejność w swych poczynaniach. Działał na różnych polach i na coraz to innych odcinkach życia społecznego. Dużo spraw zaczynał, ale nie wszystko zakończył szczęśliwie. W swych dążeniach chciał bardzo wiele zdziałać. Organizował stowarzyszenie akademickie „Odrodzenie”, mające za zadanie dokonanie odrodzenia religijnego w środowiskach akademickich, ale nie dokończył tego dzieła. Przerzucił się potem na niwę prac społecznych, gdyż uważał, że w parze z odrodzeniem religijnym powinny pójść dążenia ku polepszeniu warunków materialno-bytowych ogółu społeczeństwa. Dużo zdziałał na tym polu wespół z innymi socjologami tej epoki, ale kiedy ruch inspirowanej przez niego chrześcijańskiej demokracji zaczął nabierać rozmachu przeciął dalszą swą działalność w tej organizacji i wrócił do Petersburga w celu objęcia katedry socjologii w Akademii Duchownej. Teraz przyszła kolej najpierw na chęć zorganizowania jakiejś społeczności zakonnej ugruntowanej od podstaw, a potem uznał, że najłatwiej będzie przekształcić już istniejący Zakon Marianów w takie zgromadzenie zakonne, które wolne od „ciężarów i surowości” życia kontemplacyjnego, mogłoby być bardziej „operatywne” w pracy duszpasterskiej na zewnątrz. A pole działania widział ogromne w rodzącej się do niepodległego, samodzielnego bytu swojej ojczyźnie — Litwie. Dał temu wyraz w późniejszej działalności zakonotwórczej i organizacyjnej w kraju i wśród swoich w Stanach Zjednoczonych.
Po wyniesieniu na stolicę biskupią w Wilnie nie okazał wielkiej roztropności. Jego zbyt szybka chęć działania została równie szybko ukierunkowana dość jednoznacznie. Okazał się więcej niż patriotą litewskim. Patronował szowinistycznym kołom na Litwie Kowieńskiej, a na terenie swojej diecezji raczej zaognił stosunki konfliktowe polsko-litewskie. Swymi poczynaniami doprowadził diecezję do stanu dalekiego od spokoju i stabilizacji, popadł w konflikt z rządem polskim i musiał w 1925 roku ustąpić z Wilna. Ostatnie dwa lata życia poświęcił intensywnej pracy nad rozwojem swoich zgromadzeń (w niniejszym opracowaniu interesują nas tylko marianie) i jako Wizytator apostolski na Litwę położył duże zasługi dla swojej ojczyzny. Pozostała tylko wciąż otwarta i niezałatwiona do końca sprawa związana z tzw. odnową marianów.
5. Próba naprawy wyrządzonej krzywdy
Ksiądz J. Matulewicz podobno nie zdawał sobie początkowo sprawy z tego, co zrobił z zakonem OO. Marianów. Działał szybko i widział efekty swojej pracy i zaangażowania raczej coraz bardziej społeczno-narodowo-politycznego niż tylko wyłącznie kościelno-religijnego. Gdy zorientował się, że sprawa takiej totalnej „reformy” dawnego zakonu nie jest zupełnie czysta, szukał zapewne możliwości odwrotu, ale już nie był sam. Współpracowali z nim z wielkim oddaniem ks. Fr. Buczys, ks. J. Totoraitis i inni współbracia Litwini, którzy po nim przejęli ster rządów w nowo powstałym zgromadzeniu i sprawowali je do 1951 r. Zresztą z perspektywy 70 lat sprawa wygląda inaczej niż wówczas z krótkiego dystansu. Niemniej warto spojrzeć, jak to zagadnienie odpowiedzialności już wtedy wyglądało. W tym celu przytoczymy oświadczenie Józefa Muniaka z Krakowa, który już w okresie międzywojennym stykał się z problematyką dawnego zakonu marianów i był przyjacielem ks. prałata Mateusza Jeża, znanego działacza katolickiego sprzed wojny. Przytaczamy dosłowny tekst tego oświadczenia, który nie wymaga komentarzy.
OŚWIADCZENIE
Ja, Józef Muniak, lat 53, zamieszkały w Krakowie przy ulicy Feliksa Kona 7 m 2 — zgodnie z sumieniem i prawdą, pod sankcją przysięgi zeznaję co następuje:
W r. 1934 poznałem osobiście mieszkającego w Domu Księży Emerytów przy ul. św. Marka w Krakowie ks. prałata Mateusza Jeża, z którym zaprzyjaźniłem się i bywałem często u niego do czasu wybuchu drugiej wojny światowej, a po moim powrocie z obozu internowanych na Węgrzech i obozu jeńców pod Wiedniem, latem roku 1940 – odwiedzałem go kilkakrotnie do chwili jego śmierci (11 II 1942) na Białym Prądniku w Krakowie, u Sióstr Duszy Chrystusowej. Ks. prałat Mateusz Jeż jako pisarz, poeta, bibliofil, a zarazem znawca zamiłowany wielu problemów i zagadnień z dziedziny historii Kościoła i zakonów katolickich w Polsce, rozmawiał ze mną często na te tematy, bowiem one interesowały mnie szczególnie. Omawiając dzieje Kościoła w Polsce w okresie porozbiorowym, zwłaszcza kasatę zakonów w zaborze rosyjskim, zeszliśmy wielokrotnie na temat polskiego Zakonu Marianów, założonego w r. 1673 przez Czcig. Sługę Bożego O. Stanisława Papczyńskiego. Ks. prałat M. Jeż często nawiązywał do tego tematu, gdyż jako gorliwy zwolennik abstynencji zwalczający pijaństwo – bolał bardzo, że upadł i nie może się podźwignąć ten zakon, który między innymi miał za zadanie zwalczanie pijaństwa i szerzenie trzeźwości wśród polskiego ludu, i z zadania tego wywiązywał się chwalebnie przez cały ciąg swego istnienia.
Mówiliśmy o bezprawnej kasacie carskiej tego Zakonu i o jego wymierających po tejże kasacie rozproszonych z konieczności zakonnikach, którzy pod wodzą żyjącego w Górze Kalwarii o. Bernarda od Krzyża Pielasińskicgo jako generała Zakonu, dążyli wszystkimi siłami do podźwignięcia się Zakonu i uchronienia go od ostatecznej zagłady. Ks. prałat Mateusz Jeż znał bardzo dokładnie wszystkie szczegóły tego problemu, wiedział, że przez O. Bernarda i żyjących wówczas innych ojców tego Zakonu była całkowicie przygotowana akcja odrodzeniowa, a czekano tylko na sprzyjające warunki polityczne. Ks. prałat był zdania, że Zakon Marianów byłby się odrodził w dawnej formie, gdyby nie pojawił się na arenie ks. Jerzy Matulewicz, późniejszy biskup wileński, który w r. 1909 pojechał do Rzymu i w św. Kongregacji do Spraw Zakonnych złożył nieprawdziwą relację o stanie Zakonu Marianów. Mianowicie oświadczył tam, że wszyscy członkowie tego Zakonu „poumierali”, a żyje tylko jeden staruszek, o. Wincenty Sękowski, który prosi Stolicę św. o zezwolenie na przyjęcie do Zakonu bez nowicjatu, jego (ks. Matulewicza), który zobowiązuje się odrodzić Zakon Marianów. Na tej podstawie uzyskał ks. Matulewicz zezwolenie na przyjęcie go do Zakonu, ale nie odrodził dawnego Zakonu Marianów, tylko założył całkiem inne zgromadzenie (nie zakon) pod starą nazwą, a tym samym przekreślił tenże ks. Matulewicz prawo do istnienia reszcie dawnego Zakonu, która istotnie żyła jeszcze w tym czasie.
Ks. prałat Mateusz Jeż podkreślał kilkakrotnie, że będąc na Podlasiu (…) w swych podróżach spotkał się kilkakroć z ks. Matulewiczem, wówczas już biskupem wileńskim, przy czym czynił ks. prałat wyrzuty ks. biskupowi, że przez założenie Zgromadzenia Księży Marianów Czarnych i nieprawdziwą relację złożoną w Rzymie – zniszczył dzieło o. Papczyńskiego, Zakon Marianów, który tak chwalebnie służył Bogu, Kościołowi i Polsce i skutecznie walczył z plagą narodu – pijaństwem. Ks. biskup Matulewicz tłumaczył się zmieszany, że w pierwszej chwili nie zdawał sobie sprawy z wynikłych skutków, aż dopiero później, po fakcie, zrozumiał, że uczynił źle, bo rzeczywiście jego Zgromadzenie nie jest Zakonem o. Papczyńskiego, ale zupełnie inną rodziną zakonną. Przyznawał się, iż czuje wyrzuty sumienia z tego powodu, oraz że będzie się starał przy najbliższej bytności w Rzymie krzywdę wyrządzoną białemu zakonowi o. Papczyńskiego wynagrodzić i naprawić. Niestety, nie uczynił tego jednak, bo jak doszły później wieści ks. prałata Jeża, ks. biskup Matulewicz gdy na kapitule zakonnej Marianów Czarnych poruszył tę sprawę – został zakrzyczany przez członków kapituły, którzy sprzeciwili się poruszaniu tej sprawy. Ks. prałat Jeż odniósł wrażenie, że wypowiedzi ks. bisk. Matulewicza były szczere, i że byłby on na pewno wynagrodził krzywdę resztkom prawdziwego zakonu o. Papczyńskiego i ich prawnym następcom, gdyby nie przedwczesna i niespodziewana śmierć, jaka nastąpiła w r. 1927.
Ks. prałat Mateusz Jeż znał osobiście o. Bernarda od Krzyża Pielasińskiego w Górze Kalwarii, zmarłego w opinii świątobliwości 19 IV 1914 roku; twierdził, że o. Bernard był spowiednikiem arcybiskupa warszawskiego Wincentego Chościak – Popiela i cieszył się wielkim jego uznaniem i opieką, jak również szacunkiem ogółu duchowieństwa archidiecezji warszawskiej. Mówił i o tym, że to należy zawdzięczać arcybiskupowi Popielowi, iż w celu ratowania Zakonu Marianów, nakazał on zwołać kapitułę zakonną z rozproszonych ojców, która się odbyła w Górze Kalwarii, pewnej nocy w r. 1898 pod przewodnictwem tegoż arcybiskupa, na której wybrano generałem Zakonu o. Bernarda od Krzyża Pielasińskiego.
Powyżej podane fakty i okoliczności zeznałem w imię prawdy i sprawiedliwości z pełną odpowiedzialnością przed Bogiem i własnym sumieniem, jako że słyszałem je z ust tak poważnego kapłana, jakim był ks. prałat Mateusz Jeż, prałat domowy Jego Świątobliwości, kanonik honorowy kapituły podlaskiej i radca hon. Kuni Metropolitalnej krakowskiej. Jako katolik wierzący, przywiązuję do powyższego mojego zeznania taką wagę, jak zeznanie pod uroczystą przysięgą.
Kraków, dnia 21 sierpnia 1961 roku.
/-I Józef Muniak
Z treści oświadczenia p. Muniaka jak i z poprzednio przytoczonych wypowiedzi o. Bogumiła Janowicza wynika, że bp Matulewicz chciał naprawić swój błąd, ale jego współtowarzysze ze Zgromadzenia Księży Marianów na to się nie zgodzili. Powodowany chwiejnością charakteru nie miał dosyć silnej woli, aby przeprowadzić swój postulat naprawy zła. Ta okoliczność zmniejsza jego winę choć nie wyrównuje jej całkowicie.
6. Śmierć „odnowiciela
Na stolicy biskupiej w Wilnie urzęduje bp J. Matulewicz do 1925 r. W tym to roku został zawarty Konkordat pomiędzy Państwem Polskim a Stolicą św. Jednym z warunków postawionych przez rząd polski było usunięcie bpa Matulewicza z Wilna. Biskup ten, powodowany hipernacjonalizmem litewskim, naraził się nadmiernie władzom polskim. Sprawa ta nie należy jednak do zagadnień omawianych w niniejszej pracy dlatego ją pomijamy. Stolica Apostolska mianuje go niebawem wizytatorem apostolskim na Litwę Kowieńską i podnosi go zarazem do godności arcybiskupa. W r. 1926 arcybp Matulewicz bierze udział w Kongresie Eucharystycznym w Chicago. Tam niepotrzebnie dał upust swej niechęci do Polski w swym przemówieniu, co wywołało jak najgorsze wrażenie w Polsce międzywojennej.
Po powrocie do swej ojczyzny nagle zachorował na zapalenie wyrostka robaczkowego i po nieudanej operacji zmarł niespodziewanie i przedwcześnie, w dniu 27 stycznia 1927 r. będąc w sile wieku (56 lat).
Na Litwie uczczono go manifestacyjnym pogrzebem jako bohatera narodowego. Niewątpliwie był nim w całym tego słowa znaczeniu.
7. Nieugięta postawa synów duchowych „odnowiciela” wobec zwolenników dawnego Zakonu
Właściwy spór o sukcesję po dawnym Zakonie i rywalizacja Księży Marianów z Marianami dawnej obserwy rozgorzała dopiero po śmierci arcybpa Matulewicza. Przybierała często formę przyziemnych i nie licujących z godnością kapłańską oskarżeń i wyzwisk pod adresem tych, którzy ośmielali dopominać się o swoje prawa. Wiele o tych niewybrednych oskarżeniach znaleźć można w aktach Podlaskiej Kurii Diecezjalnej. Ślady tej gorszącej walki widzimy też na łamach przedwojennej prasy religijnej i świeckiej. Władze Kościelne w Polsce nieświadome były wypadków z 1909 r. i w ogóle nie orientowały się w tym sporze i nie znały jego istoty. Podstawą ich działania były tylko zarządzenia i dekrety Stolicy św. ale w jakich okolicznościach zostały one wydane, to nikogo nie obchodziło. Nie znalazł się dotąd nikt kompetentny, który by tę sprawę z urzędu przedstawił Ojcu św. Wtedy oczywiście sprawa by się wyjaśniła i polski Zakon odzyskałby swe dawne prawa. Ale Księża Marianie robią wszystko, by do tego nie doszło. Resztki dawnego Zakonu nie mają znikąd żadnego poparcia i dotąd nie znalazły możnego protektora, który by wyprowadził tę sprawę na czyste wody. Pozostały jedynie protesty o charakterze lokalnym. Kapłanom – zwolennikom dawnego Zakonu nakazem posłuszeństwa i nawet sankcjami administracyjnymi odebrano możność ubiegania się o reaktywowanie dzieła o. Papczyńskiego. W tej sytuacji inicjatywę przejęli ludzie świeccy.
Świeckich zwolenników dawnego Zakonu nie udało się zdecydowanie pokonać w polemice ani też „uciszyć” ich nawet przy pomocy ateistycznych władz świeckich. Już trzecie pokolenie walczy o tę sprawę i jakoś nie widać ani zmęczenia ani załamania. Wołania o sprawiedliwość nie tylko że nie słabną lecz potężnieją. To daje wiele do myślenia tym wszystkim, którzy są naprawdę ludźmi wierzącymi. Gdyby ta sprawa była tylko sprawą czysto ludzkich ambicji nie wytrzymałaby zapewne 70-cioletniej ciężkiej próby. Tylko sprawy Boże przechodzą tak trudną drogę! Wszelka łatwizna i szybki rozwój nie noszą na sobie znamion błogosławieństwa Bożego.
Księża Marianie nie tylko że odbiegli daleko od realizowania w życiu przykazania miłości bliźniego, ale nie respektują też przepisów prawa kanonicznego. Przepis kan. 1681 mówi, że „kto dokonał aktu nieważnego, jest zobowiązany do wynagrodzenia szkód chociażby działał w dobrej wierze”.
Jak długo jeszcze nie będzie odważnych, by prawdzie spojrzeć w oczy i błąd naprawić? Chodzi przecież o naturalne, niezbywalne prawo do życia tego, co już się poczęło i narodzone rozwijało się. Chodzi o prawo do dziedziczenia spuścizny po przodkach. Chodzi o przywrócenie do życia ścisłego zakonu mariańskiego z regułą Dziesięciu Cnót NMP, z głównym zadaniem ex professo niesienia pomocy duszom czyśćcowym, z jego działalnością protrzeźwościową odczytaną dziś i adresowaną do dzisiejszego człowieka.
Czy w Kościele posoborowym nie ma miejsca obok Zgromadzenia Księży Marianów dla Zakonu Ojców Marianów?
VII. JAK W RZECZYWISTOŚCI PRZEDSTAWIA SIĘ TZW. „ODNOWA ZAKONU”
1. Plenipotencje o. W. Sękowskiego i ich zakres
Ks. J. Matulewicz. wyjeżdżając do Rzymu w sprawie „ratowania” Zakonu OO. Marianów przed wymarciem, został wyposażony w następujące odręczne pismo o. W. Sękowskiego zawierające m.in. pełnomocnictwo w zakresie „wszystkich spraw związanych z dalszym istnieniem kongregacji mariańskiej”.
Ojcze Święty
Kiedy rząd imperium rosyjskiego zniósł zakony i zgromadzenia, wówczas i Kongregacja nasza Księży Marianów pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia od r. 1864 nie mogła i teraz nie może przyjmować nowicjuszy. Wskutek tego spośród księży zakonnych Marianów pozostałem ja sam, jako niedobitek, wszyscy inni poumierali. Ponieważ jestem w podeszłym wieku i słabego zdrowia, więc łatwo może się stać, że po mojej śmierci kongregacja mariańska zupełnie wygaśnie, jeżeli św. Stolica Apostolska nadzwyczajnym sposobem temu nie zaradzi.
Wobec tego, że wszyscy uważają, iż koniecznym jest w naszym kraju utrzymanie ognisk życia zakonnego, że znajdują się mężowie, którzy od dawna pragną wstąpić do naszej kongregacji, rozważywszy wszystko dobrze, postanowiliśmy, że skoro wobec zakazu rządu inaczej być nie może, w takim razie będziemy wieść życie w kongregacji mariańskiej bez zewnętrznych oznak swego powołania, o ile to można i o ile na to pozwoli św. Stolica Apostolska.
Wobec tego najpokorniej proszę, ażeby św. Stolica Apostolska, uwzględniając trudne warunki dla życia zakonnego istniejące w naszym kraju, raczyła nas dyspensować od naszego habitu zakonnego.
Podobnież najpokorniej proszę o to. abym mógł od razu dopuścić do pierwszych ślubów rocznych ks. Jerzego Matulewicza, dra św. teologii, profesora teologu dogmatycznej i socjologii w Akademii Kościelnej, jako męża wielkiej gorliwości, życia wzorowego i oddanego Stolicy św., który też zna przepisy prawne i zasady życia zakonnego zarówno ogólne jak i szczególnie regułę i konstytucje księży marianów, bo w przeciwnym wypadku, w razie mojej śmierci, zgromadzenie zupełnie by wygasło; nadto proszę, by inni kandydaci., mogli rozpocząć nowicjat lub próbę.
Temuż ks. Jerzemu Matuiewiczowi, ja przełożony generalny kongregacji ks.ks. marianów, o ile w mojej mocy jest, udzielam w Panu wszelkiej władzy i deleguję go do występowania w moim imieniu wobec św. Stolicy Apostolskiej, we wszystkich sprawach, związanych z dalszym istnieniem naszej kongregacji.
Z powinnym przywiązaniem, czcią i uległością dla św. Stolicy Apostolskiej najpokorniejszy sługa w Chrystusie przełożony generalny Kongregacji Księży Marianów, św. Teologu kandydat, proboszcz w Mariampolu.
Mariampol, dn. 20 lipca 1909 r.
/-/ ks. Wincenty Sękowski
Z treści powyższego pisma nie wynika, aby o. W. Sękowski prosił o jakiekolwiek trwałe i istotne zmiany w Zakonie. Z uwagi na zakaz władz carskich, zabraniających noszenie białych habitów mariańskich, prosił o dyspensę od „zewnętrznych oznak swego powołania“. Dyspensa ta w intencji proszącego była tylko czasowa, na okres trwania przyczyny: trudne warunki dla życia zakonnego… w kraju, skoro wobec zakazu rządu inaczej być nie może. To znaczy, że gdy nadejdzie moment i można będzie już inaczej — dyspensa nie będzie wtedy potrzebna.
Pełnomocnictwo o. W. Sękowskiego udzielone w tym piśmie ks. J. Matulewiczowi nie upoważniało go do składania próśb o zmiany w Zakonie, lecz upoważniało go do występowania we wszystkich sprawach związanych z dalszym istnieniem naszej kongregacji.
Ściśle rzecz biorąc ks. J. Matulewicz był upoważniony jedynie do:
1. uzyskania dyspensy od noszenia habitu mariańskiego,
2. wyjednania zgody na dopuszczenie go do rocznych ślubów zakonnych.
3. uproszenia pozwolenia na rozpoczęcie nowicjatu przez innych kandydatów do Zakonu,
4. wniesienia o przyznanie innych, nie wymienionych w piśmie o. W. Sękowskiego, łask i indultów niezbędnych do dalszego potajemnego istnienia Zakonu.
5. W. Sękowski, jako stary zakonnik mariański, znał dobrze testament o. St. Papczyńskiego i dlatego nie prosił o żadne trwałe zmiany, które by nie były podyktowane koniecznością i potrzebą chwili.
2. Prośba ks. J. Matulewicza jako „uzupełnienie” pisma o. W. Sękowskiego
Zakres proponowanych przez o. W. Sękowskiego przejściowych zmian w Zakonie widocznie nie zadowalał ks. J. Matulewicza i dlatego wniósł od siebie w swej prośbie o dalsze zmiany w ustawach zakonnych a mianowicie:
I. „…Wobec tego kongregacja mariańska najpokorniej prosi, aby i jej wolno było istnieć, nie zdradzając wobec rządu, o ile możliwe, żadnymi oznakami zewnętrznymi swego powołania zakonnego.
II. „Następnie ze względu na trudności, jakie odczuwa życie religijne w naszych krajach, jak też na warunki i prace, jakich należy się podjąć, jak niemniej na zmienione stosunki – konieczne jest zrobienie pewnych zmian w konstytucjach zgromadzenia mariańskiego…
„Wobec tego pokornie prosimy:
1) Aby św. Stolica Apostolska raczyła dyspensować nas od noszenia habitu zakonnego,
2) aby zamiast uroczystych wolno było składać trzy śluby proste ubóstwa, czystości i posłuszeństwa, przez pierwsze sześć lat roczne, a następnie wieczyste;
3) aby konstytucje zgromadzenia mariańskiego, o ile to można, były dostosowane i zmienione według norm wydanych w 1901 r. przez św. Kongregację Zakonników.
III. „… Najpokorniej więc proszę św. Stolicę Apostolską:
1) aby mnie, ks. Jerzemu Matulewiczowi, który już od wielu lat czuję powołanie do stanu zakonnego i życie kapłańskie w miarę możności już od dawna usiłowałem dostosować do przepisów zakonnych i same przepisy i prawa życia zakonnego tak ogólne, jak i szczególne kongregacji marianów, jak wydaje mi się w Panu, należycie poznałem, wolno było, nie zważając na żadne… przeszkody, złożyć zaraz śluby roczne w tymże zgromadzeniu mariańskim;
2) aby ks. Franciszek Buczys, dr. św. T. profesor Akademii Katolickiej w Petersburgu, który podobnież od kilku lat czuje powołanie zakonne, mógł zaraz rozpocząć nowicjat…
3) aby pozwolono innym kapłanom lub laikom, pragnącym wstąpić do zgromadzenia mariańskiego, rozpocząć próbę;
4)aby wolno było za zgodą biskupa miejscowego otworzyć dom na razie nowicjatu w Petersburgu”. (S. Sydry, dz. cyt., s. 290).
