Jeśli masz ciekawe zdjęcia czy teksty, o Papieżu św. Piusie x, skontaktuj się z nami

informacje

Królowa Polski

informacje

Jak w świecie widzialnym, tak i w świecie duchowym drobne nieraz początkowo źródła z biegiem czasu zlewają się w jeden potężny strumień, w ogromną rzekę, której niezmierne łożysko i szumiące fale niosą na sobie kulturę narodów, piastują dobrobyt krain.

Dzieje Polski katolickiej mówią o dwu takich duchowych źródłach, które wytrysły u nas — jedno w XIV wieku, drugie w XVII. Ich fale, idące szeroko i zlane ze sobą z woli Opatrzności, mają stworzyć w Ojczyźnie naszej nową potęgę religijno-narodową, olbrzymiego wprost znaczenia dla duchowej kultury i dobrobytu Polski katolickiej.

Jedno z tych źródeł — to Jasna Góra w Częstochowie ze swym cudownym obrazem Matki Boskiej, drugie — to tytuł Królowej Polski, przyznany Bogarodzicy przez papieża Piusa XI 23 października 1924 roku. Każde z nich z biegiem czasu rosło i potężniało, kształtując swe nurty w coraz większy, życiodajny dla narodu strumień.

Poznajmy szczegółowo ich dzieje — i najpierw zwróćmy wzrok ku Jasnej Górze.

I.

Z początkiem jesieni 1382 roku dwa orszaki królewskie przesunęły się z Węgier drogą na Sącz i Kraków, do Polski. Jeden orszak był wspaniały. Młodziutka królowa Polski, niebawem zaś i Litwy, czternastoletnia Jadwiga przybywała objąć zaofiarowane sobie berło po ojcu Ludwiku węgierskim. A drugi orszak, który dwa miesiące wcześniej tą drogą przeciągał, był bardzo ubogi i skromny. To kilku „białych Ojców” Paulinów udawało się do Częstochowy celem założenia nowego klasztoru. Z wielką ciekawością przyglądano im się w Krakowie, gdy przechodzili, niosąc ze sobą na nową osadę świętą pamiątkę, zabraną z macierzystego domu: Wizerunek Bogarodzicy, piastującej Dzieciątko Jezus na ręku.

Dnia 8 września tegoż 1382 roku stanęli wreszcie Ojcowie u kresu swej podróży. Umieścili obraz w przygotowanym dlań głównym ołtarzu częstochowskiego kościółka. Rzecz cała odbyła się w ciszy zakonnych ścian, przy nielicznym tylko udziale wiernych z pobliskich siół i wiosek. Nikt z obecnych, choćby w ich liczbie znajdował się i sam fundator klasztoru, książę Władysław Opolski, nawet nie przypuszczał, że w tym dniu na Jasnej Górze wzniesiono dla przyszłych wieków i pokoleń tron Królowej wielkiego narodu. Miał on przetrwać trony Piastów. Jagiellonów i po nich przejąć dziedzictwo.

Byłoby zbytecznym opowiadać szczegółowo dzieje Jasnej Góry. Zaraz od początku jakby jakiś głos silny, choć dla ziemskich uszu niedosłyszalny, przemówił stamtąd do serc polskich. Głos ten spotęgował się zwłaszcza od dnia, kiedy około roku 1400 przybyła na Jasną Górę z pokłonem pielgrzymim królowa Jadwiga. Pobożna ta pani, być może w przejeździć z Wielkopolski, tu wstąpiła, a może specjalnie zainteresowała się zakonnikami, ziomkami swymi z Węgier, którzy prawie z nią razem zawitali do Polski, dość, że przybyła na Jasną Górę i ofiarowała śliczny ornat, własnoręcznie haftowany, do skarbca Pani Jasnogórskiej. Nadto złożyła fundusz wieczysty na Mszę św. za dom Jagiellonów i za Polskę. Miała się ta Msza św. z woli ofiarodawczyni odprawiać co dzień o godzinie 6 rano przed cudownym obrazem Bogarodzicy. Jakoż odprawiała się istotnie dzień w dzień przez lat pół tysiąca do roku 1916, przynosząc domowi Jagiellonów trzy berła królewskie — polskie, czeskie i węgierski e — i koronę świętości Kazimierzowi królewiczowi, a Polsce ocalenie w dniach klęsk, niedoli i niewoli.