Dlaczego ks. J. Matulewicz wniósł jeszcze dodatkowo swoją prośbę? Czemu treści obu tych pism nie połączono w jedną petycję z podpisem o. W. Sękowskiego? Odpowiedź na te pytania nie jest trudna. Na to, o co prosił ks. J. Matulewicz, nigdy by się nie zgodził o. W. Sękowski, ponieważ postulaty ks. J. Matulewicza godziły w podstawowe założenia Zakonu, o nienaruszalność których tak zdecydowanie zabiegał Założyciel
3. Propozycje ks. J. Matulewicza przedstawione Stolicy Św.
Przyjrzyjmy się zatem proponowanym zmianom w konstytucjach zakonnych. Najbardziej kontrowersyjnym jest pkt. 2 ust. II tej jego petycji. Zawiera prośbę o zgodę na zamianę ślubów uroczystych na śluby proste czyli wnosi o przekształcenie Zakonu w zgromadzenie zakonne. Natomiast pkt 3 tego ustępu zawiera zakamuflowaną na razie zapowiedź dalszych zmian. O jakie to zmiany tu chodziło dowiadujemy się z dekretu N. 3544-09 Stolicy Apostolskiej z dn. 28.11.1910 r., którego pełny tekst przytoczyliśmy poprzednio. Przerażał ks. J. Matulewicza ciężki obowiązek nałożony przez o. St. Papczyńskiego na swych synów duchownych polegający na zanoszeniu do Boga codziennych modłów i w dzień i w nocy wraz z ekspiacjami i innymi pokutnymi praktykami za dusze w czyśćcu cierpiące. Ks. J. Matulewicz nie chciał żyć w tak ostrym i tak pokutniczym Zakonie. Wołał nowocześniejsze stowarzyszenie, w którym żyłoby się lżej i wygodniej, a los dusz czyśćcowych mniej go interesował. Nic nie stało mu na przeszkodzie, aby takie nowe zgromadzenie zorganizować bez formalnego likwidowania starego Zakonu, do czego zresztą nie miał żadnego upoważnienia.
Powstaje zatem pytanie: Kto go do wniesienia o takie zmiany upoważnił? W plenipotencjach o. W. Sękowskiego nie ma takiego upoważnienia. Jest tam mowa tylko o „delegowaniu go do występowania” w jego „imieniu wobec św. Stolicy Apostolskiej, we wszystkich sprawach związanych z dalszym istnieniem” mariańskiej kongregacji. W związku z tak sformułowanym upoważnieniem powstaje istotne pytanie: Czy zmiana ślubów uroczystych na proste oraz zniesienie nałożonego przez Założyciela rygoru odprawiania nabożeństw za zmarłych było warunkiem, od którego miało zależeć dalsze istnienie Zakonu? Prośba o dyspensy od noszenia białego habitu i od odbywania normalnego nowicjatu jest zrozumiała. Potrzeba tych indultów była wówczas konieczna i niezbędna dla przetrwania ciężkich warunków dla Zakonu, ale zmiana jego struktury wewnętrznej była i jest dotąd niczym nie uzasadniona.
Normy dla zakonów i zgromadzeń wydane przez Stolicę Apostolską w 1901 r., które ujednoliciły przepisy prawne w zakresie ogólnym, nie nakazywały ani przekształcenia zakonów w zgromadzenia ani też nie znosiły nabożeństw właściwych danym stowarzyszeniom zakonnym. Nie było więc i w tym względzie żadnej potrzeby znoszenia ustaw o. St. Papczyńskiego.
4. W co przerodziła się zapowiedź „pewnych zmian” w konstytucjach mariańskich?
Przypatrzmy się teraz dalszemu rozwojowi wypadków. Na podstawie wspomnianego dekretu papieskiego organizuje ks. J. Matulewicz swoje zgromadzenie najpierw po kryjomu, a potem po śmierci arcybpa Popiela i o. B. Pielasińskiego, w sposób jawny. Nie uważał jednak za stosowne nawiązać kontaktu z grupą o. B. Pielasińskiego. Spotkał się wprawdzie w 1914 r. ze St. Pietrzakiem ale tylko w sprawie wydania mu dokumentów zakonnych. Los grupy Pietrzaka po prostu go nie interesował i uważał ich za zupełnie wydziedziczonych z wszystkich praw po dawnym Zakonie.
Dalsze lata poświęca ks. J. Matulewicz pracy nad rozkrzewianiem swego Zgromadzenia. Opracowuje jednocześnie projekt nowych konstytucji, które ukończy tuż przed swą śmiercią. Konstytucje te odbiegają zupełnie od dawnych ustaw zakonnych. Szczegółowa analiza różnic obu dokumentów wykracza poza nasz temat. Przytoczymy tylko dekret papieski N 7497-29 z dn. 27.01.1930 r. aby mieć ogólny pogląd, jak wiele nastąpiło zmian w stosunku do dawnych norm.
Tłumaczenie z tekstu łacińskiego:
DEKRET
(N. 7497-29)
Jego świątobliwość z Bożej Opatrzności Papież Pius XI na audiencji udzielonej niżej podpisanemu Sekretarzowi tej Świętej Kongregacji do Spraw Zakonnych w dniu 27 stycznia 1930 r. raczył łaskawie aprobować i potwierdzić Konstytucje Zgromadzenia Kleryków Regularnych pod tytułem Niepokalanego Poczęcia NMP czyli Marianów, już pierwej aprobowane przez sp. Papieża Piusa X przez Dekret tejże Świętej Kongregacji w dniu 28 listopada 1910 r. teraz zaś dostosowane do Kodeksu Prawa Kanonicznego, : wprowadzonymi bardzo wielu zmianami i dodatkami [podkreślenie autora! na prośbę Kapituły Generalnej powyższego Zgromadzenia, a przez tę Świętą Kongregację przejrzane, jak się zawierają w tym egzemplarzu, którego autograf przechowuje się w Archiwum świętej Kongregacji, jak opiewa forma i brzmienie obecnego Dekretu aprobuje i potwierdza: z zachowaniem zawsze autorytetu Ordynariuszów miejscowych, zgodnie z Świętymi Kanonami i Konstytucjami Apostolskimi Bez względu na jakiekolwiek inne rozporządzenia.
Dan w Rzymie, z Sekretariatu Świętej Kongregacji przełożonej Sprawom Zakonnym, dnia, miesiąca i roku jak wyżej.
Aleksy Henryk Maria Kard. Lepicier O.S.M.
Prefekt
Winc. La Puma
Sekretarz
Konsekwencją systematycznie dokonywanych zmian w ciągu pierwszych 2O-stu lat jest dzisiejsze Zgromadzenie Księży Marianów, które – jak na wstępie tej pracy zaznaczono — nie ma, oprócz nazwy, nic wspólnego z dawnym Zakonem OO. Marianów.
Ks. Jerzy Matulewicz
VIII. PRZEBUDOWA ZAKONU W ZGROMADZENIE I ZNIEKSZTAŁCENIE JEGO PIERWOTNEGO ZADANIA
1. Testament Założyciela – Przestroga przed dokonywaniem zmian w Zakonie
Najważniejszym dokumentem uwyraźniającym przedmiot sporu zakonnego jest testament Założyciela Zakonu. Szczególnie doniosłe są słowa wyjęte z końcowej części tego dokumentu, które przytaczamy w tłumaczeniu za: S. Sydry, dz. cyt. s. 249-250
„…Jeżeli zaś O. Joachim znowu będzie za zgodą ojców zatwierdzony jako koadiutor, wtedy zobowiązuję go pod groźbą strasznego Sądu Bożego, aby mi nic nie zmieniał w habicie, nazwie Zakonu, ani ważył się znosić niegodnie cześć Najbłogosławieńszej Panny Maryi, którą Jej Majestatowi, choć niegodni, oddajemy przez odmawianie mariańskiego oficium o Niepokalanym Poczęciu i całego Różańca”.
„To samo dotyczy wprowadzenia używania gorzałki Niech wie, że jemu i wszystkim jest to zakazane, ponieważ ten napój dla tajemnego zmiłowania Bożego jest obcy naszemu zgromadzeniu”.
(…) Ale gdyby chcieli wprowadzić coś nowego niech z pomocą Boga i nuncjatury sprzeciwią się temu kapłani, a gdyby kto nie chciał, niech nie będzie uznawany za syna mego, ani za wiernego sługę Najśw. Panny Bogarodzicy jak wyżej”. (…)
Chociaż ledwie mogę podpisać ręką ciężko chorą, ale umysłem jak najzdrowszym i przez Boga opanowanym.
Stanisław od Jezusa i Maryi
Zakonu Niepokalanego Poczęcia niegodny prepozyt
Słowa testamentu są jasne i nie wymagają komentarza.
Także w pierwszej części swego testamentu o. St. Papczyński przestrzega swego następcę o. Joachima od św. Anny Kozłowskiego przed zmianami w Zakonie i „zobowiązuje jego sumienie pod groźbą ścisłego sądu Bożego, do jak najściślejszego zachowania przepisów zakonnych od Boga zaszczepionych” (Sydry, s. 248).
Po ponad dwóch wiekach istnienia Zakonu znaleźli się jednak tacy, którzy nie uszanowali woli sługi Bożego. Byli to ludzie spoza Zakonu, którzy przez swą akcję niezgodną z intencją Założyciela, wyrażoną w testamencie, nie mogą uchodzić za Jego synów duchowych.. Sprawa jest zatem jasna. Dzieło ks. J. Matulewicza nie jest żadną kontynuacją zakonu mariańskiego, nie idzie po linii jego myśli, powstało wbrew woli Założyciela. Tę prawdę muszą w końcu Księża Marianie dobrze zrozumieć!
Jest faktem, że Stolica św. aktem prawnym z 1928 r. uznała Zgromadzenie Księży Marianów za prawnego spadkobiercę i kontynuatora dawnego Zakonu. Ale św. Kongregacja do Spraw Zakonnych wydając ten dekret bazowała na przytoczonym już poprzednio dekrecie z 1910 r., bo wspomina o Instytucie Marianów, „który prawie całkowicie wygasł z powodu ówczesnych niegodziwych warunków”. Wiadomo jednak, że żyło wtedy przynajmniej kilkoro marianów. Posiadamy urzędowe akty zgonu pięciu dawnych ojców, którzy w omawianych latach jeszcze żyli i pracowali. Józef Muniak, znakomity znawca kwestii mariańskiej twierdzi, że żyło wtedy około dwudziestu ojców i braci zakonnych, a ks. dr Alfons Schletz, redaktor „Naszej Przeszłości” ma udokumentowanie dla czternastu dawnych marianów, którzy zmarli po r. 1910.
Jesteśmy przekonani, że skoro Stolica Apostolska uzna prawdę o wypadkach z lat 1909-10, dokona rewizji wydanych akt prawnych i pozwoli, by dawny Zakon mógł kontynuować legalnie swoją działalność.
2. Jakie istotne zmiany wprowadził ks. J. Matulewicz do ustaw zakonnych?
W poprzednim rozdziale przytoczyliśmy obszerne fragmenty testamentu o. St. Papczyńskiego, z których wynikało, że Założyciel OO. Marianów bardzo surowo zakazywał dokonywania jakichkolwiek zmian w swoim Zakonie.
Nie pretendując do wyczerpujących analiz zwracamy uwagę na niektóre tylko ważniejsze różnice między Zakonem o. Papczyńskiego a Zgromadzeniem ks. Matulewicza.
– Zakon o. Papczyńskiego prócz konstytucji zachowywał jeszcze regułę Dziesięciu Cnót NMP. Zgromadzenie Ks.Ks. Marianów odrzuciło regułę i gruntownie zmieniło dawne konstytucje.
– W zakonie OO. Marianów jako zakonie ścisłym obowiązywały śluby uroczyste, a zgromadzenie Ks.Ks. Marianów ma śluby proste.
– W dawnym zakonie obowiązywał habit biały, a członkowie nowego zgromadzenia noszą czarne sutanny.
– OO. Marianie żyli w ścisłej klauzurze, u Księży Marianów przepisy w tym względzie są dużo łagodniejsze (zob. Constitutiones, 1930, nn 296-304).
– Zakon mariański był zakonem surowym i pokutniczym, a zgromadzenie Księży Marianów nie wychodzi poza przepisy postu i wstrzemięźliwości, określone dla wszystkich wiernych (Constitutiones, n. 271).
– Dawni Ojcowie Marianie odprawiali o północy jutrznię za dusze czyśćcowe, a Księża Marianie uchylili ten obowiązek.
– Marianie dawnej obserwy odmawiali ustawowo codziennie trzy oficja: kapłańskie, de Beata i defunctorum, a Księży Marianów obowiązuje tylko oficjum kapłańskie.
– Zakonnicy mariańscy czynili heroiczne ekspiacje za dusze w czyśćcu cierpiące w formie różnych umartwień, a nadto codziennie odmawiali oficjum pro defunctis i trzy części różańca. Księżom Marianom są obce te praktyki. Ich konstytucje nakazują tylko, by każdy dom zakonny raz w roku jedną Mszę odprawił za zmarłych (n. 418). Nadto nie ma żadnych zobowiązań konkretnych. W tym układzie trudno zrozumieć co oznacza stwierdzenie: „pomoc duszom czyśćcowym… obecnie pozostała charakterystyczną cechą duchowości Zgromadzenia” (Marianie, s. 118). Na czym konkretnym ta „cecha duchowości” polega?
Zakon OO. Marianów Niepokalanego Poczęcia NMP był zakonem wybitnie maryjnym nie tylko z nazwy. Jego duchowość kształtowała Reguła Dziesięciu Cnót Matki Bożej. Wyrażało się to prócz wyraźnej powinności naśladowania tych cnót, także w szeregu specjalnych stałych nabożeństw, jak różaniec, godzinki. Ojcowie poczuwali się też do obowiązku głoszenia kazań ludowi o Matce Bożej i szerzenia Jej czci na wszelki sposób. Zgromadzenie Księży Marianów odrzuciło podstawę duchowości maryjnej — Regułę Dziecięciu Cnót. Nie przyjęło na siebie żadnych obowiązkowych form kultu. Uznało tylko Matkę Bożą Niepokalaną za główną Patronkę Zgromadzenia. Ma to stanowić ich „specyfikę życia i działalności” (tamże, s. 118). Przecież bardzo wiele zgromadzeń i zakonów przyjęło i przyjmuje za swą Patronkę Matkę Bożą, ale ten fakt nie stanowi o specyfice danej instytucji zakonnej.
Jak widać z tego krótkiego zestawienia, Księża Marianie, poza radykalną zmianą struktury organizacyjnej, wyrażającej się w przejściu z zakonu ścisłego do zwykłego zgromadzenia o ślubach prostych, w odrzuceniu reguły i gruntownej zmianie konstytucji, także w praktykach życia zakonnego przeszli na luźniejszy i łatwiejszy tryb życia, wolny od wielu obowiązków, ograniczeń i ustawowych praktyk pokutnych, czym zdecydowanie odbiegli od ducha dawnego Zakonu.
3. Czy Zgromadzenie Księży Marianów jest wiernym przedłużeniem dawnego Zakonu?
W zasadzie na to pytanie już została udzielona odpowiedź. Ale omówmy jeszcze to zagadnienie nieco szerzej w kontekście poprzednich uwag. Księża Marianie chcą za wszelką cenę uchodzić za kontynuatorów Zakonu o. Papczyńskiego. Nie chcą jednak jego ustaw. Porzucili biały habit, symbolizujący Niepokalane Poczęcie. Zerwali z dawnymi praktykami i zwyczajami zakonnymi, zrezygnowali ze szczególnych nabożeństw ku czci Maryi Niepokalanej. Nie chcą czynić ekspiacji za dusze w czyśćcu cierpiące.
Co właściwie wzięli nowi Marianie z dawnego Zakonu? Przywłaszczyli sobie tylko nazwę i utrudniają zwolennikom dawnego Zakonu jego prawdziwe odrodzenie.
Wobec takiego stanu rzeczy trudno uznać Zgromadzenie Księży Marianów za przedłużenie Zakonu OO. Marianów. Powoływanie się na dekret Kongregacji do Spraw Zakonnych z 1928 r. nie rozwiązuje definitywnie sprawy, gdyż w swej istocie opiera się on o wcześniejszy dekret z 1910 r., który został uzyskany podstępnie. Zresztą jeśli Księża Marianie wypierają się ustaw o. Stanisława Papczyńskiego, nie liczą się z jego stanowczą wolą niedokonywania zmian — nie mogą być jego synami duchowymi, jego kontynuatorami. Bo cóż mogą kontynuować, jeśli prawie wszystko odrzucają? Zburzyli fundamenty, na których o. Papczyński zbudował coś trwałego i swoistego. Nowa (od 1910 r.) budowla stoi na zupełnie innych fundamentach i wygląda inaczej. Łącznikiem z dawną jest tylko zachowanie dawnej nazwy. Księża Marianie (MIC) upierają się jednak przy swoim werbaliźmie i podtrzymują przez to przez to gorszący spór w Kościele.
„A łatwo wszak rozstrzygnąć ten spór mnichowski,
Bp prawo do spuścizny dawnego Zakonu
Ma ten, kto zachowuje testament ojcowski,
Nie ten, co fundamenty burzy jego domu.
Nie ten jest Papczyńskiego synem pierworodnym,
Kto oparł swoje życie na prawie wygodnym,
Lecz ten kto zachowuje Jego ideały
Jak Ojciec Papczyński, nosi habit biały.
Józef Muniak
(pseud. Ignacy Niekrasicki)
IX. STANISŁAWICI – WIERNI KONTYNUATORZY DAWNEGO ZAKONU MARIAŃSKIEGO
1. Ks. bp H. Przeździecki jako opiekun zwolenników dawnego Zakonu
Poprzednio w rozdziale IV mówiliśmy już o staraniach bpa Przeździeckiego, ordynariusza diecezji podlaskiej, w sprawie reaktywowania dawnego zakonu mariańskiego. Księża Marianie nadesłali wówczas biskupowi dekret Stolicy św. N. 3544-09 z dn. 28 XI 1910 r., którego treść już poprzednio podaliśmy. Wyszły wtedy na jaw machinacje ks. J. Matulewicza w Rzymie w 1909 r. Sprawa jednak pozostawała do wyjaśnienia. Tymczasem dekret obowiązywał. Wystąpieniem tym Księża Marianie przeszkodzili w utworzeniu placówki mariańskiej dawnej obserwy na terenie diecezji podlaskiej. Sprawa odrodzenia Zakonu uległa zatem dalszemu odroczeniu. Pomimo tych przeszkód St. Pietrzak wystosował do ordynariusza podlaskiego memoriał, który podajemy z małymi skrótami:
Magnificat Anima mea Dominum.
Do jego Ekscelencji
X. Dr Henryka Przeździeckiego
Najdostojniejszego Pasterza Ordynariusza Diecezji Podlaskiej w sprawie Zakonu Braci Marianów Niepokalanego Poczęcia Najśw. Panny od ratowania Dusz z Czyśćca.