Odtąd z wolna, ale stopniowo i coraz szerzej, po bożemu, zakreślała Maryja kręgi swego panowania. Jej rządy, które z każdym wiekiem wyraźniej obejmowała, nie noszą na sobie cechy ludzkiej. Nie wpływała na poddanych od zewnątrz, nie narzucała im swego władztwa siłą i przemocą, ale sięgnęła do ich dusz i serc. Nie nakładaniem ciężarów, ale jak Boży Jej Syn czynieniem dobrze tysiącznym rzeszom swych poddanych, utrwaliła pośród nich swe berło. Liczne cuda, jakie poczęły się dziać w Częstochowie, zwróciły powszechną uwagę na klasztor i obraz Maryi Jasnogórskiej.

Jakoż niebawem stało się, że fala kultu Bogarodzicy Dziewicy, tak żywa, potężna i tak żywiołowa, niemal od początku dziejów w duszy narodu, we wszystkich jego warstwach — od najniższych do najwyższych, — popłynęła samorzutnie ze wszystkich dzielnic Ojczyzny ku Jasnej Górze. Siadem pierwszej pątniczki w koronie, królowej Jadwigi, podążył z hołdami król Władysław Jagiełło przed rozprawą grunwaldzką, pospieszyli do stóp tronu Maryi następni Jagiellonowie, podążył naród cały. Jasna Góra stała się sercem, gdzie biły tętna najwznioślejszych uczuć narodu. Zjeżdżały tu kolasy wielkopańskie, kapiące od srebra i złota, pielgrzymowały tu rzesze ubóstwa w siermięgach i łachmanach. Zagęściło się w kraju od wizerunków Częstochowskiej Pani po świątyniach, dworkach, pałacach i chatach, a rycerstwo Jej ryngraf nosiło na piersiach i mieczach. Komuś, kto by od zewnątrz patrzał na rozrost tego kultu Częstochowskiej Panienki, mogłoby się zdawać, że Maryja nie była Nazaretanką, tylko przyszła na świat na Jasnej Górze i tu wypiastowała Syna Bożego, by Go następnie z Polski podać światu całemu.

Aż przyszła pamiętna na zawsze w Polsce noc Bożego Narodzenia 1655 roku. Generał Muller, dowódca Szwedów, którzy zalali cały kraj, po bezskutecznym, miesięcznym oblężeniu Jasnej Góry, pobity musiał uchodzić z pod murów Częstochowy. „Najświętsza Panna — zeznają oficerowie szwedzcy z armii Mullera: Jerzy Lichner i Arentius Lukman — obłoczystym przyodziana płaszczem klasztorne mury obchodziła, na której spojrzenie wielu naszych padało martwych, tak, że kiedy wychodziła, musieli twarz spuszczać i zakrywać oczy”. To też nic dziwnego, że „Częstochowę, klasztor mało obronny, otoczony małym wałem i czterema basztami, który by Francuzi wzięli dwa razy w 24 godzinach, Szwedzi po sześciu tygodniach porzucili beznadziejnie”.

I ta jedna noc Bożego Narodzenia 1655 r., jeśli nie dała, to zapewniła Maryi Jasnogórskiej po wszystkie wieki tytuł Królowej Polski. Odkąd bowiem sztandar zwycięstwa załopotał triumfalnie na basztach Jasnej Góry, w całej Polsce zbudził się wprost olbrzymi poryw serc ku Częstochowskiej Pani. Każdy widział i rozumiał, że to Ona władczą dłonią podjęła wówczas i ocaliła z „potopu” polityczny byt Polski. Huk dział na wałach klasztornych obudził sumienie w narodzie, wskrzesił śpiące siły, niewiarą obezwładnione i dał hasło do powszechnego, zwycięskiego powstania. Król Jan Kazimierz, przebywający na Śląsku, mógł powrócić do kraju. I dnia 1 kwietnia 1656 r., w katedrze lwowskiej złożył swe śluby królewskie, pozdrawiając uroczyście po raz pierwszy Matkę Boga jako „Królową Polski”. A choć tego aktu dokonał we Lwowie, cały naród czuł i wiedział, że tron Królowej Korony Polskiej znajduje się na Jasnej Górze. Kler, lud, możni, królowie wszyscy — z wyjątkiem ostatniego Stanisława Augusta, który do Woltera listy pisywał, a na Jasną Górę zajrzeć nie raczył — wszyscy garną się ku Niej. A gdy nastąpiły koronacje cudownego obrazu, pierwsza w 1717 roku, a zwłaszcza powtórna w 1910 r. koronami przysłanymi przez papieża Piusa X., wówczas we wszystkich sercach było jedno uczucie i przekonanie, że naród koronuje swą Królową. To też mimo kajdan niewoli na cały kraj od stóp klasztoru rwała się pieśń ogromna, serdeczne wołanie:

— Królowo Polski — módl się za. nami!

II.

Zachodzi pytanie, skąd się wziął w Polsce ten tytuł? Czy wytrysnął z duszy narodu samorzutnie w czasie, gdy mu zabrakło własnych królów ziemskich?

Bynajmniej. Tytuł Królowej Polski, jak już stwierdziliśmy wyżej, istniał przed rozbiorami. Zjawił się w okresie największej świetności i rozwoju naszej Ojczyzny, gdy jej orły pod Żółkiewskim trzepotały się na basztach Moskwy, a wypłynął najpierw nie tyle z duszy narodu, ile — rzęchy można — z duszy i serca samej Najświętszej Dziewicy. Tytuł ten — został przez Nią objawiony.

Gdzie, kiedy i komu?

Na to odpowiada historia: W pierwszych latach XVII wieku, między 1612—1618 rokiem, we Włoszech — w Neapolu — w domu 00. Jezuitów, zakonu, niepodejrzanego o egzaltację wyobraźni, bo go cechuje trzeźwość i krytycyzm.

Rozpatrzmy szczegóły tego objawienia. Kto je otrzymał?

Był nim X. Juliusz Mancinelli T. J., świątobliwy zakonnik, wsławiony darem proroctw, licznymi cudami i objawieniami od Boga. Po długoletnich pracach apostolskich na Wschodzie, powrócił do Włoch i zmarł w opinii świętości dnia 14 sierpnia 1618 r. w mieście Neapolu. Pośród licznych objawień jego było i to, o którym mówimy. Rzeczywistość jego stwierdzają świadkowie, o których wiarygodności wątpić nie mamy powodu.

Opowiada więc najpierw Książę Albrecht Stanisław Radziwiłł, kanclerz W. Księstwa Litewskiego, w 4 rozdziale swej książki, dwakroć wydanej (1635 i 1650 r.) w Krakowie pod tytułem: „Dyszkurs nabożny z kilku słów o wysławieniu Najśw. Panny Bogarodzicy Maryej.

„Był zakonnik świątobliwy, któregom ja znał, Societatis Jesu, w Neapolu „mieście włoskim, imieniem Juljus Mancinelli, ten tak się podnosił w bogomyślności, y w dziwnych rozmyślaniach, osobliwie ku Najśw. Pannie, że też często z Nią rozmawiał y cieszył oczy swoje widzeniem, jakie na tym placu niedoskonałości być mogło. Raz rozpalony będąc miłością duchowną y chcąc ją nazwiskiem do serca iey przypadającym nazwać, pytał, jakimby tytułem poćcić mógł, otrzymał respons od Maryey: zów mię Królową Polską”.

Usłyszał zatem odpowiedź z ust Maryi: „Nazywaj Mię Królową Polski!”.

W sto lat później pisał o tym samem zdarzeniu Ks. Jan Poszakowski T. J. z okazji dwóchsetnej rocznicy potwierdzenia zakonu. W jego „kalendarzu jezuickim większym” pod dniem 14 sierpnia czytamy o zmarłym w tym dniu ks. Juliuszu Mancinellim, że „litanię mówiąc usłyszał od Najśw. Panny: „A czemu Mię Królową Polską nie zowiesz, bo ja to królestwo wielce kocham dla osobliwego ku mnie nabożeństwa”.