Znanym i cenionym niegdyś w Polsce, Włoszech, Portugalii. Hiszpanii, Słowacji i niektórych krajach misyjnych był Zakon (Ordo) OO. Marianów pod tytułem Niepokalanego Poczęcia dla ratowania Dusz z Czyśćca ,,praesertim eorum, qui bello, fame, aut pestilentia ex hac vita decedunt”, oraz dla szerzenia czci Niepokalanej, z której wyraźnego rozkazu Wielebny Sługa Boży O. N. Stanisław a Jezu Marja Papczyński Zakon ten w 1670-1673 latach założył polecając Synom swoim dawanie misyi, rekolekcji i katechizację prostego ludu. Do tych prac misyjnych i kapłańskich rozkazał synom swoim Wielebny Zakonodawca pilnie, w odosobnieniu, prawie pustelniczym, gotować i nieustannej oddawać modlitwie, która jest i być powinna oddechem prawdziwych Marianów. Rozkazał nasz Ojciec oddawać się też nauce, szczególnie Pismu Świętemu, historii Kościoła i rozczytywać się w Ojcach Kościoła… Zakazał nam Bł. Fundator nasz pod karą klątwy używać trunków i tytoń palić i grać w karty a wizyty konieczne tylko rarissime oddawać pozwolił i to na krótko. Uczynił to Zakonodawca nasz w tym celu, aby synowie Niepokalanej na ćwiczenie się w cnotach zakonnych, naukę, pacierze zakonno-kapłańskie, Officium o Niepokalanem Poczęciu i Officium Defunctorum czas mieli Rozkaz ten swój w testamencie przedśmiertnym w sposób niezwykle uroczysty powtórzył i aby Marianów przyszłych nawet od chęci odmienienia w tym względzie reguł i zwyczajów zakonnych przez siebie za natchnieniem Niepokalanej Marianów Matki i istotnej Fundatorki wprowadzonych, której Ojciec nasz Stanisław a Jezus Maria był tylko wybranym narzędziem, odstraszyć – jak to w aktach naszych czytamy i tradycją przekazane mamy – karami Bożymi… oraz strasznym Sądem Bożym pogroził tym, co by ośmielili się Cel Zakonu, sposób życia lub szaty zakonne, białe odmieniać na inne. Testament ten tak zakończył: „podpisuję to ręką bardzo chorą lecz umysłem najżywszym jaki od Boga otrzymałem… Pamiętali o tym starzy Ojcowie nasi i strzegli przykazań Ojca Swego i nie było im nic ciężko: na wszystko czas stosowny mieli… I świecili Ojcowie nasi życiem zakonnym w Polsce i tam gdzie ich Opatrzność zawiodła w zamorskich krajach i nauką i mądrością… Stąd otaczała ich cześć i miłość i podziw głęboki nie tylko ludu i warstw oświeconych, ale i samych Biskupów i panujących w Polsce, Portugalii i Hiszpanii niemniej i samych Najwyższych Pasterzy Rzymskich. Dlatego spieszyli w szeregi Braci Dusz Czyśćcowych wszyscy ci, co doskonałego życia naprawdę pragnęli tak Polacy jak i cudzoziemcy. I stały się klasztory Marianów w Puszczy Korabiewskiej, Górze Kalwarii i Goźlinie i inne potem „Szkołami świętości” i „Sanctuariami polskimi”. Wymownym dowodem tego są liczni bardzo członkowie Zakonu zmarli in odore sanctitatis… Ostatnim tego rodzaju Ojcem był głośny i sławny z świętego życia w Polsce i Rosji Misjonarz apostolski O. Krzysztof Marja od św. Apostołów Szwermicki w 1894 roku w Irkucku zmarły. Apostoł nad Amurem pierwszy. Doskonałych zakonników naszego ubożuchnego Zakonu jako O. Izydor od Baranka Bożego Taudt Protonotarjusz Apostolski, aż po czasy obecne, nie brakło Zakonowi Niepokalanej w rodzaju świątobliwego ojca Bernarda Marji od Krzyża Pielasińskiego zmarłego 19 kwietnia 1914 roku, lub O. Joachima Marji od M. Bożej Bolesnej Janowskiego umęczonego w Rosji. Nie brak Zakonowi i mężów głębokiej nauki z przeszłością, są i dzisiaj. Tym się Zakon Mariański odznaczał, że jako całość nigdy reform nie potrzebował aż do ostatka, aż dotąd, wśród najstraszniejszych prześladowań, jakich Zakony i inni Zakonnicy osobiście nie doświadczyli i nie zaznali w tym kraju co nasz Zakon ukochany znosić musiał dlatego, iż w sercu Polaka świętego się zrodził i że się modlił za poległych żołnierzy, których teraz taka moc przybyła, i za dusze czyśćcowe w ogólności, stąd przez masonerię, schizmę szczególnie był znienawidzony. Gdyby się byli Marianie – jak im to Moskwa proponowała – wyrzekli modłów za umarłych to jest specjalnego celu istnienia swego, byliby Rosjanie tak jak innym Zakonom pozwolili jawny otworzyć Nowicjat. To Ojcom naszym proponowano po 1905 roku. Ale nie pozwoliło sumienie starym Ojcom naszym wyprzeć się przeszłości swej przesławnej i świętej, celu istnienia swego, zdrady swego Zakonodawcy się dopuścić i złamania zakonnych, uroczystych ślubów. Więc trwało prześladowanie Zakonu naszego od 1832 po przez rok 1864 aż do wojny światowej. Rok 1863 był straszliwym dla synów Niepokalanego Poczęcia. Jedni Ojcowie zostali zamęczeni, inni poszli na Sybir w rozsypkę, innych, przeważnie Litwinów, dla których Moskwa łaskawszą się okazała zamknięto w Manampolskim Klasztorze, gdzie pod dozorem policyjnym zostawali w pracach swych ograniczeni okropnie i ciągle podejrzewani Wreszcie i tych po trochu rozpędzono. Postarano się u biskupa Sejneńskiego (Łubieńskiego) by Ojców w czarne sutanny poprzebierać i po parafiach rozesłać. Pasterz ten – Zakonowi życzliwy – pozorną dla niektórych wyrobił sekularyzację, by możność pracy mieli, zostając wierni ślubom Zakonnym i łączność duchową zachowując. Uzyskali też Ojcowie nasi za staraniem tegoż biskupa Łubieńskiego oraz pasterza Podlaskiego Benjamina, nie mniej i metropolity Warszawskiego Popiela w różnych czasach od Papieży Piusa IX, Leona XIII, i Piusa X, różne dyspensa i przywileje, ściągające się do tego, by swą zakonność wśród takich niesłychanych prześladowań podtrzymać i przechować Ojcowie nasi mogli, generałów wybierać i w stosowanej chwili tajnie Zakon odrodzić. Nadzwyczajne, męczeńskie warunki, nadzwyczajnych też wymagały środków i to z dobroci i miłości przed ostatnich Papieży Zakon nasz otrzymał z życzeniem „by istniał do końca świata” (Pius X). Na tej podstawie ciągle przez biskupów Popiela i Jaczewskiego niemniej i świątobliwego biskupa Kossowskiego pobudzany – Wielebny nasz O. Bernard Marja od Krzyża Pielasiński, za sprawą ówczesnego Metropolity Warszawskiego na jednej z ostatnich już kapituł Zakonnych w r. 1898 odbytej w Górze Kalwarii u Grobu Bł. Ojca Naszego, w nocy, wybrany został przez żyjących wówczas Ojców Zakonnych na Zwierzchnika Zakonu czyli Generała i razem Magistra Nowicjatu jako najświątobliwszy i w rzeczach Bożych i Zakonnych biegły kapłan a przy tym roztropności wielkiej i ogromnej miłości Zakonu pełny. Ten to Ojciec nasz, dawny Magister z Nowicjatu Skórzeckiego, pilnie i najwierniej chowający reguły święte, zwyczaje i tradycje zakonne, był też chodzącą żywą kroniką Marianów. Wiódł też Wielebny ten Ojciec nasz żywot bardzo ostry, pokutny i tak ubogi, że mógł się i Serafickiemu Patriarsze spodobać. Apostolski ten mąż od 36 lat w imieniu zakonu stał na straży grobu Patriarchy naszego w Górze Kalwarii za Warszawą, kapelanując ubogim w przytułku miejscowym, życie zakonne ukrycie i ostrożnie propagował. Żył jak anachoreta i apostoł razem. Stamtąd często spieszył przez Wisłę na męczeńskie Podlasie wspierać Unitów w przebraniu i po lasach i kniejach w nocy nauczał nękanych za wiarę… I życie Ojca Pielasińskiego przedłużał Bóg tak, iż wielu młodszych od siebie Zakonników przeżył blisko lat 60, modląc się o zachowanie Zakonu swojego i ciągle gotując się do jego odrodzenia, gdyby stosownych znalazł kandydatów. Ale nie było ich. I chociaż Marianie jeden po drugim do grobu się kładli a on sam doń się zbliżał przecie ufał, iż Bóg mu da Zakon odnowić. Jakoż gdy zgłosił się doń cudownie uzdrowiony z śmiertelnej choroby przez Bł. Patriarchę Marianów akademik Józef Stanisław Pietrzak polecony Ojcu Bernardowi przez Kardynała Puzynę i Arcybiskupa Bilczewskiego oraz O. Podlewskiego Dominikanina po odpowiedniej próbie przyjął go pierwszego po 1863 roku dn. 2 IX 1909 r. do Zakonu a w dniu św. Barnaby Apostoła 1913 r. uroczyście przy grobie O. Stanisława a Jezu Maria Papczyńskiego po odprawionych rekolekcjach i Mszy św. do Ducha św. oblókł w habit biały, jako kleryka pod imieniem Brata Stanisława Bogdana od św. Dusz Czyśćcowych. Tegoż dnia po Bracie Stanisławie Bogdanie dwóch innych księży: Janowicza i Stępowicza odział w szaty zakonne, nadając im imiona pierwszemu Bogumił Marja od Niepokalanego Poczęcia, drugiemu Kazimierz Marja od Serca Jezusowego. Żyło wtedy jeszcze siedmiu dawnych Ojców na świecie oprócz O. Bernarda naszego Generała i mistrza. Braci tych tutaj wymienionych jako też i wszystkich innych później przywiódł do stóp O. Bernarda od Krzyża Brat Stanisław Bogdan od św. Dusz Czyśćcowych, któremu on za zgodą starszych Ojców powierzył tak całą sprawę odnowienia Zakonu jak i akta. Reguły i wszystko inne co się dało uratować z tego potopu jaki nasz święty Zakon ogarnął po 1863 roku Wszystkie też tradycje Zakonu i jego odrębnego ducha temuż Bratu O. Bernard przekazał i powierzył przez lat parę ucząc go tego wszystkiego, co Marianin prawdziwy wiedzieć i umieć powinien i w arkana prowadzenia Nowicjatu wtajemniczył, na koniec i śluby Zakonne odeń przyjął, to mu uroczyście nakazując i pod tym warunkiem błogosławiąc, błogosławieństwem wszystkich Ojców św. zakonu naszego, aż do Bł. O. Fundatora S. Ordinis Nostri, iż Brat on nie dopuści, aby kiedykolwiek odmieniono ustawy nasze w tym sensie, by swego celu istnienia tj. ratowania Dusz Czyśćcowych zaniedbał lub habit odmieniał albo zwyczaje i nabożeństwa i ceremonie Marianom właściwe a to pod klątwą… Rozkazał O. Bernard od Krzyża temuż Bratu Stanisławowi Bogdanowi od św. Dusz Czyśćcowych, i to, ażeby, jeśli go opuszczą księża lub kandydaci przezeń przyjęci do Zakonu, on ma święty obowiązek poszukać nowych i tych w duchu zakonnym wychować. Powiedziawszy to świątobliwy on starzec tym przyszłym synom swoim, którzy po jego śmierci biały habit Niepokalanego Poczęcia przyjmą z rąk Brata Stanisława Bogdana czy jego następców, najuroczyściej i najrzewniej pobłogosławił, śmierć swoją, zmartwychwstanie Polski, trudy i udręki synów swoich i prześladowanie ich coraz nowe i nieustające zapowiadając ale i przyszły rozkwit Zakonu przepowiedział, jeśli wiernie Reguły, św. zwyczaje i ceremonie zachowają.
Dla ostrożności i dla uniknięcia w przyszłości poswarek jakich nie chciał Ojciec nasz Bernard wielu i starszych księży przyjmować, ale rozkazał przyjmować młodzież i tę w duchu ostrego Zakonu naszego wychowywać w przyszłości Tak też pragniemy czynić nie zaniedbując i tego, aby apostołów świeckich Kościołowi wychować, którzy by jako tercjarze czy agregaci żyjący wśród świata spełniali tę misję pod kierunkiem i wpływem Zakonu Naszego, której my, mnisi w odosobnieniu żyjący spełniać znaleźlibyśmy trudności Możemy i pragniemy apostołować przez pisma, szerzenie dobrych książek, periodyczne wydawnictwa i przypominanie żywotów świętych, zwłaszcza Polaków, aby i tym pobudzić do doskonałości chrześcijańskiej i starosławne obyczaje Polski odnowić. Na misje zaś pójdziemy wszędzie tam, gdzie nas pośle Papież bez żadnych ociągań się i z taką skwapliwością jak na Synów Niepokalanej Matki Naszej przystało, którą według Reguły Świętej naśladować mamy i z serca będziemy o ile tylko ułomność ludzka na to pozwoli.
Abyśmy zaś to wszystko zachować i wykonać mogli potrzeba, byśmy się z rozproszenia w jedno miejsce zebrali i po naszemu urządzili, nabożeństwa Zakonowi naszemu właściwe odprawiać mogli, nowicjuszów wychowywać i żyć pełnym życiem mariańskim bez dyspens z jakich obecnie korzystamy tak, ażeby gdy w roku 1931 nadejdzie 300 rocznica urodzin naszego Wielebnego Ojca Zakonodawcy, mogliśmy ją obchodzić nie tylko żywi ale i liczni. Liczni, gdyż powołań było do nas dosyć i jest dosyć, ale że klasztoru obszernego w miejscu ustronnym – jak zwyczaj wymaga – nie mamy, powołania się marnują.
Wobec tego zwracamy się do Waszej Pasterskiej Mości z pokorną prośbą i w imię wszystkich świątobliwych Ojców starego Zakonu Naszego, którego Synami prawdziwymi jesteśmy i być chcemy, a wreszcie o wzięcie nas – synów Męczenników – w opiekę Biskupią i umożliwiając nam życie wedle Reguł apostolskich jakie mamy bez żadnych odmian w pełną ich ostrości Prosimy, aby Wasza Exellencja nie raczył uważać nas za nowe zgromadzenie, ale za ciągle bez przerwy istniejący Zakon (Ordo), który przez Stolicę Świętą nigdy nie był kasowany ale owszem podtrzymywany przy życiu – z konieczności tylko na sposób misyjny żyjący w rozproszeniu. Założone nowe zgromadzenie przez XX. Litwinów Matulewicza, Totorajtisa i Buczysa pod naszą nazwą nie miało zgody Ojców naszych (co i prawo kościelne waruje i wymaga), przed którymi po kryjomu, aby nie protestowali i nie przeszkadzali rujnowaniu idei Zakonu, założono je, lecz w innym celu i nie w duchu Patriarchy naszego, którego nie znali i nie znają, bowiem żadnych tradycji ani aktów zakonnych Ojcowie nasi im nie przekazali, ani magistrami w ich nowicjatach nie byli To zaś, że nas za nieżywych ogłoszono w roku 1910 nie jest zgodne z prawdą, gdyż wtedy kilku Ojców było przy życiu i to właśnie oddanych całą duszą sprawie odrodzenia Zakonu swego, czego też i dokonali bo żyjemy i jesteśmy. Przedkładając niniejszy memoriał i prośbę naszą najpokorniejszą, żywimy nadzieję, że dla miłości Niepokalanej Matki Bożej a z politowania nad Duszami w Czyśćcu będącymi Wasza Pasterska Mość przyjmie nas rozbitków do Swej Diecezji Podlaskiej gdzie dwa klasztory po Ojcach naszych się znajdują w Goźlinie i Skórcu, Ojcowską opieką Swoją otoczyć nas raczy, gdyż i ubodzy jesteśmy. W tym celu niebawem nadeślemy Regułę naszą i Konstytucje Apostolskie, których się wiernie trzymamy i trzymać chcemy, bez żadnych odmian, ulg czy dyspens tak właśnie, jak je zachowywali najdawniejsi Ojcowie nasi i my dotąd zachowujemy.
Upadając do stóp Biskupich Jego Pasterskiej Mości o wysłuchanie próśb tu zawartych błagamy i przychylną Zakonowi Naszemu decyzję a u Najwyższego Pasterza protekcję i o Biskupie Błogosławieństwo pokornie upraszamy.
W imieniu Zakonu Niepokalanego Poczęcia Braci Marianów od ratowania Dusz w Czyśćcu zostających.
/-/ fr. Stanisław Bogdan od św. Dusz Czyśćcowych marianin
(Józef Stanisław Pietrzak)
Kraków w odosobnieniu naszym Mariańskim przy Alei Słowackiego 7 roku Pańskiego 1927, 11 października.
2. Pismo ordynariusza podlaskiego do Stolicy św. w sprawie mariańskiej
Biskup Przeździecki, widząc rozdwojenie w Zakonie OO. Marianów, postanowił powstały problem wyjaśnić i w tym celu wystosował do Stolicy św. pismo, którego treść przytaczamy w całości:
(Przekład z łaciny)
Biskup Podlaski Siedlce, dnia 10 grudnia 1927 r.
Nr 7079
Do Świętej Kongregacji
kierującej sprawami stowarzyszeń religijnych w Rzymie
W diecezji podlaskiej Kongregacja Księży Regularnych Niepokalanego Poczęcia N.M.Panny (Marianów) miała ongiś dwa domy i rozszerzała ze szczególną usilnością pobożną praktykę przychodzenia z pomocą zatrzymanym w czyśćcu. Ta praktyka była do tego stopnia bardzo drogą dla wiernych tej diecezji, iż aż dotąd dostrzega się ślady szczególnych modlitw za zmarłych, zwłaszcza za tych, którzy stracili życie w obronie wiary katolickiej.
W roku 1864 rząd rosyjski zniósł wszystkie zakony religijne w diecezji podlaskiej, toteż od 1918 roku nic innego nie miałem ważniejszego nad to, żebym mógł przywrócić w diecezji zakony religijne. Stąd, gdy zwrócili się do mnie Księża Regułami Kongregacji Marianów pod nazwą: Niepokalanie Poczętej Nąjśw. Marii Panny, to chętnie oddałem im dom Marianów w Skórcu, i zaproponowałem, aby także drugi dom w Goźlinie przejęli, gdzie parafia przy kościele, który tam przetrwał, już dawniej została ustanowiona i przetrwała. Księża Regularni (Marianie) wypraszali się od tego zasłaniając się niedostateczną liczbą zakonników, tak iż aż do dnia dzisiejszego owego domu w Goźlinie nie objęli i kościołem ongiś Marianów aż dotąd rządzi ksiądz świecki jako proboszcz.
Zaraz zrozumiałem, że Księża Regularni (Marianie) mają konstytucję zmienioną przez Stolicę Świętą bowiem i oficjum za zmarłych i szczególnie nabożeństwo za zmarłych zostały opuszczone, a cała Kongregacja dekretem Stolicy Świętej (Kongregacji dla spraw religijnych) z dnia 28 listopada 1910 roku Nr 3544-09 została zatwierdzoną z pewnymi zmianami dotyczącymi dawnych konstytucji Zakonu Marianów, zaaprobowanych przez Najwyższych Kapłanów – Innocentego XII i XIII.
W tych ostatnich miesiącach przybył do mnie niejaki Stanisław Pietrzak, brat z profesją Kongregacji Niep. Pocz. Najśw. P. Marii Braci Marianów i twierdząc, że został wraz z innymi towarzyszami przyjęty do Zakonu przez ostatniego zachowanego członka tegoż zakonu w roku 1913, prosił czy mógłbym zezwolić na prowadzenie wspólnego życia z innymi towarzyszami, a to według starych Konstytucji, zatwierdzonych przez papieży Innocentego XII i XIII. O wspomnianym Stanisławie Pietrzaku mam najlepsze relacje.
Byłoby zatem bardzo pożądanym, aby Kongregacja Marianów według dawnych konstytucji mogła zostać przywróconą w diecezji podlaskiej. Ona wypełniałaby brak zakonów regularnych w tej diecezji, przejęłaby dom Marianów w Goźlinie i co jest sprawą najważniejszą rozszerzałaby, tak bardzo drogie wiernym nabożeństwo za zmarłych, którzy za wiarę swe życie położyli, podtrzymując je na nowo.
Stąd proszę Świętą Kongregację aby odpisała:
1) czy owa stara Kongregacja Marianów, zatwierdzona przez Stolicę Świętą, wygasła wobec istnienia konstytucji Kongregacji Księży Regularnych, zreformowanej dekretem z dnia 28 listopada 1910 r. Nr 3544-09, i
2) czy w razie pozytywnym owi Marianie dawnej reguły według konstytucji (nie zreformowanych), zatwierdzonych przez papieży Innocentego XII i XIII mogą w diecezji podlaskiej prowadzić życie wspólne, a jeżeliby w wypadku szczególniejszym potrzebne byłoby zezwolenie Stolicy Świętej, to ja najniższy sługa proszę i usilnie błagam, aby dla dobra Kościoła najłaskawiej nie wzbraniała się udzielić owego zezwolenia.
Co zaiste z wszelkim pietyzmem i w najgłębszym posłuszeństwie przedkładając, wyznaję się najbardziej oddanym w Chrystusie sługa najniższy.
/-/ podpis biskupa
3. Reskrypt św. Kongregacji do Spraw Zakonnych – skutki nieprzemyślanego należycie pisma
Pismo bpa Przeździeckiego, przytoczone wyżej w całości, nie było należycie sformułowane. Brakowało w nim istotnych okoliczności, które by wyjaśniały zarysowujący się na tle wypadków z 1909 i 1910 r. konflikt między dawnymi marianami a nowopowstałymi księżmi marianami. Nie ma w nim mowy o przyczynach rozdwojenia w Zakonie. Ordynariusz podlaski nic nie wspomina o wypadkach zaszłych w 1909 r. i 1910 r. W jego piśmie brak jest najmniejszej choćby wzmianki o potajemnych zabiegach ks. J. Matulewicza w Rzymie. Nie pisze także tenże biskup, że w czasie „odnawiania” Zakonu, żyli jeszcze wtedy oprócz o. W. Sękowskiego dalsi dawni marianie z o. B. Pielasińskim na czele.
Biskup Przeździecki motywuje całkiem innymi okolicznościami swoją prośbę do Stolicy św., które nie mogły mieć żadnego wpływu na zmianę stanowiska św. Kongregacji do spraw zakonnych w przedmiotowej sprawie. Pisze wiele pochlebnych słów o dawnym Zakonie.
Wspomina, że Zakon na terenie jego diecezji posiadał dwa klasztory, że nie wszystkie są dotąd obsadzone. Pisze dalej, że jest mu wiadoma zmiana konstytucji zakonnych. Powołuje się nawet na dekret z dnia 28 listopada 1910 r. Mówi o opuszczeniu z dawnych ustaw zakonnych oficium za zmarłych i „szczególnego nabożeństwa za zmarłych”. Była to jednak praktyka – jak to biskup stwierdza na wstępie – „do tego stopnia bardzo droga dla wiernych tej diecezji, iż aż dotąd dostrzega się ślady szczególnych modlitw za zmarłych itd.”
Jest też wzmianka w tym liście o o. St. Pietrzaku. O nim miał biskup jak najlepsze relacje. Donosi, że brat ten został dopuszczony wraz z innymi towarzyszami do profesji w Kongregacji Niepokalanego Poczęcia Najśw. Panny Maryi Braci Marianów przez ostatniego zachowanego uczestnika tegoż Zakonu w roku 1913. Jednak biskup nie określił o jakiego to ostatniego uczestnika chodziło. Nie wyjaśnił też w oparciu o memoriał o. St. Pietrzaka przyczynę rozdwojenia w dziele odbudowy dawnego Zakonu. Nie wspomniał o tym, że w dekrecie z 1910 r. jest błąd istotny czyniący go nieważnym. W dekrecie tym jest mowa o jednym tylko zakonniku, który był przełożonym generalnym, a o. St. Pietrzak wykazał biskupowi, że było ich więcej. Dlaczego więc biskup pominął te istotne okoliczności w swej petycji? Przecież nie zasługi dawnego Zakonu i jego chwalebna opinia miała zadecydować o powodzeniu akcji biskupiej w Rzymie, lecz względy natury prawnej. Bez udowodnienia nieważności dekretu z 1910 r. nie mogło być mowy o pozytywnym załatwieniu jego prośby. Dziwną wydaje się rola tego biskupa w omawianej sprawie. Z jednej strony pragnął gorąco osiedlić dawnych marianów w swej diecezji a z drugiej wykazał niewiarygodną nieporadność i brak zrozumienia danego problemu z prawnego punktu widzenia. Dlatego też nie należało spodziewać się pomyślnej odpowiedzi.
Stolica Apostolska nadesłała bpowi Przeździeckiemu reskrypt w formie dekretu z dn. 25 kwietnia 1928 r. Dekretu tego nie posiadamy. Nie ma go bowiem w aktach stanisławickich w Kurii biskupiej w Siedlcach. Widocznie ktoś zdążył już go wyjąć. Zresztą akta te znajdują się w takim stanie, w jakim znajdowały się rzymskie katakumby po najeździe Wandalów. Poprzedni „szperacze” zabrali to, co uważali za cenne dowody względnie za korzystne informacje. Resztę zostawili w pełnym nieładzie. Nie możemy zatem przytoczyć całkowitego tekstu tego reskryptu.
Przytoczymy więc jego fragmenty, zaczerpnięte z publikacji Księży Marianów.
Na dwa zapytania biskupa Przeździeckiego zawarte w końcowym tekście jego petycji Św. Kongregacja do Spraw Zakonnych odpowiedziała że:
a) prawnymi spadkobiercami dawnego Zakonu OO. Marianów jest obecnie istniejąca Kongregacja Ks.Ks. Marianów,
b) wskutek zreformowania w 1910 r. konstytucji dawnego Zakonu OO. Marianów, śluby składane po r. 1910 przez adeptów według dawnych reguł i konstytucji – nie są ważne wobec Kościoła.
Takiej odpowiedzi można było się spodziewać po wystąpieniu bpa Przeździeckiego, który w swojej petycji nie kwestionował dekretu z 1910 r. i nie wyjaśniał okoliczności jego powstania.
Sukces doraźny Księży Marianów był więc niewątpliwy, ale nie był to sukces rzeczywisty. Sprawa definitywnego uregulowania spornego problemu przesunęła się na dalsze lata.
Poza powyższymi odpowiedziami, Stolica św. wyjaśniła bpowi Przeździeckiemu, że nie należy jednak rozumieć przekształcenia (a jednak było przekształcenie a nie „odnowa” – przyp. autora) wspomnianego Zakonu Marianów w ten sposób, jak gdyby w jego miejsce Stolica Apostolska założyła jakiś nowy, zupełnie inny Instytut, jak to zdaje się sugerować list Waszej Wysokości Wspomniany bowiem dekret N 3544/09 z dn. 28 XI1910 r. nie mówi o tworzeniu nowego zgromadzenia, lecz o zabezpieczeniu dalszego istnienia i ciągłości tegoż Instytutu Marianów, który prawie całkowicie wygasł z powodu ówczesnych niegodziwych warunków, [podkreślenie autora] Mając więc na względzie okoliczności czasu i miejsca, w tym celu ta sama święta Kongregacja wspomnianym dekretem zamieniła w Instytucie Marianów śluby uroczyste na proste, a dawne Konstytucje odpowiednio przystosowała.
Przekształcony zatem Instytut Marianów jest prawomocną kontynuacją, chociaż w nowej formie, tegoż Zakonu Marianów prawnie założonego w XVII wieku (Marianie, s. 117).
Autorzy ze Zgromadzenia Księży Marianów wywodzą na tej podstawie, że nie ma problemu prawnego w kwestii, czy są oni nowym zgromadzeniem, czy nie są. Ale nie w tym dekrecie leży prawny problem ich istnienia i kontynuacji. Nie byłoby ich wcale na świecie, gdyby nie fałsz, na podstawie którego uzyskali dekret pierwszy, powołujący ich do życia. Co daje więc powoływanie się na następny dekret, skoro jest on istotnie oparty o wcześniejszy wadliwy, bo sformułowany w oparciu o fałszywe i niepełne doniesienie? Ale Księża Marianie na ten temat nie chcą się w ogóle wypowiadać. Rozumiemy! Trzeba też przyznać, że autorzy z tego Zgromadzenia potrafią po mistrzowsku omijać wszelkie niewygodne okoliczności. Chowają głowę w piasek i uważają, że w ten sposób unikną konfrontacji z rzeczywistością.
Trzeba skonstatować, że ważne to wydarzenie z 1928 r. nie wyjaśniło istniejącego problemu mariańskiego, lecz go pogłębiło. Nie została więc wytarta plama fałszu z akt prawnych Stolicy św. Czeka nadal na swe usunięcie.