W obu opowiadaniach spostrzegamy pewną różnicę w szczegółach. Nic w tym dziwnego. Książę Radziwiłł pisał jako bezpośredni świadek wkrótce po dokonanym objawieniu i może miał relacje od ks. Juliusza Mancinelliego, którego znał osobiście, a ks. Poszakowski pisał po upływie lat stu. Ich opowiadania zresztą tylko się uzupełniają. Lecz obaj nie podają szczegółów co do miejsca i czasu objawienia. Wtedy bowiem ludzie nawet bardziej uczeni byli jak dzisiejszy, przeciętny człowiek. Byle miał rzecz samą w ręku, niewiele się troszczy o to, skąd i kiedy ją otrzymał. Zanotowanie okoliczności było obowiązkiem samego uczestnika objawienia. I on to uczynił.

Tytuł bowiem, objawiony mu przez Najśw. Dziewicę, był zbyt wyjątkowy, żeby nie zwrócił na siebie jego uwagi i to w okresie sławy i potęgi naszej ojczyzny, gdy jej imię znano szeroko i poważano w Europie. Przy tym trudno było pokrywać fakt objawienia wobec Polaków, których ks. Mancinelłi znał wielu, nie tylko Księcia Radziwiłła. Między młodą prowincją jezuitów polskich a Rzymem panowały wówczas nader żywe stosunki. Sam ks. Mancinelłi utrzymywał korespondencję z jezuitami, mieszkającymi przy kościele św. Barbary w Krakowie i przysłał im w 1603 roku cierń z korony Chrystusa. Czemuż by któremu z nich nie miał powierzyć objawionego sobie tytułu Królowej Polski?

Jakoż znalazł takiego powiernika i doniósł mu listownie o treści swego objawienia. Był nim sławny naówczas i do dziś jeszcze asceta ks. Mikołaj Łęczycki T. J., z zażartego kalwinisty gorliwy kapłan, jeden z tych, o których już za życia mówi się: „święty”.

Listu samego dziś nie posiadamy, łatwo mógł zaginąć w niespokojnych czasach wojen szwedzko-kozackich, ale że go ks. Łęczycki miał u siebie i treść jego rozgłosił pośród współbraci zakonnych, na to są dowody. Autor życiorysu ks. Łęczyckiego, ks. Balbinus T. J., Czech rodem, pisze, że na własne oczy list oglądał. Jeśli więc czeskiemu jezuicie, tym więcej Polakom dał ks. Łęczycki list ów do przeczytania. W ich liczbie był prawdopodobnie i głośny kaznodzieja, ks. Tomasz Młodzianowski TJ. W jednym z kazań głoszonych w Poznaniu, wkrótce po szwedzkim potopie, tak mówi: „Szła na chocimską wojnę Bogarodzica Panna, gdy się pod ten czas Królową Polską nazwała — i wygraliśmy. Szła i na tę wojnę szwedzką, kiedy na prośbę zwycięsko panującego dziś Jana Kazimierza w kościele naszym lwowskim jegomość ks. Legat w litaniach trzy razy te słowa położył: Regina Poloniae, ora pro nobis! — Królowo Polski, módl się za nami!”.

Wojna chocimską, na którą — według ks. Młodzianowskiego — poszła Bogarodzica już jako Królowa Polski, gdyż „pod ten czas się Nią nazwała” — to wojna z roku 1621. „Pod ten czas” nie mogło być później, jak w roku 1618, gdyż w tym roku 14 sierpnia w wigilię Wniebowzięcia umiera ks. Mancinelli, a nie dalej, jak w roku 1612. Dlaczego? Ponieważ jest to rok śmierci ks. Piotra Skargi TJ. Jeśli bowiem ks. Młodzianowski w kazaniach o tym tytule wspomina, to jakiej by pieśni nie wyśpiewał o Królowej Polski ten, który w jednym kazaniu o Marii wołał: „Obym mógł tej Przenajświętszej Matce nową jaką pieśń na Jej pochwałę wymyśleń i jakobym ją słodko śpiewał ze wszystkimi aniołami, wybranymi i wszystkim na świecie kościołem bożym!”