4. Ustanowienie Stowarzyszenia Diecezjalnego pod nazwą Stanisławitów
Niepowodzenie akcji bpa podlaskiego w Rzymie boleśnie odbiło się na zwolennikach i kontynuatorach dawnego Zakonu. Mariański zakon należało jednak dalej ratować przed ostateczną zgubą. O. St. Pietrzak zaproponował więc ordynariuszowi podlaskiemu utworzenie stowarzyszenia na prawie diecezjalnym, które by kultywowało nadal tradycję Zakonu OO. Marianów. Wykorzystując okoliczność, że pierwszych Marianów nazywano popularnie także Stanisławitami od imienia Stanisława Papczyńskiego, nadał nowoutworzonemu Stowarzyszeniu nazwę Stanisławitów. Stowarzyszenie opierało się na ustawach, nabożeństwach i zwyczajach po dawnym dziele o. Papczyńskiego i było jego zamaskowaną kontynuacją. Członkowie Stowarzyszenia nosili białe habity jak dawni Marianie.
Prawnie Stowarzyszenie zostało erygowane dekretem ordynariusza podlaskiego N. 5772 z dnia 2 listopada 1928 r. Biskup Przeździecki osadził je w Janowie Podlaskim i przydzielił mu kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela. Przełożonym został ks. Jan Janowicz (O. Bogumił). O. St. Pietrzak trzymał się na uboczu od oficjalnych stanowisk w tym Stowarzyszeniu. Występował po prostu jako brat zakonny. Posiadając wyższe wykształcenie i stopień doktorski był przez pewien czas profesorem tamtejszego Seminarium Duchownego. Wykładał historię kościoła.
Nowopowstałe Stowarzyszenie było od samego początku przysłowiową solą w oku dla Księży. Marianów. Niebawem wszczęli ataki przeciwko niemu, wyczuwając w nim przedłużenie dawnego Zakonu OO. Marianów. Przytaczamy pełny odpis Statutów Stowarzyszenia:
STATURY STOWARZYSZENIA DIECEZJALNEGO CZCICIELI
NIEPOKALANIE POCZĘTEJ DZIEWICY KRÓLOWEJ POKOJU,
WSPOMOŻYCIELI DUSZ CZYŚĆCOWYCH
CZYLI STANISŁAWITÓW
W DIECEZJI PODLASKIEJ
Art. 1
W diecezji Podlaskiej istnieje Stowarzyszenie Diecezjalne Czcicieli Niepokalanie Poczętej Dziewicy – Królowej Pokoju, wspomożycieli dusz czyśćcowych czyli STANISŁAWITÓW pod opieką tejże Bogurodzicy i s. Stanisława B. M., kanonicznie erygowane podług przepisów Prawa Kanonicznego (kan. 686, 707, 708) dekretem biskupim z dnia 2 listopada 1928 roku N. 5772. Stowarzyszenie to jest erygowane przy kościele filialnym św. Jana Chrzciciela w Janowie (kan. 71 §1). Działalnością swą jako stowarzyszenie diecezjalne, obejmuje całą diecezję Podlaską, przy zachowaniu przepisów wyłuszczonych w statutach tegoż stowarzyszenia.
Art. 2
Zgodnie z kan. 685 Stowarzyszenie Stanisławitów ma na celu:
1. postęp w doskonałości życia chrześcijańskiego wśród członków;
2. pomnożenie czci Bożej publicznej przez szczególną cześć Niepokalanie Poczętej Dziewicy;
3. dzieła miłosierdzia i pobożności chrześcijańskiej, a mianowicie:
a) pod opieką Królowej Pokoju, członkowie Stowarzyszenia będą pracowali nad zaprowadzeniem, umocnieniem i podtrzymaniem pokoju Chrystusowego w duszach ludzkich, w rodzinach chrześcijańskich, we współżyciu ludzi różnej narodowości i obrządku, jako też
b) przez szczególne nabożeństwa będą jednali pokój wieczny dla dusz czyśćcowych, zwłaszcza tych ludzi, którzy polegli na polach walk lub od chorób zaraźliwych.
Art. 3
Dla osiągnięcia tego celu Stowarzyszenie będzie się bardzo troszczyło:
1. o urządzenie i prowadzenie życia tak by członkowie ustawicznie ćwiczyli się w doskonałości chrześcijańskiej;
2. o urządzenie nabożeństw i głoszenie chwały, wysławianie cnót Maryi Niepokalanej;
3. o pracę nad duszami wiernych żyjących przez:
a) nauczanie dziatwy i prostaczków zasad wiary;
b) dawanie misji i rekolekcji, wydawanie pism, broszur i książek, prowadzenie stowarzyszeń młodzieży, współpracę w ligach i związkach katolickich.
4. przez odmawianie oficjum za zmarłych, odprawianie nabożeństw żałobnych i głoszenie wiernym potrzebnych modlitw za dusze w czyśćcu cierpiące.
Art. 4
Stanowisko prawne Stowarzyszenia Stanisławitów, jako kanonicznie erygowanego (art. 1) określa prawo kanoniczne.
Stowarzyszenie to nie jest kongregacją zakonną, ani też stowarzyszeniem osób życia wspólnego według kan. 492, 674, natomiast jest stowarzyszeniem diecezjalnym, czyli zorganizowanym ciałem podług kan. 707 § 1. i dlatego stanowi jednostkę kościelną prawną (kan. 687).
A zatem Stowarzyszenie to
1. jest pod szczególną opieką prawa (kan. 100 § 3),
2. może nabywać i posiadać majątek ruchomy i nieruchomy i może nim rozporządzać według kan. 691,
3. wybiera własny zarząd (kan. 697),
4. może otrzymywać przywileje zgodnie z przepisami prawa kanonicznego (kan. 63-79),
Pod względem prawno-cywilnym Stowarzyszenie Stanisławitów może działać zgodnie z „Komunikatem Ministerstwa Sprawiedliwości w sprawie przepisów prawa kościelnego o osobach prawnych kościelnych i zakonnych”. (Dzień. Urzęd. Min. Spraw z 1926 r. N. 10, str. 175-182. Ob. Wiad. Diec. Podl. 1926 r. N. 9-10, str. 297-307).
Art. 5
Stowarzyszenie Stanisławitów posiada niniejsze statuta, zatwierdzone przez Biskupa Podlaskiego podług kan. 689, dnia 2 listopada 1928 r. N. 5772, oraz regulaminy, opracowane przez Zarząd Stowarzyszenia i aprobowane przez Biskupa.
Art. 6
Stowarzyszenie Stanisławitów podlega jurysdykcji i nadzorowi Biskupa Podlaskiego podług kan. 690 § 1, a całym swoim zachowaniem członkowie Stowarzyszenia będą dawali wzór uległości Stolicy Apostolskiej oraz Biskupowi
Art. 7
Stowarzyszenie Stanisławitów może używać własnej pieczęci, na przed-stawienie Zarządu Stowarzyszenia zatwierdzonej przez Biskupa Podlaskiego.
Art. 8
Stowarzyszenie Stanisławitów prowadzi własne księgi (kan. 694 § 2, 1523 § 5), księgi inwentarza, legatów itp. z zachowaniem kanonu 1546, 1549.
Art. 9
Stowarzyszenie Stanisławitów może zakładać domy, prowadzić instytucje, lecz tylko w obrębie diecezji Podlaskiej i to za specjalnym uprzednim pozwoleniem Biskupa.
Art. 10
Zarząd Stowarzyszenia Stanisławitów normuje specjalny regulamin, zatwierdzony przez Biskupa (kan. 697, 698).
Art. 11
Członkami Stowarzyszenia mogą być kapłani, klerycy i świeccy, lecz tylko mężczyźni. Kapłani i klerycy innych diecezji mogą być przyjęci tylko za zgodą ich właściwego Biskupa.
Art. 12
Członkowie Stowarzyszenia duchowni będą prowadzili życie wspólne (kan. 134).
Art. 13
W myśl kan. 714, członkowie Stowarzyszenia Stanisławitów używają jako własnej oznaki sutanny białej z pasem niebieskim, oraz płaszcza niebieskiego.
Mogą do tego dodać koronkę Różańcową oraz krzyż zwykły z krucyfiksem.
Art. 14
Sprawę przyjęcia członków, czas kandydatury oraz ich usuwanie określają osobne regulaminy przez Biskupa aprobowane, zgodnie z kan. 693, 696.
Art. 15
Stowarzyszenie Stanisławitów będzie obchodziło szczególny sposób na-stępujące uroczystości:
1. Niepokalanego Poczęcia N. M. Panny z oktawą.
2. Dzień Zaduszny z oktawą.
3. Św. Stanisława B. i M.
Art. 16
Stowarzyszenie Stanisławitów kanonicznie erygowane, jako jednostka prawna, posiada stałą trwałość dopóki pozostaje przynajmniej trzech członków, odnośnie do przeniesienia obowiązuje kan. 917; w razie kasaty w myśl kan. 699, § 1. Biskup wyda osobne zarządzenia.
Powyższe statuty aprobuje naszą powagą
N. 5772 Siedlce, dnia 2 listopada 1928 roku
L.S. /-/ Henryk biskup
5. Ataki Księży Marianów na Stanisławitów
Ulubionym zajęciem o. St. Pietrzaka była praca badawczo-pisarska, głównie z dziejów zakonów w Polsce, zgodna zresztą z duchem działalności Zakonu. Pisał wiele i wydał sporo historyczno-hagiograficznych prac. Księża Marianie, nie znając jeszcze wtedy dokładnie dziejów Zakonu, podważali gołosłownie niektóre publikacje przez niego wydane. Szczególnie wyczuleni byli na „zaborczość” o. St. Pietrzaka, pragnącego „odebrać” im „prawa” do spuścizny po dawnym zakonie mariańskim, w które przecież weszli w nieuczciwy sposób. Rozpoczęły się ataki Księży Marianów na to Stowarzyszenie zarówno w prasie jak i w bezpośrednich pismach do bpa Przeździeckiego, któremu Stowarzyszenie Stanisławitów podlegało. Walka ta przybierała na zaciętości. Bywały też różne podjazdowe notatki i artykuły w prasie katolickiej, mające za zadanie ośmieszenie nowopowstałego Stowarzyszenia religijnego. Ukazywały się opracowania o banalnej treści na temat dawnego Zakonu OO. Marianów, a „odnowionego” ostatnio w Janowie Podlaskim, przy czym starano się wiernie naśladować styl pisarski o. St. Pietrzaka. O. Pietrzak miał w związku z tym wiele kłopotów z własnym ordynariuszem, który go o autorstwo tych prowokacyjnych artykułów posądził. Zresztą Księża Marianie donosili z reguły bpowi Przeździeckiemu o ukazaniu się każdego inkryminowanego artykułu. Popisowym numerem był artykuł w „Przewodniku Katolickim” nr 46 z dnia 12 listopada 1933 r. zatytułowany: „Z Pastuszka Prymasem czyli OO. Marianie Biali lub Stanisławici”. Już sam tytuł artykułu zakrawa na niestosowne kpiny. Cała jego treść przepojona jest złośliwą ironią pod adresem Stanisławitów. Zawiera w sobie szereg odpowiednio spreparowanych „faktów” i pozornie ukrytych mistyfikacji. Na pierwszy rzut oka uchodzić może za pewnego rodzaju, nieudolny zresztą, reportaż o Stanisławitach zamieszkałych w Janowie Podlaskim. Po wczytaniu się w jego treść wychodzi cała zjadliwość i złośliwość autora. W „reportażu” tym jest opisana historia chłopca, który początkowo „pasał bydło u Marianów. Potem OO. Marianie zrobili go ogrodnikiem, a skoro spostrzegli w nim zdolności uczyli go „wyższej nauki” i tak całym jego wykształceniem kierowali aż się doczekali z niego Prymasa Polski. Wielu takich biednych chłopców wy kierowali na ludzi”.
„Lecz w czasie powstania jednego i drugiego Moskale wywieźli „wszystkich” Ojców z przeszło dwunastu klasztorów na Syberię, na „srogie męczarnie”, jedynie dlatego, że kochali swą ojczyznę i byli „czysto” polskim zakonem”.
„Jednakowoż Matka Niepokalana nie pozwoliła na zgładzenie swego Zakonu. Dziwnym zbiegiem okoliczności po kilku latach wielu Ojców powróciło ze Syberii i zamieszkało w Krakowie”. (Jest to aluzja do o. St. Pietrzaka, który mieszkał w Krakowie).
„Zaś po wojnie, w 1928 r. objęli „triumfalnie” skromny i „ubożuchny klasztorek” w Janowie Podlaskim nad Bugiem. Zakątek to cichy i „skromniutki”, a bardzo wygodny”.
Dalej w artykule tym jest mowa o furcie klasztornej, „która jest otwarta dla wszystkich, bez względu na wiek. Mogą się zgłaszać: kapłani, profesorowie, studenci uniwersytetu, maturzyści itd. nawet chłopcy, którzy ukończyli szóstą klasę gimnazjum”.
„Od braci zakonnych wymaga się jakiegokolwiek fachu. Pierwszeństwo mają ci, którzy posiadają znajomość gry na fisharmonjum lub organach…, kucharze, dobrzy pszczelarze i ogrodnicy”.
A więc obłędna nienawiść wrogów do dawnego Zakonu przechodziła wszelkie granice. Do tej złośliwej akcji wciągnięto nawet autorytet Niepokalanej Matki co ma oczywisty posmak jawnego bluźnierstwa.
Po dwu dniach od ukazania się tego artykułu Prowincjał Zgromadzenia Księży Marianów wystosował pismo nr 708 z dnia 14 listopada 1933 r. do biskupa Przeździeckiego i zawiadomił go, że w artykule „Z Pastuszka Prymasem” „znajduje się wiele bałamuctw dot. Stowarzyszenia, a pośrednio i „naszego” Zgromadzenia”. I zaraz dalej podaje, że: „poprzednio, obszerniejszy, niemniej bałamutny artykuł o W. Sł. B. O. St. Papczyńskim umieścił p. Pietrzak w „Głosie Kapłańskim”.
Prowincjał ten „prosi pokornie Waszą Ekscelencję o wskazówki jak się zachować (? !) wobec tego rodzaju rozsiewanych wiadomości”.
Biskup podlaski postanowił tę sprawę wyjaśnić i w pierwszej kolejności zażądał wypowiedzenia się na ten temat o. St. Pietrzaka. O. Pietrzak kategorycznie zaprzeczył wszelkim tego rodzaju przypisywaniem autorstwa jego osobie. Redaktor naczelny przewodnika Katolickiego” zapytany o nazwisko autora tego artykułu wyjawił, że artykuł ten został nadesłany przez p. Zdzisława Brońskiego, b. prof. gimnazjalnego z Janowa Podlaskiego. Okazało się jednak, że taki osobnik nigdy nie przebywał w Janowie i nikt go tam nie znał.
Inną tego rodzaju niewybredną mistyfikacją był artykuł pt. „Godzina ósma czyli godzina święta w Kościele Stanisławitów w Janowie Podlaskim”. Tu autorem okazał się również fikcyjny Edward Emil Sobotkiewicz, kapitan. Porównanie pisma maszynowego na oryginałach obu artykułów wykazało, że te maszynopisy pochodziły z tej samej maszyny do pisania. Nadawane jednak były z różnych miejscowości.
Kto był inspiratorem tych złośliwych paszkwili? Był nim ktoś, komu zależało na zdyskredytowaniu Stanisławitów w oczach opinii publicznej. Zależało mu także na skłóceniu o. St. Pietrzaka ze swym biskupem.
Trafiały się także obce artykuły rzeczowe, ale nie uzgodnione z o. St. Pietrzakiem. Np. w „Naszym Przyjacielu” w numerze 3-cim z dnia 19 stycznia 1930 r. znalazła się obszerna wzmianka ks. Żebrowskiego z Wilna o Marianach – Stanisławitach. Za takie artykuły również zbierał nagany o. St. Pietrzak.
Do autentycznych publikacji o. St. Pietrzaka przyczepiali się także Księża Marianie, choć ich zarzuty były bezpodstawne i świadczyły jedynie o braku znajomości dziejów mariańskich.
Prowincjał Zgromadzenia Księży Marianów pismem z dnia 18 grudnia 1929 r. pisze do bpa Przeździeckiego: „W celu poinformowania, jak potrafi pan Pietrzak robić „Historię” i dostosowywać ją do okoliczności, poza wielu nieprawdziwymi szczegółami w żywocie Wiel. Sługi Bożego Ojca St. Papczyńskiego, może posłużyć ustęp z dzieła „Żywot św. Pawła od Krzyża”. Nakład OO. Pasjonistów, Kraków 1929 r., cena 6 złotych, gdzie w przedmowie tak pisze p. Pietrzak „… i prośby Wielebnego Sługi Bożego o. Kazimierza od św. Józefa Wyszyńskiego Generała Marianów, czyli OO. Stanisławitów od ratowania Dusz z czyśćca, który znał św. Pawła i żył w przyjaźni z Zakonodawcą Synów Męki Pańskiej”. „Już w wyobraźni p. Pietrzaka Marianie zrobili się Stanisławitami”.
Trudno tu o przykład większej ignorancji w znajomości dziejów mariańskich. Ten kompromitujący brak wiadomości u Prowincjała o „swym ” Zgromadzeniu jest zastanawiający, a przecież Księża Marianie uważają się za „nieprzerwany ciąg dawnego Zakonu”. Gdyby się więcej wgłębili w historię Zakonu OO. Marianów, to przekonaliby się, że w początkach istnienia Zakonu Marianów nazywano ich także popularnie Stanisławitami, białymi Pijarami, Imakulatami, Pustelnikami Niepokalanego Poczęcia. Prócz bezpośrednich informacji na ten temat pochodzących ze źródeł zakonnych, posiadamy również historyczną wzmiankę u o. Aleksego Koralewicza, zamieszczoną w jego kronice reformatów pod r. 1702: …o agregacji i przyjęciu do współtowarzystwa całego zakonu serafickiego ojców, w Polsce przedtem zwanych Stanislaitae a teraz po uczynionej profesji na regułę zakonu dziesięciu cnót N.M.P., nazwanych marianami. Za S. Sydrym, dz. cyt. s. 102: X. Alexy Koralewicz: Additament do kronik Braci Mniejszych Św. Franciszka, Warszawa 1722, s. 175.
Tak więc nie Pietrzak „robi « Historię »”, ale sam przełożony prowincjalny Zgromadzenia Księży Marianów nie zna jeszcze własnej historii, a właściwie: historii obcej mu spuścizny Zakonu o. Papczyńskiego. Nie był on w tym zresztą odosobniony. Świadczy o tym szczere wyznanie innego marianina, ks. bpa Cz. Sipowicza MIC. Wspominając o działalności Marianów Czarnych w Drui w latach dwudziestych, pisał: Wszyscy księża drujscy nie byli zbyt obeznani z życiem zakonnym, nie było u marianów „własnego charakteru” własnej tradycji.. W owym czasie prawie nic nie wiedzieliśmy o „starych marianach, o czcigodnych ojcach: Papczyńskim i Wyszyńskim… (Marianie, s. 235).
Innym razem tenże Prowincjał pisze do kurii siedleckiej, że Pietrzak „odgrzewa pogrzebaną sprawę” białych marianów oraz że marianie „nie nosili nigdy pasów niebieskich” (? !) itp. niedorzeczności.
W aktach stanisławickich kurii podlaskiej zawarte są też inne, nawet niecenzuralne wypowiedzi pod adresem Stowarzyszenia Stanisławitów dlatego ich nie przytaczamy.
Jednak białych stanisławitów szanowała okoliczna ludność i tłumnie przychodziła na ich nabożeństwa. Po wojnie w obronie ich przełożonego o. Janowicza zebrali mieszkańcy Janowa kilkaset podpisów na petycji wniesionej do biskupa podlaskiego i sprawę wygrali.
W dawnych latach również cieszyli się biali marianie wielką wziętością u prostego ludu. Ludzie kochali swych białych mnichów. Natomiast gdy czarni Księża Marianie (ks. Matulewicza) zjawili się pierwszy raz w Mariampolu w 1917 r., to tamtejsza ludność litewska, nie chętnie ich przyjęła, ponieważ zamiast białych habitów ubrani byli w czarne sutanny. Ks. J. Vaisnora MIC w swoich wspomnieniach spisanych pt. Widziałem Sługę Bożego, Stockbridge 1966, przedstawia to następująco:
Po nabożeństwie wszyscy byli ciekawi zobaczyć z bliska, jak wygląda ten nowy marianin i proboszcz. … I jakże się wszyscy zawiedli, kiedy zobaczyli go nie w białej szacie marianów, lecz w zwykłej sutannie księży świeckich. Bardziej odważni nie mogli wytrzymać, zbliżyli się i zaczęli wołać, że to nie marianie, lecz oszuści, ponieważ nie mają habitu marianów. „Nam takich marianów nie trzeba, jedźcie, skąd przybyliście” – żądali (s. 11).
Tenże ks. Vaisnora podaje także (s. 9), że o. Wincenty Sękowski aż do śmierci nosił biały habit. Podobnie czynił też o. B. Pielasiński. O. Wincenty nie przyjął więc w całości „odnowy” skoro zachowywał dawny strój i obyczaje zakonu mariańskiego. W związku z tą interesującą okolicznością powstaje pytanie w jaki sposób ks. J. Matulewicz wyjaśnił temu Ojcu zaszłe zmiany w Zakonie i czym uzasadnił „konieczność” przeobrażenia Zakonu w Zgromadzenie. Prawdopodobnie nie przyznał się, że to on wniósł bez jego zgody o te zmiany, ale że je narzuciła z urzędu św. Kongregacja do Spraw Zakonnych.
6. Przyczyny usunięcia założyciela a St. Pietrzaka ze Stowarzyszenia
Przyczyn usunięcia o. St. Pietrzaka ze Stowarzyszenia Stanisławitów było wiele. Od samego początku istnienia Stowarzyszenia stale atakowali go Księża Marianie, jako „niebezpiecznego” konkurenta, czyniącego ustawiczne zamachy na integralność ich kongregacji. Nie rozumieli i nadal nie rozumieją, że nie o to chodziło. Nowi marianie nie przyjęli do wiadomości opinii swego założyciela, ks. J. Matulewicza, który w swoim czasie wyraźnie uznał, że dawny Zakon i jego Zgromadzenie – to dwie odrębne organizacje zakonne. Nie widział też przeszkody, aby te dwa zgromadzenia zakonne żyły w zgodzie i rozwijały się każde w swym kierunku (zob. Oświadczenie o. Bogumiła Janowicza, s. 56). Czyżby następcy ks. J. Matulewicza widzieli w działalności o. St. Pietrzaka, zmierzającej do reaktywowania dawnego Zakonu, zagrożenie swojego istnienia? O. St. Pietrzakowi nie chodziło wcale o odebranie prawa do życia Księżom Marianom. On walczył o życie dla swojego Zakonu. Gdyby ze strony Zgromadzenia Księży Marianów było zrozumienie i choć trochę dobrej woli, nie byłoby tego gorszącego sporu. Ale Księżom Marianom nie trafiały nigdy słowa rozsądku do przekonania. Atakowali wszelkie poczynania o. St. Pietrzaka i jego próby odrodzenia dawnego Zakonu. Mieli mu za złe, że „odgrzewa pogrzebaną sprawę” białych marianów. Tropili go wszędzie i szczuli na niego ze wszech stron. Taka złośliwa akcja sprawiała także wiele kłopotu biskupowi Przeździeckiemu.
Po erygowaniu Stowarzyszenia Diecezjalnego Stanisławitów zostaje o. St. Pietrzak mianowany przez bpa Przeździeckiego profesorem Seminarium Duchownego w Janowie Podlaskim. Wykłada historię kościoła. W początkach lat trzydziestych przybył do Seminarium Duchownego wizytator apostolski o. Anzelm, karmelita, z zadaniem przeprowadzenia wizytacji. Ordynariusz poleca przygotować dla niego specjalny apartament. Jednakże zakonnik ten nie korzysta z proponowanego mu wygodnego pomieszczenia lecz zamieszkuje na czas wizytacji u o. St. Pietrzaka. W czasie wizytacji okazało się, że kilku profesorów nie posiadało wystarczającego cenzusu naukowego uprawniającego do wykładania w Seminarium i musiało zaprzestać pracować w tej uczelni. Posądzono Pietrzaka o rzekomo nieprzychylne nastawienie o. Anzelma ku tym wykładowcom. W wyniku tych nieuzasadnionych podejrzeń zrodziła się niechęć do o. St. Pietrzaka, która udzieliła się także ordynariuszowi podlaskiemu. Od tego czasu o. St. Pietrzak nie cieszył się już tak wielkim uznaniem w Kurii i Seminarium, jak poprzednio.
O. St. Pietrzak zorganizował szybko życie zakonne w Stowarzyszeniu Stanisławitów ściśle według ustaw i zwyczajów dawnego zakonu mariańskiego. Nikt bowiem po o. B. Pielasińskim tak dokładnie nie znał ducha Zakonu o. St. Papczyńskiego jak on. Po wykonaniu tego zadania uważał, że jego rola na razie się skończyła. Osiągnął wiele ale nie wszystko. Stowarzyszenie nie było jednak zakonem. I to nie dawało mu spokoju. Chciał działać dalej. Odczuwał na sobie zbyt dobitnie dotkliwą krzywdę wyrządzoną jego Zakonowi. Postanawia piórem walczyć dalej o sprawiedliwość. Szuka także sprzymierzeńców i protektorów dla tej sprawy.
Po kilku latach pobytu w Janowie Podlaskim przenosi się o. St. Pietrzak z powrotem do Krakowa. W wynajętym od ok. 20 lat mieszkaniu, obok ścisłego życia jako zakonnik mariański, oddaje się pracy pisarskiej. I tam nie ma spokoju. Śledzono jego tryb życia i czekano, aby go na czymś niestosownym przyłapać. Skargi na jego pisma i artykuły otrzymuje bp Przeździecki nadal. Zabrania mu w końcu pod naciskiem Księży Marianów pisać prawdę o dawnym Zakonie pod groźbą wydalenia ze Stowarzyszenia. Zdarzył się też wypadek, że napadnięto na o. St. Pietrzaka i pobito dotkliwie na ulicy, gdy powracał do d omu. Nie był odtąd pewny swego życia.
Podczas pobytu w Krakowie jeszcze przed 1928 r. napisał o. St. Pietrzak m.in. pracę pt.: „Srebrny Jubileusz Para w Adam Mass” na zlecenie proboszcza tej placówki polskiej w Ameryce.
Włożył w to dzieło wiele pracy i pieniędzy. Z korespondencji między wydawcą tj. Drukarnią W.W. Anczyca w Krakowie a nim wynika, że koszt własny tego wydania bez honorarium autorskiego wynosił ok. 12.000 zł. Jak na warunki przedwojenne była to pokaźna suma.
Gdy doszło do płacenia, to ów „czcigodny proboszcz z Ameryki skwitował żądania o. St. Pietrzaka uwagą: „Na co są potrzebne pieniądze zakonnikowi?” I nie dał ani grosza! Sprawa ta sprawiła o St. Pietrzakowi wiele kłopotów i wprowadziła go w bardzo ciężką sytuację finansową, zwłaszcza że licząc nawet na pewien zarobek zamówił wcześniej drogi materiał na habity dla swych towarzyszy zakonnych w Janowie Podlaskim. Stał się człowiekiem niewypłacalnym. Musiał się zapożyczyć. Skromne zasiłki, jakie otrzymywał od Stanisławitów nie wystarczały nawet na spłaty odsetek. Wierzyciele po bezskutecznych monitach poczynają grozić wywołaniem skandalu, a potem piszą skargi do bpa Przeździeckiego. Sprawa spłaty długów ciągnie się przez wiele lat. Ostatecznie po ciężkich tarapatach, o. St. Pietrzak zmuszony jest sprzedać część ziemi rodzinnej, aby w ten sposób zaspokoić roszczenia wierzycieli.
Do tych kłopotów finansowych dołącza się jeszcze nowy o mieszkanie. Od dwudziestu lat mieszka o. St. Pietrzak przy ul. Słowackiego 7. Właściciel tego mieszkam, prof. dr inż. Jan Sas – Zubrzycki zamieszkuje od dawna we Lwowie. O. St. Pietrzak płaci mu umówiony czynsz mieszkaniowy, ale właściciel od kilkunastu lat nie przeprowadza żadnego remontu. Przeprowadza go na swój koszt Pietrzak i żąda od właściciela odliczenia poniesionych kosztów od płaconego miesięcznie czynszu. Powstaje sprawa sporna. Ale tenże właściciel nie szuka sprawiedliwości na drodze prawnej w słownictwie powszechnym, lec woli wnieść skargę do biskupa podlaskiego w nadziei, że w ten sposób łatwiej i prędzej dojdzie „swych praw”.
Tak w świetle faktów przedstawiają się owe „nadużycia materialne popełnione Józefa Stanisława Pietrzaka” jak podaje wybiórczo i jednostronnie ks. J. Kałowski w swej pracy magisterskiej pt.: Odnowa Zakonu OO. Marianów w świetle zarzutów Józefa Stanisława Pietrzaka, maszynopis, s. 75 nn.
W tak trudnych okolicznościach w jakich znalazł się o. St. Pietrzak nie było nadziei na dłuższe pozostanie w założonym przez siebie Stowarzyszeniu. Biskup Przeździecki ma w końcu dosyć ciągłych skarg i ataków na osobę St. Pietrzaka. Decyzją z dnia 5 lutego 1935 r. wydala go ze Stowarzyszenia jako, że w jego dalszym pobycie w tym Stowarzyszeniu nie widać „celowości” a jego „bezużyteczność” jest oczywista. W taki oto sposób zaszczuto o. St. Pietrzaka. Powstaje w związku z tym jeszcze jedno pytanie: Jaki skutek pociągnęłyby te intrygi, gdyby okazało się, że o. St. Pietrzak był kapłanem? Zostałby niewątpliwie zupełnie zdruzgotany, a sprawa odrodzenia Zakonu upadłaby na zawsze. Po wojnie próbowano użyć władz świeckich jako narzędzia w stosunku do niektórych zwolenników dawnego Zakonu, którzy zbyt głośno i za energicznie dopominali się o sprawiedliwość dla zakonu mariańskiego. Ale nie wiele wskórano. Władze świeckie nie miały potrzeby wdawać się w ten spór zakonny. W okresie międzywojennym inne panowały stosunki pod tym względem. W razie ujawnienia święceń kapłańskich o. St. Pietrzaka sprawa ta przybrałaby o wiele ostrzejszą formę i miałaby znacznie groźniejszy charakter.
7. Działalność o. St. Pietrzaka jako „świeckiego” człowieka
O. St. Pietrzak, oprócz usilnych starań o Zakon OO. Marianów, zajmował się także szeroką działalnością społeczno-polityczną. Pod tym względem istnieje między nim a ks. J. Matulewiczem pewne podobieństwo. Ks. J. Matulewicz jako starszy wiekiem działał w Warszawie w okresie przed 1-szą wojną światową, a terenem działalności o. St. Pietrzaka był Kraków w czasie 1-szej wojny światowej oraz w czasie międzywojennym. O. St. Pietrzak spełniał różne funkcje w katolickich ośrodkach społecznych. Przyjaźnił się z wielu wybitnymi osobistościami z czasów przed 2-gą wojną światową. Jego serdecznym przyjacielem był dr Tadeusz Bilikiewicz, profesor Akademii Medycznej w Gdańsku, z którym poznał się jeszcze podczas pobytu na wschodnich rubieżach Polski międzywojennej. Z posiadanych przez nas akt wynika, że o. St. Pietrzak przyjaźnił się także z bpem Bandurskim, sufraganem diecezji wileńskiej. Był literatem – publicystą i redaktorem w kilku pismach. Przez jakiś czas piastował nawet funkcje naczelnego redaktora. Jest też komisarzem okręgowym Stronnictwa Chrześcijańskiej Demokracji, a potem zostaje jego generalnym sekretarzem. Zajmuje się również działalnością charytatywną. Zostaje prezesem Towarzystwa pomocy dla bezdomnych w Polsce im. Brata Alberta.
Pisał wiele okolicznościowych artykułów i felietonów na łamach prasy codziennej i periodycznej. Główną tematyką jego działalności literackiej są zagadnienia religijno-historyczne. Szperał stale w bibliotekach i archiwach klasztorów krakowskich i w innych miejscowościach. Wynajdywał dawno zapomniane postacie historyczne względnie rzucał nowe światło na mało znane fakty z dziejów Kościoła w Polsce.
Wysyłał też swoich współpracowników nawet za granicę np. p. Krzymuskiego do Portugalii i Hiszpanii w celu poszukiwania dokumentów po tamtejszych Marianach. W kraju szukał nadal żmudnie wszystkiego, co mogłoby mieć jakąś wartość historyczną. Np. po spaleniu się w początkach lat pięćdziesiątych katedry w Chełmży zlecił piszącemu te słowa pojechać na miejsce i zebrać dostępne wiadomości o grobie gł. Juty.
W czasie ostatniej wojny wiele oryginalnych dokumentów zaginęło. Akta zakonne i jego dorobek naukowy wraz z dokumentami o znaczeniu unikalnym były w okresie wojny przechowane w jednym z żeńskich klasztorów w Krakowie. Zakonnice w obawie przed Niemcami przenosiły je z miejsca na miejsce. Sporo materiału przy tym się zagubiło. Wykorzystali tę okoliczność po wojnie jego konkurenci i poczęli zarzucać mu nie tyle brak ścisłości co „fałszowanie” pewnych niesprawdzonych faktów i okoliczności. Zdarzały się też przypadki, że wyłudzono od niego pewne informacje, a potem przypisano sobie efekt całego osiągnięcia naukowego.
W ciągu swego życia napisał i wydał wiele opracowań książkowych. Do nich m.in. należą: Venerabilis Servus Dei O. Stanisław Papczyński instytutor Zakonu OO. Marianów, Niepokalana Królowa Polski, Księża Powstańcy, O. Krzysztof Szwermicki apostoł Syberii, O. Janowicz, Srebrny Jubileusz Parafii w Adams Mass.
W aktach znalazły się przygotowane do druku dalsze jego dzieła: o Jucie Chełmżyńskiej, o Królowej Jadwidze i jeszcze inne opracowania.
Ciekawe jest to, że za jego życia nie atakowano jego publikacji, a było ich sporo. Dopiero po jego śmierci (1954 r.) znaleźli się tacy, którzy zaczęli podważać jego osiągnięcia, bo już nie mógł się bronić.
X. ROZWIĄZANIE STANISŁAWITÓW PO DRUGIEJ WOJNIE ŚWIATOWEJ I DALSZA MARTYROLOGIA RESZTEK ZAKONU
1. Powojenny rozrost Stowarzyszenia
Po powrocie z Niemiec Zachodnich w grudniu 1946 r. o. Stanisław Pietrzak przystępuje do realizacji swoich idei odnowienia dawnego zakonu mariańskiego.
Założone przez niego 2 XI 1928 r. na terenie diecezji siedleckiej czyli podlaskiej Stowarzyszenie diecezjalne Stanisławitów miało w swoich założeniach, programie i ubiorze nawiązywać maksymalnie do dzieła o. Papczyńskiego. Zgromadziło zresztą ono od razu ludzi związanych bezpośrednio lub pośrednio z nurtem odnowy zapoczątkowanej przez o. Bernarda Pielasińskiego. Forma diecezjalnego stowarzyszenia nie pozwalała im na oficjalne składanie ślubów, ale praktyki pobożne i duch dawnego zakonu mariańskiego panowały zdecydowanie. Wychodzono z założenia, że jeśli prawnie nie została rozstrzygnięta sprawa powrotu do życia dawnego zakonu o. Papczyńskiego, może się on rozwijać i w takiej postaci do chwili, gdy Kościół rozwikła ten, nietrudny zresztą, węzeł gordyjski. Zaczęto także podkreślać, że przecież nawet sama nazwa „stanisławici” jest dawnym, pierwotnym określeniem zakonu OO. Marianów. Takie stawianie sprawy ze strony – nazwijmy obozu Pietrzaka – wywołało bardzo ostry, i niestety nawet nie przebierający w środkach, sprzeciw ze strony Zgromadzenia Księży Marianów Czarnych. Legitymowali się oni dekretem Kongregacji do Spraw Zakonnych z 25 IV 1925 r., który – jak na zamówienie – stwierdzał w jasnych słowach, że tylko oni są kontynuatorami zakonu o. Papczyńskiego, mimo że są już tylko zgromadzeniem a nie zakonem z racji innej kwalifikacji ślubów i mimo radykalnych zmian poczynionych w stosunku do dawnych konstytucji. A że dekret ten w swojej podstawie wprost nawiązywał do wcześniejszego dokumentu kontrowersyjnego z 1910 r., to już Marianie Czarni nie brali (i nie chcą jeszcze brać) tego pod uwagę. Te dwie odmienne motywacje były wciąż motorami walki o spuściznę po dawnym polskim zakonie.
Zaraz po wojnie wydawało się, że tak ogromne zapotrzebowanie na pracowników w wyniszczonej winnicy Pańskiej przygasi dawne spory i pozwoli na spokojniejszy rozwój Stowarzyszenia Stanisławitów.
O. Pietrzak, choć oficjalnie wykluczony ze swego stowarzyszenia jeszcze w 1935 r. na skutek znanych intryg i określonej akcji rzekomo zagrożonych Marianów Czarnych, teraz nie występuje czas jakiś oficjalnie, ale przygotowuje odpowiednich ludzi, posyła do o. Bogumiła w Janowie Podlaskim kandydatów. Dalej jest przekonany, że jeśli jeszcze nie nadszedł czas na urzędowe sprostowania czy wyjaśnienia, należy działać tak, jakby Stowarzyszenie Stanisławitów było de facto Zakonem OO. Marianów dawnych. Nie zdawał sobie sprawy, że na dłuższą metę nie można jednak ukrywać idei odnowy zakonu o. Papczyńskiego pod szyldem Stanisławitów. Tu leżał jego strategiczny błąd, który wkrótce będzie kosztował wiele dalszych ofiar, zagmatwa sprawę i przedłuży jej rozwiązanie.
Tymczasem Stowarzyszenie Stanisławitów po okresie wojny, która rozproszyła prawie wszystkich jego członków prócz przełożonego, jednego brata i kleryka, Uczyło w 1955 r. (25 VIII) według dostarczonego przez o. Bogumiła Janowicza Kurii Diecezjalnej w Siedlcach wykazu stanu osobowego: 17 członków i kandydatów, w tym: 5 kapłanów, 8 kleryków, 1 brata i 3aspirantów na braci. (Akta Kurii Diecezjalnej Siedleckiej, Zgromadzenie Stanisławitów w Janowie, Lit. Z, dział III, karta nr 417).
2. Kształcenie przyszłych kapłanów zakonnych
Na podstawie Statutu Stowarzyszenia Diecezjalnego Stanisławitów, art. 11, o. Bogumił Janowicz, jako przełożony, uważał, że miał prawo wysyłania swych kandydatów na studia teologiczne do diecezjalnych seminariów duchownych w kraju. Sprawa ta wydawała się oczywistą i nie budziła przez długi czas wątpliwości. Zatwierdzony przez ordynariusza podlaskiego Statut przewidywał we wspomnianym art. 11, że „członkami Stowarzyszenia mogą być kapłani, klerycy i świeccy”. Wprawdzie przepis ten nie mówił wyraźnie o przysługującym temu Stowarzyszeniu prawie wysyłania kleryków na studia teologiczne, ale dopuszczał taką interpretację. Statut nie precyzował jasno, skąd miał pochodzić nabór kleryków: czy mieli to być klerycy z seminariów duchownych, którzy zadeklarowali swą przynależność do Stowarzyszenia, czy też mogli to być młodzi chłopcy zgłaszający się do Stowarzyszenia z chęcią studiowania teologii i zostania kapłanami dla Stowarzyszenia. W praktyce było tak, że przełożony za zgodą ordynariusza, wysyłał takich zgłaszających się kandydatów do seminarium duchownego i nie było z tym problemów do 1954 r. Ale wtedy chodziło o jednego, dwóch w ciągu roku lub rzadziej. Teraz zaś, gdy „uzbierało się” aż 8 kleryków, czujni adwersarze zaniepokoili się i podnieśli mnóstwo wątpliwości prawnych, co w efekcie końcowym doprowadziło do znanego skądinąd wyroku: „ci według Prawa winni umrzeć”.
3. Starania o otwarcie nowicjatu i zatwierdzenie Konstytucji
O. Bogumił Janowicz od wielu lat był słabego zdrowia i często prosił Kurię biskupią w Siedlcach o dodatkowe urlopy zdrowotne. Na początku 1952 r. stan zdrowia na tyle się pogorszył, że 64-letni przełożony zwrócił się do swego ordynariusza, ks. bpa Ignacego Świrskiego z prośbą o pozwolenie otwarcia kaplicy prywatnej w domu Stowarzyszenia, gdzie mógłby odprawiać msze św. i spowiadać nawet siostry zakonne, których był wyznaczonym spowiednikiem. Specjalny indult na otwarcie takiej kaplicy, podpisany przez ks. Prymasa, S. Wyszyńskiego, nadszedł 8 II 1952 r.
Czując więc z jednej strony upadek swych sił, a z drugiej mając na uwadze fakt, że za rok nadchodziło 25-lecie istnienia Stowarzyszenia, o. Bogumił w dniu 19 III 1952 r. skierował do swego Ordynariusza prośbę o zatwierdzenie Stowarzyszenia jako Zgromadzenia zakonnego na prawach diecezjalnych z możliwością otwarcia „regularnego nowicjatu dla przybywających członków”. Przy tym zostały przedłożone szczegółowo opracowane obszerne Konstytucje (101 stron maszynopisu A-4, IX artykułów i 667 ponumerowanych punktów) z prośbą o ich zatwierdzenie jako norm postępowania i życia dla Zgromadzenia.
W aktach brak odpowiedzi na to ważne pismo przełożonego Stanisławitów. Widocznie jednak coś przygotowywano w kierunku zatwierdzenia, gdyż pod datą 24 II 1953 r. złożono urzędowy odpis dekretu erekcyjnego Stowarzyszenia wystawionego przez bpa H. Przeździeckiego w 1928 r. oraz odpis Statutu. Dalej ważna dokumentacja urywa się aż do 4 III 1954 r., pod którą to datą zarejestrowano pismo z Sekretariatu Przewodniczącego Episkopatu z Warszawy, o czym będzie mowa później.
Tak więc minął cicho jubileusz 25-lecia, nowicjatu nie otwarto, tylko przybyło kandydatów więcej, niż dotąd.
4. Pogodne chwile przed burzą
Prawie do końca 1952 r. w Stowarzyszeniu Stanisławitów nie dzieje się nic szczególnego. O. Bogumił Janowicz spełnia, jak może, swe funkcje rektora przy kościele św. Jana w Janowie Podlaskim i oczekuje na rychłe już święcenia kapłańskie kleryka, Józefa Starka, który będzie mu pomocnym w duszpasterstwie miejscowym. Czeka także na urzędowe podniesienie statusu diecezjalnego stowarzyszenia do rangi, wprawdzie także diecezjalnego, ale już zgromadzenia zakonnego z własnymi konstytucjami, nowicjatem, możnością składania ślubów.
Czas jednak płynie nieubłaganie. Kuria siedlecka nie odpowiada. W tej sytuacji włącza się do działania o. Stanisław Pietrzak, który też już schorowany i w podeszłym wieku chciałby widzieć jakieś konkretne rozwiązanie sprawy. Jest całkowicie przekonany, że otrzymane od o. Bernarda Pielasińskiego dokumenty mariańskie, pieczęć zakonna i nakaz kontynuowania dzieła o. St. Papczyńskiego — nie mogą zginąć. Tymczasem zgłasza się do niego zakonnik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy z Krakowa, ks. Andrzej Balicki. Poznaje bliżej całą sprawę polskiego zakonu mariańskiego, jego krzyżową drogę w utrzymaniu faktycznej ciągłości i zachowaniu całej tradycji i surowości zakonnego życia, decyduje się włączyć w ten nurt i chce owocnie pracować. Nie czekając długo, kieruje prośbę do ks. Prymasa o pozwolenie na przejście do zakonu OO. Marianów-Stanisławitów. Sprawę stawia prosto, jak zrozumiał, bez wchodzenia w zawiłości prawnicze. Nie posiadamy kopii tego pisma, które w toku dalszych bardzo nawet dramatycznych akcji odwetowych i represyjnych (przy użyciu pomocy władzy świeckiej!) zaginęło wraz z wielu innymi dokumentami. Jest natomiast pozytywna odpowiedź, którą załączamy:
Nie wchodząc w szczegółowe interpretacje zaszłych faktów, należy stwierdzić obiektywnie, że wymienione wyżej włączenie się do akcji Stanisława Pietrzaka, z prawnego punktu widzenia, więcej przyniosło zamieszania, niż pomocy, ale też, wyzwalając charakterystyczne mechanizmy samoobronne u przeciwników, którzy teraz postawili va banque!, spolaryzowało stanowiska i pokazało na czym komu istotnie zależy. Zanim to jednak nastąpi w całej ostrości, o. Andrzej (w zakonie Kazimierz od Jezusa Maryi i Dusz czyśćcowych) Balicki oddał się całkowicie poznawaniu historii zakonu o. Papczyńskiego i przylgnął całym sercem do jego idei. Wkrótce zaczął działać.
W Stowarzyszeniu stanisławickim nastąpił punkt zwrotny. Przybyło w ciągu paru najbliższych lat prócz o. Kazimierza, trzech innych kapłanów: nowo wyświęcony o. Zdzisław (Józef) Stark, ks. Edmund (Pius) Szuba z diecezji warmińskiej i ks. mgr Kazimierz Dobrzycki z archidiecezji krakowskiej. Zaczęli się zgłaszać z różnych stron młodzi ludzie, którzy po krótkim przeszkoleniu zostali skierowani do seminarium opolskiego (w Nysie) i podlaskiego (w Drohiczynie) w nadziei, że Stowarzyszenie otrzyma w międzyczasie pozwolenie na otwarcie nowicjatu. Sprawa zresztą była w toku załatwiania.
Nadchodzi czerwiec 1954 r. Stanisław Pietrzak czuje się coraz słabszy. Chce przekazać całą spuściznę następcy. Najodpowiedniejszym wydaje się być o. Kazimierz Balicki. Jemu też zostaje przekazana władza i cały ciężar dalszych starań o odzyskanie pełnych praw zakonu o. Papczyńskiego.
O. Kazimierz Balicki przy trumnie o. St. Pietrzaka
Toruń 24 VI 1954 r.
Zostaje podjęta na nowo pałeczka w tej niełatwej sztafecie niełatwych dziejów umęczonego polskiego Zakonu. Kończy się jednak okres względnego spokoju. Niebo się chmurzy, zaczyna zbierać na burzę.
5. Zakulisowe intrygi przeciwników
Kronikę wydarzeń otwiera następujące pismo z Sekretariatu Przewodniczącego Episkopatu. Podajemy je w odpisie z Akt Kurii Diecezjalnej Siedleckiej (dalej cyt.: AKDS), jw., karta nr 406:
SEKRETARIAT PRZEWODNICZĄCEGO EPISKOPATU
Warszawa 40, ul Miodowa 17
Tel. 68 174
Prześwietna Kuria Biskupia
Siedlce
Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu – z polecenia J.E. Ks. Biskupa Michała Klepacza, Przewodniczącego Episkopatu – uprzejmie prosi Prześwietną Kurię Biskupią w Siedlcach o łaskawe podanie bliższych danych na temat Zgromadzenia Zakonnego tzw. Księży Stanisławitów.
Warszawa, dnia 10 lutego 1955 r.
/-/ Ks. Dr H. Goździewicz
Pieczęć jw. Ps. Najuprzejmiej zapytujemy również, kiedy i przez kogo została dokonana kanoniczna erekcja Zgromadzenia oraz czy Konstytucje zostały już zaaprobowane.