Zatem najprawdopodobniej między rokiem 1612—1618 objawiony, począł się szerzyć nowy tytuł Maryi najpierw w czci prywatnej po domach i kościołach jezuitów polskich, popularnego wówczas i wpływowego zakonu. Ale już po 50 latach wypłynął na szeroką widownie dziejów Polski, dzięki Jasnej Górze.

III.

Po bohaterskiej obronie Częstochowy król Jan Kazimierz powrócił do kraju. Przedostawszy się przez Tatry, skierował się do niezajętego Lwowa, a idąc za radą Stolicy Apostolskiej, za głosem w Polsce panującej wiary w orędownictwo Najśw. Maryi Panny i Jej opiekę szczególną nad narodem, postanowił w Jej błogosławione a przemożne ręce złożyć Koronę narodu.

„Dnia tedy 1 kwietnia 1656 r., który przypadł na sobotę, w oktawę Zwiastowania Najśw. Panny, udał się król do kaplicy na cmentarzu kościoła katedralnego, do wizerunku Najśw. Panny Łaskawej, razem z senatorami i z uroczystą okazałością, w przytomności wszystkich stanów, bractw kościelnych i całej ludności Lwowa, wziąwszy z tej kaplicy obraz Najśw, Panny pięknie przystrojony, odprowadził go procesjonalnie do kościoła i przed wielkim ołtarzem umieścić kazał. Wotywę odśpiewał przy nim nuncjusz papieski Piotr Vido, biskup Lodi, po czym nastąpiło kazanie do takiej uroczystości zastosowane. Po nabożeństwie i przyjęciu Ciała i Krwi Pańskiej, przystąpił król z senatorami do wielkiego ołtarza i przyklęknąwszy na pierwszym stopniu przed obrazem Matki Boskiej, taki ślub odczytał:

— Wielka Boga-Człowieka Matko, Najświętsza Dziewico! Ja, Jan Kazimierz, za zmiłowaniem Syna Twego, Króla królów, Pana mojego i z Twego miłosierdzia król, do przenajświętszych stóp Twoich upadłszy, Ciebie za Patronkę moją i za Królową państw moich dzisiaj obieram i siebie i królestwo moje Polskie, i Księstwo litewskie, ruskie, pruskie, mazowieckie, żmudzkie, inflanckie, smoleńskie, czernichowskie, jako też wojsko obydwóch narodów i wszystek lud Twojej szczególniejsze’ opiece i obronie polecam, a Twej pomocy i miłosierdzia w tym opłakanym, zamieszanym królestwa mego star le przeciw nieprzyjaciołom św. rzymskiego Kościoła pokornie wzywam.

— A ponieważ największymi dobrodziejstwami Twymi związany, pałam waz z narodem moim gorącą chęcią wstąpienia w nową służbę u Ciebie, przeto przyrzekam Ci i Synowi Twemu, Panu Jezusowi Chrystusowi, w moim, senatorów i ludów moich imieniu, Że z wszelką usilnością będę szerzył w ziemiach Królestwa mego cześć i nabożeństwo dla Ciebie. Obiecuję wreszcie i ślubuję, że skoro tylko za przemożnym Twoim pośrednictwem i Syna Twego wielkim zmiłowaniem, nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie nad Szwedami, odniosę zwycięstwo, — u św. Stolicy Apostolskiej wyjednam, aby dzień dzisiejszy na podziękowanie Tobie i Synowi Twemu po wieczne czasy był obchodzony i święcony i dołożę z biskupami moimi starania, aby te śluby i ludy moje wypełniły.

Gdy zaś z wielkim bólem serca wyraźnie widzę, że za łzy i ucisk włościan Syn Twój, Sędzia Sprawiedliwy, smaga Królestwo moje w ostatnim siedmioleciu powietrzem, wojnami i innymi klęskami, przeto przyrzekam i ślubuję, że po przywróceniu pokoju wraz ze wszystkimi stanami wszelkich użyję środków celem odwrócenia dalszych nieszczęść i postaram się, aby lud w moim królestwie od wszelkich obciążeń i niesprawiedliwego ucisku, uwolnić.

Spraw i to, Najmiłosierniejsza Pani i Królowo, i uproś łaski Twego Syna, abym zdołał wypełnić te śluby, do których mię, senatorów i stany królestwa mojego natchnęłaś”.