Na pismo to bez n-ru dziennika. Kuria Siedlecka odpowiedziała pismem nr 545 z dnia 7 marca 1955, informując krótko o dacie erekcji Stowarzyszenia i jego statutowym charakterze, po czym dodało:
„Stowarzyszenie Stanisławitów w początkach swego istnienia liczące kilku kapłanów i kilku braci, nie rozwinęło się, lecz przeciwnie zmalało i liczy obecnie dwóch członków – jednego kapłana ks. Jana Janowicza, który jest przełożonym Stowarzyszenia i zarazem rektorem kościoła filialnego w Janowie Podlaskim oraz jednego braciszka.
Przełożony w trosce o rozwój swojego Stowarzyszenia skierował w swoim czasie do tutejszego Seminarium Duchownego dwóch aspirantów i łożył na ich utrzymanie, spodziewając się, iż po otrzymaniu święceń kapłańskich wstąpią oni do Stowarzyszenia Stanisławitów. Ponieważ Stowarzyszenie nie ma jeszcze nowicjatu, więc ci dwaj kapłani pracują w diecezji na stanowiskach duszpasterskich i formalnie nie należą do Stowarzyszenia.
O klerykach skierowanych przez to Stowarzyszenie do innych Seminariów Duchownych Kuria nic nie wie”.
NOTARIUSZ
WIKARIUSZ GENERALNY
I-I podpis nieczytelny I-I podpis nieczytelny
Jak widać z powyższego władze diecezjalne nie były już od dłuższego czasu informowane o tym, co się dzieje w Stowarzyszeniu. Od zakończenia wojny w 1945 r. Kuria nie zamianowała już ze swojej strony Komisarza do spraw Stowarzyszenia. Wiadomo, że i o. Bogumił Janowicz od 19 III 1952 r. nie otrzymał żadnej odpowiedzi na swą prośbę o otwarcie nowicjatu; sam zresztą od dłuższego czasu był chory.
Akcja jednak rozwija się dalej. Dnia 18 marca 1955 nowe pismo z Sekretariatu Przewodniczącego Episkopatu, również bez n-ru dziennika, podpisane przez ks. T. Benscha prosi P. Kurię Siedlecką „o łaskawe wydelegowanie swego Przedstawiciela, który by mógł omówić w tutejszym Urzędzie sprawę Stowarzyszenia tzw. Księży Stanisławitów”.
Zamiast odpowiedzi na piśmie tym figuruje taka odręczna notatka: „Złożyłem sprawozdanie. Interim ad acta. Ign. eppus 28 Ul 1955”.
Sprawa powinna na tym się zakończyć, ale oto na scenę wychodzą właściwi, starzy gracze.
W dniu 29 kwietnia 1955 r. zwrócili się oni do Kurii Diecezjalnej w Siedlcach z prośbą o wydanie im w formie zaświadczenia, wyciągu z „Wiadomości Diecezjalnych Podlaskich” nr 2-3 z r, 1930, s. 106. Jest to mianowicie komunikat Kurii Siedleckiej wyjaśniający — na życzenie Ks.Ks. Marianów Czarnych – ówczesny stan prawny Stowarzyszenia Stanisławitów, jego stosunek do Zgromadzenia Księży Marianów oraz orzekający na temat ślubów Stanisława Pietrzaka i ks. Jana Janowicza w oparciu o dekret Kongregacji do Spraw Zakonów z 1928 r. Komunikat ten został wówczas wprost entuzjastycznie przyjęty przez generała marianów, ks. Fr. Buczysa, który z Rzymu już 20 III 1930 r. skierował na ręce ks. bpa Przeździeckiego dziękczynny list, w którym m.in. pisał: „Rozumiem, że ten Komunikat nie mógł się pokazać bez wiedzy Waszej Ekscelencji, i jestem przekonany, że został ogłoszonym na rozkaz Najdostojniejszego Pasterza. Sprawiedliwość, stanowczość i jasność jego treści na to wskazują.
Z najgłębszą czcią całując ręce Najdostojniejszego Pasterza dziękuję w imieniu całego Zgromadzenia XX. Marjanów za ten idealnie pasterski Komunikat, który jest jednocześnie dowodem łaskawej przychylności dla Zgromadzenia założonego przez sługę Bożego Stanisława Papczyńskiego”.
Otóż ten „idealnie pasterski Komunikat” okazał się obecnie w ich nowych rozgrywkach jeszcze raz potrzebny i chcą go mieć nie w zwykłym odpisie z „Wiadomości Diecezjalnych Podlaskich”, ale wydany przez Kurię Siedlecką w formie zaświadczenia. Otrzymali go jeszcze tego samego dnia – nr dziennika 921. Kanclerz (podpis nieczytelny) zakończył ów wypis urzędową formułą:
„Niniejsze zaświadczenie zostaje wydane Zgromadzeniu X.X. Marianów na ich prośbę dn. 29IV1955 r. dla przedstawienia w Sekretariacie Przewodniczącego Episkopatu Polski”.
Teraz już należało tylko oczekiwać pokłosia tych gorliwych zabiegów. Spadło ono bardzo szybko w postaci również „idealnie pasterskiego Komunikatu”. Oto on, rozesłany gdzie trzeba:
KOMUNIKAT
Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu uprzejmie informuje w sprawie Stowarzyszenia tzw. STANISŁAWITÓW, na którego czele stoi ks. Jan Janowicz rektor kościoła św. Jana w Janowie Podlaskim, co następuje:
1) Stowarzyszenie Stanisławitów nie ma łączności z dawnym Zakonem, a obecnie istniejącą Kongregacją Księży Marianów, którzy są prawnymi spadkobiercami dawnego Zakonu OO. Marianów.
2) Stowarzyszenie Stanisławitów nie jest ani Zakonem, ani Zgromadzeniem Zakonnym ani też Stowarzyszeniem osób życia wspólnego według kan. 492 i 673 – 681 K.P.K., lecz – w myśl Statutów z r. 1928, dotąd nie zmienionych, zwykłą asocjacją jak bractwa i sodalicje, bez żadnych ślubów, nawet prostych i bez żadnych urządzeń zakonnych (nowicjatu itp.).
Wobec tego Stowarzyszeniu Stanisławitów nie przysługuje prawo przyjmowania lub wysyłania kleryków na studia teologiczne.
Warszawa, dnia 12 maja 1955 r.
(pieczęć) SEKRETARIAT PRZEWODNICZĄCEGO EPISKOPATU Warszawa 40, ul Miodowa 17 tel. 68-174
Pozostaje tylko powtórzyć dawne generalskie kryterium. Sprawiedliwość, stanowczość i jasność jego treści na to wskazują”, iż choć bez podpisu i mimo pieczęci Sekretariatu Przewodniczącego Episkopatu, pochodzi on od zapobiegliwych Księży Marianów Czarnych.
Z pewnością żadne już seminarium duchowne nie przyjmie kandydatów od Stowarzyszenia Stanisławitów. Zresztą wkrótce nawet ten dekret okaże się zbytecznym. Widać, że nie tylko przyroda stosuje obfitość środków do skutecznego osiągania celów.
Tak oto kolejny akt dramatu rozegrano. Kurtyna zapadła, ale nie na długo.
W międzyczasie przypuszczono znowu wielostronny atak, tym razem już na zmarłego i nie mogącego się bronić, Stanisława Pietrzaka. Rozpętano kampanię obrzucania go błotem, odsądzono go od „czci i wiary”. Z tej akcji oczerniania go niektórzy nawet zrobili łatwą drabinkę do uzyskania cenzusów naukowych. Szczegółowe rozpatrzenie tej sprawy pozostawiamy do oddzielnego opracowania.
6. Przykry los następcy o. S. Pietrzaka
Podobnie na odrębną publikację kwalifikuje się sprawa związana z osobą następcy S. Pietrzaka, o. Kazimierza Balickiego, który w ciągu ponad pięciu lat był przedmiotem nieustannych ataków i wielorakich szykan. Wszystko rozpoczęło się od następującego dekretu:
PRZEWODNICZĄCY EPISKOPATU N. 1810/55/P.E.
BISKUP MICHAŁ KLEPACZ
WARSZAWA
DEKRET
Zważywszy, że Stowarzyszenie Diecezjalne Stanisławitów w Diecezji Podlaskiej, do którego przynależał Ks. Kazimierz Balicki C.M., nie jest ani Zgromadzeniem Zakonnym ani stowarzyszeniem osób życia wspólnego według przepisów kan. 673-681 Kodeksu Prawa Kanonicznego, na mocy szczególniejszej władzy, udzielonej przez Stolicę Apostolską Przewodniczącemu Konferencji Episkopatu, niniejszym oświadczam, że Ks. Kazimierz Balicki C.M. jest nadal członkiem Zgromadzenia Księży Misjonarzy św. Wincentego a Paulo. Wobec tego nakazujemy wspomnianemu Ks. Kazimierzowi Balickiemu C.M. natychmiast wrócić do klasztoru i zgłosić się do dyspozycji Wizytatora Księży Misjonarzy w Krakowie.
Warszawa, dnia 28 czerwca 1955 r.
I-I + M. Klepacz /M.P./
Wielebny
Ks. Kazimierz Balicki C.M.
Kraków
Odwołania i wyjaśnienia składane do różnych instancji kościelnych, albo były załatwiane odmownie, albo pozostawały najczęściej bez odpowiedzi. W rekursie do Stolicy Ap. 15 III 1957 r. o. K. Balicki był zmuszony wyznać m.in., że: „Władze świeckie, działające w porozumieniu z pewnymi kołami władz duchownych, zarządziły w mym mieszkaniu w Krakowie rewizję i skonfiskowały wszystkie akta, pamiątki i pieczęcie zakonne. Dopiero interwencja u najwyższych władz państwowych spowodowała oddanie z powrotem wszystkich tych przedmiotów…”
W piśmie zaś do ks. bpa I. Świrskiego z dnia 25 marca 1958 r„ odłożonego zresztą ad acta 10 VI58, znalazły się takie słowa: „Starania moje nad wyjaśnieniem podstaw prawnych naszego Zakonu w kraju rozbiły się o bardzo nieprzychylne stanowisko … sekretarza b. Przewodniczącego Episkopatu … (który) nie tylko że nie chciał dopuścić mnie do bezpośredniej rozmowy z Ks. Kardynałem, ale sprawę naszą … przedstawia Jego Eminencji w niewłaściwym i niekorzystnym świetle”.
Są to mocne sformułowania (w tekście listu są one jeszcze mocniejsze), ale niestety prawdziwe. Dziś o. (Kazimierz) Andrzej Balicki pracuje jako kapelan jednego ze szpitali w Krakowie, sam zresztą już schorowany, i przebywa w domu Zgromadzenia Księży Misjonarzy, do którego powrócił już od dwudziestu lat, nie zdoławszy przebić muru niezrozumienia u władz kościelnych. Sama sprawa jednak reaktywowania dawnego zakonu o. Papczyńskiego pozostaje nadal otwarta i czeka na swe rozstrzygnięcie.
7. Likwidacja Stowarzyszenia
Rok 1955 należał z pewnością do najbardziej sprzyjających Zgromadzeniu Księży Marianów. Miejsce internowanego w tym czasie ks. kard. S. Wyszyńskiego zajmował jako Przewodniczący Episkopatu, biskup łódzki, Michał Klepacz. Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu nie tylko otwierał swe podwoje Księżom Marianom w owym czasie, ale szedł im nawet aż za bardzo na rękę. Należało przeto kuć żelazo póki gorące. I tak w samą uroczystość św. Piotra i Pawła wychodzi z Sekretariatu takie oto niewinne pisemko, dalej bez numeru dziennika:
SEKRETARIAT
PRZEWODNICZĄCZEGO EPISKOPATU
WARSZAWA 2 teL 68-174
Jego Ekscelencja Najprzewielebniejszy Ks. Biskup Ignacy ŚWIRSKI Ordynariusz Siedlecki czyli Podlaski w Siedlcach
Zważywszy, że Stowarzyszenie Diecezjalne Stanisławitów z siedzibą w Janowie Podlaskim nie spełniło położonych w nim nadziei, a nawet nadużyło ostatnio zaufania Kościoła, Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu – z polecenia J.E. Ks. Biskupa Michała Klepacza, Przewodniczącego Episkopatu – najuprzejmiej pozwala sobie wysunąć sugestię, by Wasza Ekscelencja był łaskaw skorzystać w danym wypadku z przysługujących Mu na mocy przepisu kan. 699 par. 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego i art. 16 Statutów uprawnień co do rozwiązania wymienionego Stowarzyszenia.
Warszawa, dnia 29 czerwca 1955 r.
I-I Ks. T. Bensch
(pieczęć podłużna Sekretariatu)
Odpowiedni grunt już wcześniej przygotowano, teraz zapewne wystarczy tylko poddać właściwą sugestię. Taka przecież metoda odniosła już raz skutek. Przypomnijmy. Od 1929 r. wzięto na cel Stanisława Pietrzaka. Urabiano grunt pod jego usunięcie ze Stowarzyszenia Stanisławitów. Zanim to osiągnięto, w pewnym momencie padła sugestia- Oto w liście do bpa Cz. Sokołowskiego z 16 XI 1933 r. były prowincjał Marianów, ks. W. Jakowski po przytoczeniu wielu zarzutów i oskarżeń pod adresem S. Pietrzaka konkluduje po przyjacielsku („jako dawny kolega (biskupa) i nie w charakterze urzędowym”): „Widząc ze wszystkiego, że (S. Pietrzak) jest Manjakiem na punkcie „Białych Marjanów” nie liczącym się wcale z Dekretami Stolicy Apostolskiej, czy nie byłoby wskazanem usunąć go od Stanisławitów, pozbawiając zarazem prawa afiszowania się habitem… i to przecież nie marjańskim, gdyż Marjanie nigdy nie nosili pasów niebieskich? ” (A.K.D.S., karta 249).
Tam sugerował eksprowincjał, tu sugestia wychodzi z najwyższego w kraju urzędu kościelnego. Jest to prawie delikatny rozkaz. Jednak ordynariusz siedlecki milczy, z sugestii nie korzysta. Wkrótce, bo zaledwie po miesiącu oczekiwania, reżyserzy owej „sugestii” już niecierpliwie i niedwuznacznie precyzują swe zamiary:
SEKRETARIAT PRZEWODNICZĄCEGO EPISKOPATU
WARSZAWA 2
Prześwietna Kuria Biskupia w Siedlcach
W związku z pismem tutejszego Urzędu z dnia 29 czerwca br.. Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu najuprzejmiej zapytuje Prześwietną Kurię Biskupią w Siedlcach, czy Stowarzyszenie Diecezjalne tzw. Stanisławitów zostało rozwiązane. Z góry dziękujemy za łaskawą odpowiedź. Dodajemy, że członkowie wymienionego Stowarzyszenia nadal sprawiają trudności Kościołowi.
Warszawa, dnia 12 sierpnia 1955 r.
Ks. Dr H. Goździewicz (Pieczęć podłużna Sekretariatu)
Biskup kapituluje. Już 20 sierpnia pada werdykt: „Stowarzyszenie Stanisławitów rozwiązujemy” (A.K.D.S. karta 414). W ciągu 11 dni sformułowano wyrok:
Siedlce, dnia 1 września 1955 r.
BISKUP SIEDLECKI czyli PODLASKI
Dekret
Ś.p. Biskup Henryk Przeździecki, poprzednik Nasz, dekretem z dnia 2 listopada 1928 roku nr 5772, na zasadzie kan. 686, 707 i 708 K.P.K., kanonicznie erygował Stowarzyszenie diecezjalne Czcicieli Niepokalanie Poczętej Dziewicy – Królowej pokoju, Wspomożycielki dusz czyśćcowych, pod opiekę Tejże Bogarodzicy i św. Stanisława B.M. czyli STANISŁAWITAMI się zwących, przy kościele filialnym św. Jana Chrzciciela w Janowie, tutejszej diecezji.
Jednocześnie na podstawie dokumentów, przechowywanych w Kurii Naszej, stwierdzamy: 1. Że wymienione Stowarzyszenie, jako niczym kanonicznie nie związane z dawnym Zakonem OO. Marianów nigdy nie było i nie jest Zakonem, ani Kongregacją zakonną, lecz od początku było i dotąd pozostało zwykłą Asocjacją, jak: sodalicje, bractwa bez żadnych ślubów, nawet prostych lub urządzeń zakonnych (nowicjat itp.); 2. Że ks. Jan Janowicz, rektor kościoła św. Jana Chrzciciela w Janowie, stojący na czele Stowarzyszenia, ani nikt ze stowarzyszonych, nie składał żadnych ślubów zakonnych, ważnych w obliczu Kościoła.
Po dokładnym zbadaniu początków, przeszłości, jak i obecnego stanu Stowarzyszenia, tzw. Stanisławitów w Janowie Podlaskim, doszliśmy do smutnego i bolesnego przekonania:
1. że wymienione Stowarzyszenie diecezjalne, przez okres prawie 27 lat istnienia na terenie diecezji, wskutek braku odpowiednich warunków i właściwego kierownictwa nie zdołało się wewnętrznie zorganizować i należycie rozwinąć, jak tego wymagają przepisy prawa kanonicznego i statuty Stowarzyszenia, lecz było nieustannym powodem wielu kłopotów dla Władzy diecezjalnej;
2.że nie ma żadnych nadziei do przypuszczenia, aby Stowarzyszenie to, w najbliższej przyszłości, mogło się zorganizować, ponieważ brakuje mu nadal odpowiednich warunków i należytego kierownictwa;
3. że liczba członków ulegała stałym wahaniom, obecnie poza przełożonym, liczy zaledwie dwóch członków związanych ze Stowarzyszeniem i nieustanną liczbą aspirantów;
4. że Stowarzyszenie to, w ostatnich zwłaszcza czasach, niejednokrotnie nadużyło zaufania, stając się niepożytecznym dla sprawy Kościoła, domniemani zaś członkowie Stowarzyszenia przymnażają nadal Kościołowi wiele trudności.
Biorąc powyższe motywy pod uwagę oraz mając na celu większą chwałę Boga wszechmogącego i Jego Kościoła, jak również i pożytek duchowy samych stowarzyszonych – Dekretem niniejszym, na mocy przysługujących Nam uprawnień wynikających z przepisu kanonu 699 par. I K.P.K. i art. 16 Statutów rzeczowych Stowarzyszenia – z dniem 15 października 1955 r.: a) rozwiązujemy i kasujemy Stowarzyszenie diecezjalne Czcicieli Niepokalanie Poczętej Dziewicy – Królowej pokoju, Wspomożycielki dusz czyśćcowych pod opieką tejże Bogarodzicy i Św. Stanisława B.M. czyli Stanisławitami się zwących, przy kościele św. Jana Chrzciciela w Janowie, tutejszej diecezji oraz b) jednocześnie z dniem 15 października 1955 r. zawieszamy i unieważniamy Statuty Stowarzyszenia, nadane temuż Stowarzyszeniu w dniu 2 listopada 1928 roku przez śp. Biskupa Henryka Przeździeckiego Ordynariusza diecezji. Równocześnie, w myśl art. 16 Statutów rozwiązanego Stowarzyszenia, stanowimy i zarządzamy, z ważnością od 15 października 1955 r., jak następuje:
1. Ks. Jan Janowicz pozostaje nadal, aż do dalszej decyzji Naszej, na stanowisku rektora kościoła św. Jana Chrzciciela w Janowie.
2. Ks. Józef Zdzisław Stark, wyświęcony w 1953 r, na kapłana ad tituium servitii dioecesani, po zakończeniu urlopu zdrowotnego, otrzyma stanowisko w diecezji Naszej.
3. Kapłanów wyżej wymienionych, co do noszenia ubioru duchownego, obowiązuje kan. 151 par. 1 K.P.K. oraz stat. 96, par. 1 Synodu Diecezjalnego Podlaskiego z 1923 r.
4. Polikarp Sawicki, przebywający stale poza domem Stowarzyszenia, na swym gospodarstwie w Grzybowie (parafia Sarnaki) ponieważ nie składał, bo i nie mógł złożyć w Stowarzyszeniu ważnych ślubów zakonnych, jest wolny i niczym nie skrępowany w urządzeniu sobie życia w świecie, z tym ważnym zastrzeżeniem, że nadal nie wolno mu przywdziewać habitu białego z pasem niebieskim i takiegoż płaszcza, jaki to ubiór przysługiwał członkom Stowarzyszenia Stanisławitów (art. 13 Statutów).
5. Alumni – aspiranci do Stowarzyszenia, odbywający staraniem dotychczasowego przełożonego, studia filozoficzno-teologiczne w Seminariach diecezjalnych, za zgodą miejscowych ordynariuszów i przy zachowaniu przepisów prawa kanonicznego, mogą być inkardynowani do ich diecezji lub, o ile nie przyjęli dotąd wyższych święceń, mogą Seminaria duchowne opuścić i przejść do życia świeckiego.
Wykonanie niniejszego dekretu powierzamy J. Ks. Janowi Janowiczowi, stojącemu dotąd na czele Stowarzyszenia Stanisławitów i zobowiązujemy go w sumieniu, aby o powyższym zarządzeniu naszym powiadomił wszystkich zainteresowanych oraz na dzień 15 października r.b. przesłał na piśmie do Kurii Naszej sprawozdanie o wykonaniu.
Mamy w Bogu najmiłosierniejszym nadzieję niezawodną, że J. Ks. Jan Janowicz, jak też i jego dotychczasowi podwładni, przyjmą dekret niniejszy z całkowitym poddaniem się woli Bożej, i w ten sposób dadzą przykład oraz wzór synowskiej uległości, wypełniając dokładnie i sumiennie zarządzenie Nasze, zawarte w niniejszym dekrecie.
Na dowód czego itd.
Dan w Siedlcach, dnia 1 września 1955 r.
/-/ Ignacy Świnki bp /M.P./
W.z. KANCLERZA /-/ Ks. AL Gruza
Jeszcze tego dnia wysłano pocztą poleconą, komu należało, odpisy niniejszego dekretu. Otrzymali je: Sekretariat Przewodniczącego Episkopatu w Warszawie i Prowincjał Zgromadzenia X.X. Marianów w Gietrzwałdzie, pod wspólnym numerem dziennika 1721/55.
Komentarza wymagałby każdy punkt tego żałosnego dekretu. Poprzestańmy tylko na dwu uwagach. Pierwsza dotyczy p. 3-go części pierwszej, traktującego o stanie personalnym Stowarzyszenia.
Otóż po przymusowym podjęciu decyzji o likwidacji Stowarzyszenia w dniu 20 VIII, natychmiast zlecono dziekanowi janowskiemu w trybie bardzo pilnym nadesłanie wykazu osobowego Stanisławitów. Ks. Dziekan, W. Pieniak, 25 VIII przesłał do Kurii własną listę. Składała się ona z dwóch części: 1) stan osobowy obecny: rejestrował on imiennie 2 kapłanów, jednego brata i jednego kleryka studiującego w Seminarium siedleckim; 2) zgłaszający się do Stowarzyszenia: także imiennie 3 kapłanów i 5 kleryków studiujących w Nysie i Opolu. Razem 12 osób. Dziekan nie podał kryterium takiego podziału. Nie mógł nim być czas przyjęcia, czy pobytu w Stowarzyszeniu, gdyż wszyscy wymienieni figurowali już przynajmniej od roku, dwóch lub więcej lat u Stanisławitów.
Z tą samą datą 25 VIII znajduje się w aktach druga lista, bardziej szczegółowa, wymieniająca 17 członków Stowarzyszenia, tj. o 2 kleryków i 3 braci więcej, niż to jest na liście dziekańskiej. Sporządził ją i podpisał o. Bogumił, przełożony Stanisławitów.
Bez względu na to, jaką listę wzięłoby się pod uwagę, każda z nich wskazywała więcej, niż trzy osoby, wymienione imiennie w dekrecie kasacyjnym. Tak arbitralnie zaniżona ilość członków w chwili likwidacji Stowarzyszenia, niezgodna z podawanym nawet urzędowo przez ks. Dziekana stanem faktycznym, co najmniej zadziwia. Czy może chodziło o to, by ta wymuszona kasata wyglądała jakoś „honorowo”?
Uwaga druga dotyczy motywów likwidacji Stowarzyszenia ze strony władzy likwidującej: „…oraz mając na celu większą chwałę Boga Wszechmogącego i Jego Kościoła, jak również i pożytek duchowy samych stowarzyszonych – Dekretem niniejszym … rozwiązujemy i kasujemy…”
Zaiste trudno o bardziej wzniosłe i budujące słowa na podobną okoliczność! Nie wymyśliłaby lepszych sama cesarzowa austriacka, Maria Teresa, która „w imię Trójcy Przenajświętszej” i, podobno, ze łzami w oczach ze wzruszenia podpisywała 1 rozbiór Polski. Czy jest zatem sens zgłaszać na serio szczegółowe pretensje do takiego dekretu?
Tak zostały uwieńczone wysiłki Księży Marianów Czarnych, którzy mieli teraz większy powód do radości, niż ich dawny generał, ks. Fr. Buczys. Oto ich konkurenci do spuścizny po o. Papczyńskim prawnie przestali istnieć. Cóż odpowiemy? Tylko tyle: Dążących do prawdy można poniżać i krzywdzić, a nawet zniszczyć, ale nie złamać!
8. Trudna sytuacja ponownych rozbitków
Rozwiązanie Stanisławitów to trzecia z kolei poważna klęska Marianów dawnej obserwy. Pierwsza miała miejsce w 1909 r. wskutek zakłócających poczynań ks. J. Matulewicza, druga nastąpiła w 1928 r. przez uzyskanie dekretu uzupełniającego Kongregacji do Spraw Zakonnych, który wprawdzie jako oparty o wadliwość pierwszego, dalej pozostał podważalny, ale wniósł wiele zamieszania i oddalił możliwość rychłego uporządkowania całej sprawy związanej z reaktywowaniem dawnego zakonu. Jednak dekret ten miał też i pozytywną swą stronę, której nie przewidzieli jego twórcy. Utrzymując powikłaną sytuację z lat 1909-1910 – pobudził do działań okrężnych. Stał się bezpośrednim powodem powstania Stowarzyszenia Stanisławitów, które w ten konkretny sposób zgromadziło zwolenników nurtu odnowy zapoczątkowanej przez o. Bernarda Pielasińskiego, a właściwie nurtu kontynuacji dawnych tradycji bez zmian wprowadzonych przez ks. Matulewicza. Oczywiście na dalszą metę Stowarzyszenie to nie mogło spełnić swojej roli i gdyby nie były podejmowane odpowiednie kroki prawne ku organizacji prawdziwie zakonnej, to samo rozwiązanie Stanisławitów byłoby raczej błogosławieństwem, niż klęską. Rzecz w tym jednak, że zostało ono zdławione w chwili, gdy wkraczało już na nowe drogi organizacyjne. Wniesiona 19 III 1952 r. przez o. Bogumiła Janowicza petycja o zatwierdzenie stowarzyszenia diecezjalnego jako zgromadzenia zakonnego z własnymi konstytucjami i nowicjatem – było tym punktem zwrotnym. W tym więc znaczeniu kasata Stanisławitów była tą trzecią klęską, jaka spotkała ich członków, którzy teraz stali się ponownie rozbitkami, zupełnie podobnie jak po tamtej carskiej kasacie Zakonu.
O. Pius M. od Opatrzności Bożej Szuba
Kapłani tego Stowarzyszenia zmuszeni byli wrócić do swych dawnych organizacji kościelnych. Klerycy, którzy wytrwali, zostali wyświęceni dla pracy w diecezji, głównie siedleckiej.
Z kapłanów po tej drugiej kasacie chcemy utrwalić pamięć o ks. Edmundzie Szubie. Przybrał on sobie imię Piusa od Bożej Opatrzności. Urodził się 16 kwietnia 1913 r. w Wyszkowie n/ Bugiem. Tam też ukończył szkołę podstawową i dwie klasy gimnazjum. Po znacznej przerwie w nauce zdecydował się na życie zakonne. Wstąpił do franciszkanów w Niepokalanowie, gdzie przez pewien czas jego przełożonym był bł. o. Maksymilian M. Kolbe. Po paru latach jednak opuszcza klasztor i wraca do swoich rodzinnych stron. Okres wojny spędza w pobliskiej wsi wśród lasów, Osuchowej Nowej koło Poręby nad Bugiem w pow. Ostrów Mazowiecka. Była tam od niepamiętnych lat urocza kapliczka z przepięknym obrazem Matki Bożej, zwanej Osuchowską. Edmund umiłował ten obraz, który dzięki jego staraniom został później przeniesiony do wybudowanej nowej dużej kaplicy-kościółka. Po wojnie zapisuje się na kurs nauczycielski w Radzyminie i zostaje nauczycielem w szkole podstawowej w Osuchowie. Po dwuletniej pracy w szkole decyduje się na wstąpienie do seminarium duchownego. Po różnych trudnościach, jest bowiem już zaawansowany w latach jak na kandydata do stanu duchownego, dostaje się do Seminarium Duchownego w Olsztynie, gdzie 15 VI 1952 r. zostaje wyświęcony na kapłana. Na pierwszej placówce duszpasterskiej w Lidzbarku Warmińskim zajął się bardzo gorliwie ministrantami. Latem 1953 r. urządził dla nich wycieczkę do Warszawy-Częstochowy-Krakowa. Będąc w Warszawie szukał dla jednego z ministrantów odpowiedniego zakonu. Trafił na Bielanach do Księży Marianów Czarnych. Zainteresował go portret w białym habicie, wiszący w pokoju przełożonego. Poinformowany, że jest to o. Stanisław Papczyński, założyciel pierwszego polskiego zakonu OO. Marianów i że istnieją jeszcze dziś niedobitki tego dawnego zakonu w postaci Stanisławitów, i że jednym z ostatnich takich białych ojców jest niejaki o. Bogumił w Janowie Podlaskim – ks. Szuba zapalił się do bliższego poznania tychże „niedobitków”. Wkrótce udaje się z tym ministrantem do Janowa. Po zapoznaniu się z ideą dawnego zakonu Marianów, bardzo mu przypadł do serca kult Niepokalanej i nabożeństwa za dusze w czyśćcu. Postanowił już tam pozostać. Jest wkrótce świadkiem ciężkiej walki o przywrócenie praw dawnego zakonu i głęboko przeżywa wszystkie jego klęski. Dla zwycięstwa dobrej sprawy poświęca swe siły, a nawet świadomie ofiaruje swe życie w ręce Niepokalanej, czczonej przez niego w obrazie Matki Bożej Osuchowskiej. Widocznie ofiara została przyjęta, bo wkrótce zapada na ciężką chorobę trzustki. Leczenie nie przynosiło rezultatów, cierpienia się wzmagały. Trafił w końcu w ciężkim stanie do jednego ze szpitali w Krakowie. Okazała się konieczna operacja. Zdrowie jednak nie powróciło. 17 stycznia 1959 r. umiera, ponawiając swe całkowite oddanie za zwycięstwo zakonu Papczyńskiego, który go tak urzekł przed paru laty ze swego portretu w białym habicie. W tymże białym habicie mariańskim złożono go teraz do trumny. Kondukt żałobny prowadził i ceremonie pogrzebowe odprawił ks. bp Karol Wojtyła.
Kondukt żałobny o. Piusa prowadzi ks. bp Karol Wojtyła
XI. WYSTĄPIENIE LUDZI ŚWIECKICH W OBRONIE ZAKONU
1. Petycje do Stolicy Apostolskiej
Po trzecim z kolei etapie krzyżowej drogi resztek zakonu OO. Marianów dawnych sprawą jego odbudowy zajęli się ludzie świeccy, pochodzący głównie z południowych i południowo-wschodnich regionów kraju. Pobożność i przywiązanie do wiary ojców tych ludzi była od dawna podziwiana. Ich gorliwość była zawsze większa, niż gdzie indziej. Z tych terenów wywodziło się wielu świątobliwych mężów i niewiast. Z południowych części kraju pochodził także o. Stanisław Papczyński. Tę prawidłowość głębszego przeżywania wiary potwierdza także większa zawsze ilość powołań kapłańskich na tych terenach, niż w północnych i północno-zachodnich częściach kraju, z wyłączeniem może ludności przybyłej tam z dawnych kresów wschodnich. Na takie ukształtowanie wśród wielu innych czynników wpłynęły zapewne i warunki polityczno-społeczne ostatniego stulecia czyli okresu tzw. zaborów. I tak na większy dystans do spraw wiary i chłód w jej okazywaniu miał w północnych częściach kraju swój wpływ protestantyzm i surowy styl życia panujący w zaborze pruskim. Bywały tu często rodziny na pół katolickie, na pół protestanckie.
Zatem jeśli się chciało liczyć na głębsze zrozumienie ze strony wiernych idei reaktywowania dawnego polskiego zakonu mariańskiego, najlepszy grunt na to był w południowo-wschodnich częściach kraju. Wystarczyło tylko rzucić taką myśl, a znaleźli się chętni do jej poparcia. Zaczęto więc kierować do Rzymu listy indywidualne i zbiorowe. Pisali ludzie z różnych środowisk społecznych. Zawierały one usilne prośby o przywrócenie praw do istnienia dawnemu zakonowi mariańskiemu. Petycje te były wysyłane od r. 1955 w znacznych ilościach. Trudno tu o dokładne dane co do liczby jak i treści tych listów. Sprowadzały się one do jednego głównego postulatu: Polski Zakon OO. Marianów, niesłusznie pozbawiony praw, winien być reaktywowany. Tego domaga się sprawiedliwość i pilne społeczne zapotrzebowanie na jego działalność. Listy przesyłano pocztą względnie były przewożone przez księży i osoby oddane sprawie Zakonu. Ludzie wierzący nie zrażają się brakiem odpowiedzi. Nie tracą też ufności w powodzenie sprawy i czekają cierpliwie aż nadejdzie czas życzliwego rozpatrzenia i przychylnego załatwienia ich wytrwałych próśb. Sądzimy, że pisma te nie pozostaną bez echa. Wprawdzie smutne przykłady działalności księży Marianów Czarnych w kraju mogą podsuwać podejrzenia, że i w Rzymie mogą uczynić oni wszystko, aby ten potok próśb nie trafił do właściwych rąk lub nie był wzięty pod uwagę, ale wiara w godziwość sprawy zachęca zwolenników dawnego zakonu do dalszych wytrwałych starań o przywrócenie mu możności rozwoju dziś, gdy zresztą tak wielkie są potrzeby naszego społeczeństwa.
Nikt z piszących nie domagał się ani nie uczyni tego w przyszłości, by przekreślać zasługi pozytywne czy utrudniać dalszą pracę duszpasterską Zgromadzenia Księży Marianów Czarnych. Czyż nie ma w Kościele miejsca dla obu instytucji? Tym bardziej, że każda ma i miałaby własny określony cel i zadanie. Dlaczego może być tyle gałęzi zakonu św. Franciszka czy św. Benedykta, by nie wspominać już o wielu innych, a tylko w przypadku drogiego i bliskiego nam sercem, kulturą, pobożnością i tradycją polskiego sł. Bożego o. Stanisława Papczyńskiego – dzieło jego musi być zacieśnione, okrojone, niepełne, a dążenia w kierunku pełnego odzyskania wszystkich jego zdobyczy tak jest hamowane, utrudniane i z taką nawet zaciekłością niszczone? Jest to przedziwna tajemnica, której my świeccy nie możemy zrozumieć, ale mamy w Bogu nadzieję, że całe to nieporozumienie zostanie w końcu właściwie dla obu stron rozwiązane z prawem do istnienia i rozwoju dla każdej z nich.
Nadzieja ta wydaje się być bardziej realna teraz, gdy głową Kościoła jest Polak, który z tego choćby tytułu powinien mieć większe rozeznanie przedmiotu, niż poprzedzający go papieże, do których dostęp z wielu względów był trudniejszy.
2. Interwencja u polskich władz kościelnych
Osobnym rozdziałem starań o przywrócenie praw dawnemu zakonowi mariańskiemu były prośby kierowane do polskich władz kościelnych. Początkowo władze te były przychylnie nastawione do sprawy mariańskiej, ale okres ten był bardzo krótki.
Zapewne na zmianę stanowiska władz miały wpływ błędy i z naszej strony. Jak oceniamy to już z pewnej perspektywy, chcemy stwierdzić, że sam S. Pietrzak wniósł sporo zamieszania do całej tej sprawy. Popełnił w tych latach kilka nieformalności, które przy braku życzliwego podejścia ze strony przeciwnej zostało wykorzystane do ataków zbyt frontalnych. Nieformalnością ze strony Pietrzaka było to, że przyjmował członków do nieistniejącego prawnie od 1910 r. zakonu OO. Marianów Białych. Łączenie zaś, z jednej strony, tego zakonu ze stowarzyszeniem Stanisławitów nie miało podstaw prawnych, jak też z drugiej strony, wprowadzanie zamiennie nazw OO. Marianie = Stanisławici powiększało chaos w rzeczowym rozeznaniu. W tym ostatnim przypadku z historycznego punktu widzenia Pietrzak miał rację, że kiedyś przez czas jakiś używano zamiennie tych nazw, ale w omawianych okolicznościach mogło i często prowadziło to do niepotrzebnego zamieszania. Wreszcie traktowanie stowarzyszenia Stanisławitów jako zgromadzenia zakonnego uprzedzało prawne uporządkowanie tej sprawy. Wniosek o zatwierdzenie konstytucji, które zresztą sam napisał i zrobił to dobrze, choć może-« .ww^k** za szczegółowo, oraz prośba o pozwolenie na otwarcie nowicjatu zostały złożone w kurii biskupiej siedleckiej już wcześniej (marzec 1952), ale dopóki nie było żadnych rozstrzygnięć, nie powinien działać inaczej. Tak więc trudno go brać w obronę od strony formalnej i prawnej, ale od ludzkiej – tak. Weźmy pod uwagę to, że był on przynajmniej od 1928 r. ciągle atakowany i to często w sposób bardzo krzywdzący, wprost podstępny. Ciągle był w defensywie. W ostatnich latach życia, gdy zaczął dalej działać, nie widział już możliwości osiągnięcia czegokolwiek prośbą, tłumaczeniem lub na drodze prawnej. Był przy tym całkowicie przekonany o słuszności domagania się prawa do życia i rozwoju dla dawnego zakonu, a podstawowy akt prawny z 1909-1910 r., na którym opierali się jego adwersarze, uważał za nieobowiązujący i nieważny z powodu zatajenia całej prawdy przy jego uzyskaniu. Niedopełnienie także prawnego wymogu (pod rygorem nieważności) promulgacji tego aktu o. Pielasińskiemu i jego grupie ze strony ks. J. Matulewicza – utwierdzał go o słuszności własnej postawy i o równoczesnej niesprawiedliwości przeciwnika. Tych obiektywno-subiektywnych racji nie można nie brać pod uwagę przy ocenie jego postaw życiowych. Nikt tego jednak nie brał pod uwagę, a wrogie nastawienie do jego osoby rosło. Jeszcze przed wojną był oczerniany, przekręcano jego motywy działania, odmawiano życzliwego rozpatrzenia jego żądań, utrącano jego inicjatywy. Teraz zaś atak na jego osobę nie zakończył się z jego śmiercią w 1954 r., ale jeszcze się wzmógł. Zaczęto rozsiewać pogłoski jakoby nie był kapłanem, a mimo to sprawował w Niemczech funkcje kapłańskie, wyciągnięto zresztą ponownie całe jego dossier i przedstawiano często różne fakty z jego życia w świetle zbyt jednostronnym.
W takiej dusznej atmosferze, a także – i tu bądźmy dalej obiektywni – przy wielkich możliwościach wpływowych Księży Marianów Czarnych, którzy czuli się zawsze jakoś zagrożeni (? ), nie mogło dojść do właściwych rozwiązań. Doszło do tego w latach 1955-1960, że wszelkie petycje były z góry odrzucane bez ich rozpatrzenia, a wyjaśnienia nawet osób postronnych i godnych zaufania nie były przyjmowane do wiadomości. Odmówiono w końcu jakichkolwiek dyskusji na ten temat. Takie postawienie sprawy spowodowało z konieczności agresywne postawy z obu stron, a u zwolenników dawnego Zakonu doszło przy tym do kryzysu zaufania do polskich władz kościelnych. W naszym odczuciu, zasada sprawiedliwości, która winna mieć zawsze pierwszeństwo przed wszelkimi ludzkimi względami, nie była respektowana. Uprzedzenia osobiste brały górę. Zwyciężyć musiał silniejszy, a niekoniecznie ten, kto miał rację.
Po dwudziestu latach, gdy wiele spraw się wyciszyło i temperatura emocjonalnych postaw opadła, mamy nadzieję na spokojne, ponowne rozpatrzenie całości zagadnienia, które nie zostało rozwiązane. Podkreślaliśmy już wielokrotnie w tej pracy, że reaktywowanie polskiego maryjnego zakonu ścisłego nikomu nie może zagrażać, a przeciwnie – może przynieść wiele pożytku. Przemawiają za tym racje kościelne i religijne, a także społeczne i narodowe.
3. Próby przeciągnięcia na swoją stronę niektórych świeckich sympatyków dawnego Zakonu
Księża Marianie pomimo sprzyjających im okoliczności nie czują się zbyt pewnie na wywalczonej przez siebie pozycji. Wyrazem ich obaw były dążenia do przeciągnięcia na swoją stronę niektórych zwolenników dawnego Zakonu. Jeszcze przed dwudziestu laty przysyłali do autora tego opracowania swych przedstawicieli z konkretnymi propozycjami. Zostały one jednak natychmiast odrzucone. Okazało się później, że z podobnymi propozycjami zwracali się też do innych aktywnych świeckich obrońców dawnego Zakonu. Stąd można wyciągnąć wniosek, że główną siłą napędową ich działań nie były względy rzekomej słuszności ich stanowiska lecz „dyplomatyczne” zabiegi dla pozyskania sobie zwolenników i możnych obrońców.
Następcy dawnych marianów i ich sympatycy nie budują swych nadziei na potędze pieniądza i na szukaniu wpływów u ludzi wysoko postawionych, lecz na nieograniczonej ufności, że słuszność sprawy jest jedyną protektorką a najpewniejszym sprzymierzeńcem czas. On ostatecznie wyważy po czyjej stronie jest słuszność i od niego nie ma odwołania. Uważamy przeto, że zamiast starań o przyciąganie tych czy innych sympatyków dawnego Zakonu lub trwanie w nieprzejednanej walce, należało raczej wystąpić z inicjatywą zgody czyli przyznania prawa do życia i działania dla obu stron. Taka inicjatywa Księży Marianów Czarnych nie byłaby odtrącona, ale przyjęta z wielką radością, zawiesiłaby wzajemne pretensje, przecięłaby dalsze nękające spory i przyniosłaby niewątpliwy pożytek dla obu stron. Skoro jednak do tego nie doszło kiedyś, wszystko jest możliwe dziś.
Tym razem (zresztą nie po raz pierwszy) my wychodzimy z inicjatywą pojednania jak wyżej, to jest z przyznaniem prawa do życia dla stron obu. Nie widzimy tu bowiem, by istniała alternatywa: „jedni albo drudzy”. W Kościele jest wiele pracy, jak w ewangelicznej winnicy i każde zgromadzenie zakonne może znaleźć sobie stosowne zajęcie bez obawy odebrania komukolwiek „chleba”. Zakon OO. Marianów i Zgromadzenie Ks.Ks. Marianów mogą istnieć i działać obok siebie w jak najlepszej zgodzie. Opinię taką wydał zresztą już sam ks. bp Jerzy Matulewicz (zob. s. 56 i 78), tylko go wtedy „zakrzyczano”.
O co więc chodzi? Czy o dalszą walkę ku zgorszeniu tych, którzy będą czytać opracowania jednej i drugiej strony, czy też o zgodę w duchu miłości Chrystusowej? Czas najwyższy zastanowić się nad tym, w co angażować siły, swój autorytet moralny i powagę zakonną.
4. „Metody” na „uciszenie” ludzi świeckich
Sprawa ta jest najnieprzyjemniejszą częścią omawianych dotychczas problemów związanych z zagadnieniem tzw. sporu mariańskiego. Aczkolwiek niechętnie to czynimy, nie sposób jednak jej pominąć ze względu na nietypowe metody walki zastosowane wobec ideowych przeciwników.
Świeccy sympatycy dawnego Zakonu, widząc niekończące się rozgrywki między duchownymi, podjęli próbę mediacji. Zadali sobie wpierw wiele trudu i poświęcili sporo czasu na źródłowe zapoznanie się z „kwestią mariańską”. Wystąpili następnie z wieloma petycjami o właściwe rozpatrzenie spornego problemu. Pisma nasze jak i nas osobiście potraktowano bardzo niepoważnie i starano się początkowo wmówić w nas jak w dzieci, że sprawę tę Stolica Apostolska już rozstrzygnęła. Nie podano jednak żadnego konkretnego dokumentu, ani nie wskazano, kiedy to rozstrzygnięcie nastąpiło. Ponieważ w pismach naszych wykazywaliśmy wielokrotnie, że znany reskrypt Kongregacji do Spraw Zakonnych z 25 IV 1928 r. posiada również cechy nieważnego aktu prawnego, gdyż bazuje na wadliwym dekrecie z r. 1910, sądziliśmy, że w grę musi wchodzić jedynie nowy akt prawny Stolicy Apostolskiej, który nie był nam znany. W tym przekonaniu starano się nas utrzymywać. W końcu okazało się, że takiego aktu w ogóle nie było. Chcąc więc pozbyć się „natrętów” powoływano się na nieistniejące pisma Stolicy św. Nasi duchowni adwersarze nie przejmowali się widać zupełnie kan. 2360-2363, które przewidują za tego rodzaju działanie odpowiednie sankcje karne z ekskomuniką włącznie. Gdy zwróciliśmy na to uwagę i domagaliśmy się dalej rozpatrzenia naszej sprawy spadł na nas cios najmniej oczekiwany. Nie przypuszczaliśmy, że spotkamy się z taką złośliwością, a nawet nikczemnością ze strony duchownych. W tej sprawie będę mówił tylko o sobie, choć coś podobnego spotkało i innych naszych ludzi tylko w nieco odmiennych okolicznościach.
W moim przypadku wysokie władze kościelne poinformowały Urząd do Spraw Wyznań, że autor niniejszego opracowania „organizuje zakon, na którego założenie nie ma zgody Episkopatu Polski i że w tym celu zbiera podpisy pod petycjami do Ojca św. i wysyła je do Rzymu. Denuncjacja ta była całkowicie nieprawdziwa. Pomówiony o te czyny nigdy nie przedsiębrał żadnych prób organizowania jakiegokolwiek zakonu. Wysyłał faktycznie do Rzymu swoje pisma, ale nigdy nie „żebrał” nawet o jeden obcy podpis. Pisał zaś do Rzymu od siebie, we własnym imieniu i miał do tego prawo jako członek Kościoła katolickiego. A miał też wiele powodów do wystosowywania takich pism… Wystarczy wspomnieć choćby o nieujawnionych szerokim rzeszom katolików w Polsce pokątnych zabiegach w przygotowywaniu procesu beatyfikacyjnego ks. arcybpa J. Matule wieża.
Tymczasem władze kościelne denuncjując autora w formie wyżej podanej, nie zadały sobie trudu, by bardziej uprawdopodobnić to oskarżenie. Tu bowiem w północnej części kraju nigdy nie istniał żaden klasztor mariański i tutejsza ludność do dziś nic nie wie o istnieniu Zakonu OO. Marianów w Polsce. Wprawdzie po wojnie zjawili się w Grudziądzu Księża Marianie, ale są jeszcze mało znani i nie promieniują zbyt daleko. Zwolenników zaś dawnego Zakonu było tu zaledwie kilku i to z racji bezpośredniego kontaktu z osobą Stanisława Pietrzaka, który zresztą od 1954 r. już nie żył. Nawet gdyby ktoś chciał zbierać zbiorowe podpisy w sprawie Zakonu dawnych Marianów, nie miałby szans na zrealizowanie takiego pomysłu tu na terenach północnych. Ludność tutejsza bowiem jest bardzo nieufna i mniej żywiołowa w okazywaniu gorliwości religijnej. Ci ludzie nie składaliby swych podpisów pod czymś niepewnym, czego nigdy nie znali a nawet o nim nic nie słyszeli.
Celem tej wprost niewiarygodnej denuncjacji władz religijnych w sprawach dotyczących religii do ateistycznych władz świeckich na wierzącego człowieka była konieczność „uciszenia” go za udzielaną przez niego pomoc opuszczonym przez te władze kościelne zakonnikom mariańskim. Szokujące to wydarzenie wywarło jak najgorsze wrażenie nie tylko u osób świeckich, wierzących i niewierzących, ale także i w kołach duchowieństwa, związanego ze sprawą mariańską.
Urzędowy ten donos, mający cechy złośliwej insynuacji, mógłby okazać się bardzo groźny w swych skutkach, jeśliby jego treść odpowiadała prawdzie. Na mocy ustawy o Stowarzyszeniach, w przypadku udowodnienia takiej nielegalnej działalności, groziła wówczas kara pozbawienia wolności. Dla człowieka, który wtedy, tzn. przed 20-tu laty posiadał na swym wyłącznym utrzymaniu dwanaścioro nieletnich wówczas dzieci – byłaby to prawdziwa katastrofa. I chyba o to chodziło!
W tym czasie spotykały autora również anonimowe pogróżki, zawierające obelżywe słowa i zapowiedź „wykończenia”. Osąd tych wydarzeń pozostawiamy Czytelnikowi.
5. Nadzieja zwycięstwa słusznej sprawy.
Wystąpienie świeckich ludzi w obronie dawnego Zakonu mariańskiego nie zostało należycie zrozumiane i docenione. Zamknięto przed nimi drzwi zmową milczenia lub szykanami. Gdy mimo wszystko dążyli wytrwale do wyjaśnienia sprawy natrafili na mur niechęci, uprzedzeń i zakulisowych intryg, które w końcu doprowadziły do wiadomego rezultatu. Nie zrażają się jednak niepowodzeniami, choć upłynęło od tego czasu już dwadzieścia lat. Myśl o przywróceniu do życia polskiego Zakonu nie wygasła. Nie wygasła też nadzieja na pozytywne rozwiązanie całej tej sprawy. Podobnie działo się za czasów o. Papczyńskiego. Dłużej jednak starczyło zakonu niż jego zaciekłych wrogów. Tego „Instytutu Przedziwnej Miłości”, jak nazwał niegdyś bp Wierzbowski dzieło o. Papczyńskiego, nie można zniszczyć. Nie był on nigdy agresywny ani zaborczy, bo kształtował swych członków na regule dziesięciu cnót Matki Bożej, a uwrażliwiając ich przy tym na cierpienie i potrzeby biednych żyjących i dusz czyśćcowych, nie pretendował do przewodzenia czy błyszczenia. Chciał pracować cicho w swoim zakresie i być pożytecznym Kościołowi. Dlatego reaktywowany dziś może nadal być pożytecznym i z pewnością nie wejdzie nikomu w jego pole działania, bo ma własne, bardzo specyficzne.
XII. CO DALEJ Z KWESTIĄ MARIAŃSKĄ?
1. Próby rozwiązania konfliktu drogą dialogu.
Mimo oficjalnego rozwiązania Stanisławitów i urzędowego nakazu powrotu o. Kazimierza Balickiego do Zgromadzenia Księży Misjonarzy – zwolennicy i sympatycy idei dawnego zakonu Marianów Białych nie wyrzekli się dążeń do odzyskania praw do życia dla pierwotnego zakonu o. Papczyńskiego. Odtrącani wciąż w kościelnych urzędach wszystkich szczebli, próbowali jeszcze nawiązać bezpośredni kontakt z Księżmi Marianami Czarnymi. U podstaw tej, zdawałoby się dziwnej, decyzji leżała słuszna, jak nam się wydawało, myśl, że przecież w końcu ci ostatni powinni poczuć się sojusznikami wspólnej idei: wierności wobec dziedzictwa o. Papczyńskiego. Jeśli oni sami chcą trzymać się tylko dawnej nazwy i tych okruchów, które zachowali po Papczyńskim, pozostawiamy im to w spokoju, niech jednak pozwolą i nam, byśmy mogli wrócić do reszty spuścizny duchowej. Chcemy przecież nawiązać do pierwowzoru zadań i celów nakreślonych przez Założyciela, to jest szczególnego kultu Niepokalanej i niesienia pomocy duszom czyśćcowym oraz wrócić do dawnego charakteru organizacyjnego, a więc do zakonu ścisłego o ślubach uroczystych, opartego o regułę Dziesięciu cnót Matki Bożej. Mamy za sobą wiele precedensów tego typu w historii zakonów. Wystarczy choćby wskazać na liczne rodziny franciszkańskie, które różniąc się stopniem wierności wobec pierwotnego surowego zakonu św. Franciszka, partycypują w różny sposób w spuściźnie po wspólnym Założycielu. Żadnej z tych gałęzi zakonu franciszkańskiego krzywda się nie dzieje, że obok żyją i pracują inaczej ubrani ich bracia w św. Franciszku.
Zwolennicy zatem dawnego Zakonu o. Papczyńskiego, choć zupełnie pokonani na odcinku prawno-organizacyjnym, chcieli i mieli moralne prawo liczyć na zrozumienie u zwycięzców, a nawet, przy większej ich wielkoduszności, i o skuteczne poparcie. Wielki zwycięzca przecież nie znęca się już i nie depcze pokonanego.
Z taką więc misją i w takim duchowym nastawieniu o. Kazimierz Balicki, moralnie współodpowiedzialny za niezaniedbanie żadnej z dróg, wiodących do rozwiązania spornej kwestii, udał się wraz z piszącym te słowa w połowie 1958 r. nie gdzie indziej, tylko do grobu Założyciela w Górze Kalwarii. Stamtąd chciał rozpocząć dialog pojednania. Przełożony tamtejszego domu zakonnego Księży Marianów, ks. Marcin Zdaniukiewicz przyjął nas bardzo serdecznie. Udostępnił dojście do dawnego kościółka zwanego Wieczernikiem, gdzie znajduje się sarkofag z ciałem Założyciela Zakonu, towarzyszył nam, objaśniał. Następnie chcieliśmy przeprowadzić rozmowę na tematy nas interesujące. Okazało się jednak na wstępie, że ks. Przełożony nie orientował się dobrze w istniejącym rozdwojeniu w łonie zakonu mariańskiego i nie znał bliższych szczegółów z lat 1909-1910. Gdyby to w pełni odpowiadało prawdzie, świadczyłoby, że Zgromadzenie tai przed swoimi członkami pełną historyczną prawdę.
W tej sytuacji trudno było prowadzić dalsze poważniejsze rozmowy na ten temat. Ks. Zdaniukiewicz jednak obiecał lojalnie, że sprawę przedstawi ks. Prowincjałowi i zapewne, jak mówił, będą wydelegowani odpowiedni księża dla omówienia tej sprawy.
Zapewne sympatyczny przełożony z Góry Kalwarii słowa dotrzymał i pewnie rozmawiał ze swoim prowincjałem, tylko że dalszego ciągu już nie było. Zamiast spodziewanych księży przyjechała z Lublina w październiku 1958 r. do Torunia pewna zakonnica w imieniu Księży Marianów po … dokumenty mariańskie.
Cóż było robić? Co niecierpliwsi próbowali jeszcze kierować odpowiednie pisma, ale pozostawały one bez echa. Gdy dalej przypierali do muru, odpowiedzią była próba „uciszenia” przy pomocy władz świeckich. Czekaliśmy jednak dalej w nadziei, że z upływem czasu sprawa może bardziej dojrzeje.
Nadszedł tymczasem rok 1975, jubileuszowy święty rok pojednania. Czyż można było zmarnować taką okazję i nie spróbować jeszcze raz wyciągnąć rękę do zgody i polubownego rozwiązania sporu? Zaplanowaliśmy większą grupą udać się w pielgrzymce do Rzymu i tam próbować u najwyższych władz zakonnych Księży Marianów Czarnych wyjść ponownie z inicjatywą pokojowego zakończenia spornej sprawy.
19 marca tegoż roku ks. prałat Antoni Cząstka z Krakowa listem do przełożonego generalnego Księży Marianów, ks. Józefa Sielskiego, zapowiedział na koniec lipca wizytę o. Kazimierza Balickiego z grupą zwolenników dawnego Zakonu i wyraził nadzieję, że ks. Generał może w międzyczasie załatwi odpowiednio sprawę w Kongregacji do Spraw Zakonów, by zakończyć w Roku Świętym cały kilkudziesięcioletni spór, by obie gałęzie mariańskiego zakonu mogły wreszcie żyć i rozwijać się dla dobra wiernych i Kościoła. Na list ten wprawdzie nie było odpowiedzi, ale do planowanego spotkania doszło. Przeprowadzono dłuższą rozmowę z przełożonym generalnym Zgromadzenia Księży Marianów. Po wzajemnym przedstawieniu swych poglądów na omawianą sprawę uzgodniono, że odtąd wszelkie wystąpienia publiczne z wzajemnymi oskarżeniami zostaną zaprzestane, a Zgromadzenie Księży Marianów nie będzie przeszkadzało w dążeniach do odrodzenia dawnego Zakonu, a nawet poprze te starania w imię prawdy i sprawiedliwości. Wydawało się jednoznacznie, że gorszący spór został zażegnany a starania o reaktywowanie dawnego Zakonu nie natrafią już na większe trudności. Dalsze wydarzenia wykazały, że ta ugoda była złudna i że w postawie Księży Marianów nie nastąpiła żadna zmiana.
W tym samym roku 1975 ukazała się praca zbiorowa pt. „Marianie 1673-1973”, gdzie nie tylko że po dawnemu omija się istotę prawdy o tzw. „matulewiczowskiej odnowie Zakonu”, ale zniesławiono poważnie osobę o. St. Pietrzaka, który, jak wiadomo, już nie żyje i nie może się bronić. Nie przytoczono przy tym żadnego konkretnego i udowodnionego zarzutu pod adresem jego rzekomo „fałszywego” kapłaństwa. Książka ta zawiera także szereg nieudolnych twierdzeń na temat sekularyzacji dawnych marianów a szczególnie o. B. Pielasińskiego, opartych tylko na, niekonsekwentnych zresztą, domysłach przy jednoczesnym braku rzeczowych dowodów. A przecież takie rzeczowe dowody, że o. B. Pielasiński nie był sekularyzowany i że był generałem Zakonu były im dostarczone w „liście otwartym” z dnia 8 XII 1960 r.
Być może, że powyższe wydanie książkowe znajdowało się wtedy w druku i że nie było już żadnych możliwości wprowadzenia korekty i zmian w bardziej kontrowersyjnych tekstach opracowania. Ale fakt jest faktem. Po rozmowie w Rzymie nie wypadało już dalej atakować zwolenników dawnego Zakonu i należało zmienić dotychczasowe nieprzejednane do nich nastawienie. Tej pożądanej zmiany dotąd się nie odczuwa ani też nie dostrzegliśmy jakiejkolwiek próby z ich strony zbliżenia obu stanowisk w przedmiocie sporu.
2. Zapowiedź kontrakcji
W publikacjach okolicznościowych w prasie krajowej a głównie zagranicznej nadal ukazują się artykuły o Marianach, które nie oddają jednak prawdy w tej wersji, jaka rzeczywiście miała miejsce w 1909 r.
Do tego dochodzi z uporem prowadzona sprawa beatyfikacji ks. arcybpa Jerzego Matulewicza mimo jaskrawych dowodów przeciw temu, dostarczanych przynajmniej od 1964 r. i to nie tylko przez nas. Nie podejmowaliśmy jednak tego tematu w książce niniejszej, gdyż jest już w druku opracowanie J. Muniaka na ten temat.
Zgromadzenie Księży Marianów nie respektuje swoich przyrzeczeń. W tej sytuacji druga strona nie ma żadnych obowiązków dotrzymywania jednostronnie zerwanych zobowiązań. Już przed 20-tu laty przestrzegaliśmy to zgromadzenie, że nie będziemy dłużej przyglądać się bezczynnie, jak nas i naszych ludzi bezkarnie się szkaluje i zniesławia. Przez długi czas nie odpowiadaliśmy na prowokacje w nadziei, że rozsądek w końcu zwycięży. Ale obecnie jest tej fałszywej postawy i propagandy już za wiele. Daliśmy wystarczające dowody cierpliwości i inicjatyw pojednawczych. Cierpliwość naszą i te inicjatywy dialogu i pokojowego zakończenia sporu przyjmowano jako akt naszej słabości. Teraz my występujemy z publikacjami. Praca niniejsza nie rejestruje wszystkich zdarzeń i faktów, jakie miały miejsce na przestrzeni tych już 70-ciu lat! Stanowi ona tylko zarys sygnalizacyjny zagadnienia. Jeśli zajdzie potrzeba jesteśmy gotowi ogłosić pełną dokumentację przez nas posiadaną, bez opuszczeń i wykropkowań. Sądzimy jednak dalej, że spór ten można zakończyć inaczej i na innej drodze ku pożytkowi obopólnemu stron i wiernych.
3. Straty i zyski Zgromadzenia Marianów w przypadku odrodzenia dawnego Zakonu
Już kilkakrotnie podkreślaliśmy, że reaktywowanie dawnego Zakonu OO. Marianów w niczym nie zagraża Zgromadzeniu Księży Marianów i że te dwie organizacje różniące się zadaniami i zakresem działania nie muszą „wchodzić sobie w drogę”. A zatem Księża Marianie nie tracą swej specyfiki, którą określają ich konstytucje. Nie tracą dotychczasowego pozytywnego dorobku, który sobie wypracowali. Co do dawnych domów zakonnych sprawę tę rozstrzygnęłyby władze kościelne, nie wykluczając polubownego dojścia do porozumienia.
Jeśli chodzi o nazwę „Zgromadzenie Księży Marianów”, to jej popularna wersja przyjęta powszechnie nie stoi w kolizji z nazwą „Zakon Ojców Marianów”. Tak samo bez zmian i kolizji pozostać winna oficjalna nazwa, będąca rozwinięciem skrótu: MIC – (Congregatio Marianorum Immaculatae Conceptionis. Natomiast z innej nazwy uważanej również za oficjalną (?): Congregatio Clericorum Regularium Marianorum sub titulo Immaculatae Conceptionis BMV – jako nie adekwatnej do faktycznego stanu rzeczy — należałoby dla uniknięcia zamieszania zrezygnować. Bliżej o tym była mowa w r. I, par. 5.
A co zyska Zgromadzenie Księży Marianów? Przede wszystkim spokój. Ustanie gorsząca walka rozgorzała w zasadzie o nic, bo z rozsądnego punktu widzenia nie było i nie ma nadal żadnych powodów do niezgody. Nie było też od samego początku żadnego powodu do lekceważenia sobie rozbitków dawnego Zakonu i wszczynania z nimi walki w oparciu o siłę liczebną i o przemożne wpływy. Od razu lub po zrozumieniu tego przez ks. bpa Matulewicza, należało ogłosić się jako nowopowstałe zgromadzenie zakonne i nie przeszkadzać w odrodzeniu pierwotnego Zakonu dla tych, którzy tego chcieli i mieli do tego prawo. Specyficzny kierunek dawnego Zakonu polegający na oddawaniu specjalnej czci Niepokalanej Matce i na wyjątkowo ostrych ekspiacjach za dusze w czyśćcu nie mógł pod tym względem zaszkodzić Zgromadzeniu Księży Marianów, które ustawowo tych obowiązków nie przyjęło.
Nie widać zatem, aby Księża Marianie wskutek odrodzenia dawnego Zakonu mieliby ponieść jakieś straty. Po cóż więc ta walka i ten zawzięty opór?
XIII. CZY KONIECZNY JEST DALSZY SPÓR?
1. Dosyć tych kłótni!
Uważamy, że rozsądek w końcu zwycięży. Pokój przecież buduje, a niezgoda tylko rujnuje. Żadna wojna nawet zwycięska nigdy nie wyrównała wszystkich strat poniesionych w toku walki Straty są już widoczne. Zakon dawny stracił kilkadziesiąt cennych lat w oczekiwaniu na odbudowę, a Zgromadzenie Księży Marianów traci na opinii i oddala się od niego coraz więcej ich dawnych sympatyków. Ściąga na siebie miano fałszerzy dziejów mariańskich i pognębiciela dawnego Zakonu, któremu przeszkadza w odrodzeniu, samo bowiem nie kontynuuje pełnego dziedzictwa o. Papczyńskiego. Czy tę sytuację chce Zgromadzenie utrzymywać dalej? Wydaje się nam, że jest najwyższy czas zaprzestać wszelkich kłótni. Komu te kłótnie przynoszą korzyści? Jasne jest, że ani Bogu ani ludziom, ani chrześcijańskiej kulturze w Polsce. Więc komu? Faktem jest, że do tego opracowania wprowadziliśmy wiele momentów nieprzyjemnych, ale prawdziwych, które mogą wywołać zgorszenie. Uczyniliśmy to z konieczności i to po bardzo długim wyczekiwaniu. Jeśli jednak przysłowiowe dobre słowa i prośby nie pomogły… to co w końcu pozostało nam do zrobienia? Doszliśmy więc do przekonania, że inaczej już nie było można postąpić. Tylko w ten sposób widzimy realne możliwości poruszenia sumień. Nie będziemy dalej inicjować walki. Będziemy czekać na reakcje opinii publicznej. Jeśli Księża Marianie nie podejmą próby dalszej walki – będziemy i my milczeć. Żywimy jednak wciąż nadzieję na pokojowe i rychłe rozwiązanie tego zbyt długo trwającego konfliktu.
2. Trzeba wreszcie spojrzeć prawdzie w oczy
Po omówieniu i wyjaśnieniu istoty problemów związanych z tzw. sprawą mariańską nie będzie zapewne większych trudności na drodze do pozytywnego rozstrzygnięcia tego zakonnego sporu. Sądzimy, że nadszedł czas spojrzenia prawdzie w oczy. Trzeba jednak wyraźnie powiedzieć, że to spojrzenie należy teraz do kompetentnych czynników kościelnych. Nie można oczekiwać, by nawet pod naciskiem opinii publicznej sprawa ta sama się rozwiązała. Nie chcemy dalszej walki. Nie życzymy kontynuowania tego gorszącego sporu zakonnego. Pierwotny Zakon mariański musi jednak być reaktywowany. Wypracowane z takim trudem dziedzictwo polskiego Kościoła i polskiej kultury religijnej nie może się zaprzepaścić. Trzeba odważnie zdobyć się wreszcie na akt pokory wobec prawdy historycznej i naprawić przynajmniej to, co zostało z krzywdą dla innych uczynione i wykrzywione w 1909, 1910 i 1928 r. Nie pociąga to za sobą przekreślenia istnienia wyrosłego wtedy nowego Zgromadzenia, jest natomiast konieczne do przywrócenia życia temu Zakonowi, który wtedy został uśmiercony.
3. Apel do władz kościelnych
Sprawę sporu między zwolennikami dawnego Zakonu a obecnie działającym Zgromadzeniem Księży Marianów wyjaśniliśmy publicznie. Pozostaje teraz zwrócić się z prośbą do kompetentnych Władz Kościelnych o ponowne i wnikliwe rozpatrzenie omówionego problemu i o sprawiedliwe położenie kresu temu zadawnionemu sporowi zakonnemu. Z dokumentów w części tylko przytoczonych w niniejszym opracowaniu wynika, że władza kościelna w omawianym okresie od 1954 r. zbyt jednostronnie opowiadała się za silniejszym. Słabsi byli traktowani tak, jakby zupełnie nie mieli racji a tylko „ciągle sprawiali kłopot Kościołowi”. Teraz, gdy opadły emocje tamtych zbyt osobistych zaangażowań, niech przemówią argumenty i fakty.
O. Kazimierz Balicki, choć z posłuszeństwa przebywa nadal w Zgromadzeniu Księży Misjonarzy jest gotów natychmiast podjąć się ofiarnie trudu organizowania od nowa odbudowy Białego Zakonu sł. Bożego o. Stanisława Papczyńskiego.
ZAKOŃCZENIE
W 1973 r. upłynęło 300 lat od momentu skrystalizowania i zrealizowania idei nowego na gruncie polskim zakonu ścisłego OO. Marianów, dzieła o. Stanisława Papczyńskiego. W ciągu tego okresu Zakon przechodził różne, często burzliwe, koleje losu.
Po powszechnej kasacie carskiej z 1864 r., Zakon miał możność dźwignięcia się do życia dopiero na początku XX w. Wtedy jednak nastąpiła sytuacja bezprecedensowa. Ktoś, kto zgłosił się jako rzekomy odnowiciel, stał się prawdziwie jego burzycielem. Powstałe na gruzach mariańskiego ścisłego Zakonu nowe Zgromadzenie Księży Marianów, jak na ironię, samo prawie nic prócz nazwy nie przejęło z przebogatej spuścizny o. Papczyńskiego i utrudniało innemu nurtowi odnowy przejęcia i kontynuowania tego dzieła. Tak powstał już nie spór, a formalna walka o to, kto właściwie jest lub powinien być prawnym spadkobiercą dawnego Zakonu.
Nie będziemy tu powtarzać historii tej walki, bo uczyniliśmy to już w pracy, którą należy teraz krótko podsumować.
Praca ta powstała jako próba odpowiedzi na publikację jubileuszową, zorganizowaną w 1973 r. jednostronnie przez Zgromadzenie Księży Marianów. Książka, o której mowa: „Marianie 1673-1973”, wydana w Rzymie w dwa lata później jest poszerzoną wersją referatów i wystąpień z sesji naukowej, zorganizowanej wówczas na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Ani ranga uniwersytetu, ani katolickiego niczego jeszcze nie przesądza, jeśli nie uznaje się w praktyce (a wówczas i w teorii) owego „audiatur et altera pars” .
Ta sama zasada musi być uwzględniona również przy formułowaniu wszelkich dokumentów prawnych, które jeśli ją lekceważą, są dokumentami arbitralnymi i podważalnymi.
Po bezowocnych w ciągu ostatnich 70-ciu lat wycinkowych próbach wyjaśnień własnego stanowiska w myśl zasady: „audiatur et altera pars, zebraliśmy w niniejszej książce całość naszych wystąpień z historią ich reakcji i akcji przeciwnych. Mamy nadzieję, że po tylu latach wzajemnych zmagań ferwor walki na tyle ostygł, że można chyba przedłożyć do spokojnego rozpatrzenia kolejną prośbę o możliwość powrotu do życia tego, co już żyło i rozwijało się przez ponad dwa wieki, a zostało zniszczone w 1910 r. Przy tym na zakończenie tej publikacji chcemy powtórzyć jak najuroczyściej: dosyć już tych gorszących kłótni, spójrzmy spokojnie wzajemnie prawdzie w oczy!
Nie zachodzi alternatywa: „my albo oni”, raczej na czasie jest dziś, wobec ogólnych zagrożeń, idea pojednania i zgody.
Powtarzamy naszą inicjatywę zaniechania przedłużającego się sporu. W Kościele jest wiele pracy, jak w ewangelicznej winnicy i żadne zgromadzenie nie odbierze innemu „chleba” ani pola działania, tym bardziej, że każde jest specyficzne w swoim zakresie.
Polski i maryjny Zakon Biały reaktywowany dziś z całą własną specyfiką, pełnym bogactwem wypracowanych metod i zdobytych przez wieki doświadczeń – z pewnością może nadal być pożytecznym społeczeństwu i Kościołowi i nie uczyni żadnej krzywdy inaczej ubranym współbraciom w słudze Bożym o. Stanisławie Papczyńskim.