Po królu biskup przemyski, Andrzej Trzebicki, podkanclerzy koronny, w imieniu wszystkich stanów Rzeczpospolitej, „takiż dosłownie ślub uczynił; po czym obraz cudowny najbogobojniej z nachyloną głową uszanowawszy, ucałował król krucyfiks, a po nim wszyscy senatorowie i każdy złożywszy jakąś dowolną ofiarę, na swoje miejsce powrócił”.

Po nabożeństwie ruszył król z procesją do pobliskiego kościoła OO. jezuitów, gdzie nuncjusz przystąpił do publicznego odmówienia litanii loretańskiej. Doszedłszy do jej końca, nagle się zatrzymał. I to zamiast „Baranku Boży” usłyszeli zebrani w świątyni wezwanie niezwyczajne. „Regina Poloniae! — zawołał nuncjusz — „Królowo Polski” — i po trzykroć głos podnosząc powtórzył wezwanie. Niezwykłe drżenie radości musiało przebiec serca obecnych, gdy chórem po trzykroć odpowiadali nuncjuszowi: „ora pro nobis — módl się za nami!”

Tak po raz pierwszy w murach kościoła Towarzystwa Jezusowego powtórzyła Polska przez usta swych przedstawicieli to nowe Imię, jakiem Królowa Niebios nazywać się kazała — jednemu z kapłanów tegoż Towarzystwa.

Lecz jednorazowe wezwanie w litanii, choćby najuroczystsze, nie było jeszcze coroczną uroczystością, zatwierdzoną i powołaną do życia przez Stolicę Apostolską, której Zbawiciel powierzył klucze Swej władzy nad wszystkimi dziedzinami życia jednostek, społeczeństw, narodów i ludzkości całej. Co prawda w pięćdziesiąt lat potem 8/lX 1717 r. ukoronowano uroczyście skroń Maryi Jasnogórskiej — po raz pierwszy na ziemiach Polski — w tym przeświadczeniu, że naród koronuje swą Królową, ale jeszcze daleko było do pełnego wykonania ślubów Jana Kazimierza. Nie było święta dorocznego Królowej Polski, nie było rozciągnięcia Jej władzy na wszystkie zagadnienia życia państwowego i społecznego w Polsce, by je ułożyć w duchu ewangelii, nie wykonywano zwłaszcza drugiej części ślubu, że wszelki ucisk poddanych i ciężary niesprawiedliwe znikną z oblicza Polski, jako królestwa Maryi. Jeszcze dziś całkowite wykonanie tego ślubu jest pieśnią przyszłości, jak to stwierdził J. E. ks. Arcybiskup lwowski Teodorowicz ob. orm. w swym kazaniu na kongresie Mariańskim w Krakowie 12 kwietnia 1931 r.

W ślubowaniu swym przyrzekał król, że niesprawiedliwość i ucisk, bezprawie i bezrząd z królestwa jego wygnane będą. Te ogólne zasady sprawiedliwości państwowej zostały w ślubowaniu Królewskim złączone i sprzęgnięte uroczystą przysięgą, że krzywdy i ucisk ludu wiejskiego będą naprawione. W ślubowaniu Jana Kazimierza wyraża się cały ideał chrześcijańskiego państwa.

Przez dwieście blisko lat od chwili złożenia ślubów przez króla Jana Kazimierza, nawet czołowe jednostki, tak pośród duchowieństwa, jak i katolików świeckich, nie zdawały sobie z tego sprawy, czym są te śluby w całej swej rozciągłości pod względem społecznym, politycznym i religijnym. Dopiero gdy na barki narodu spadło jarzmo stuletniej niewoli, gorętsze serca patriotów zadrżały. Widząc, że wszystkie próby i rachuby ludzkie na odzyskanie wolności kończą się klęską i krwi rozlewem, zwrócili oczy swoje w niebo. Od Królowej Polski poczęli wyglądać ratunku.

I jakby idąc za tradycją wiekową, pierwszy Lwów, a obok niego i Przemyśl przypomniały sobie śluby królewskie. Pod zaborami, nie mając samodzielności państwowej, ograniczono się na razie do kościelnej części przysięgi Jana Kazimierza, pozostawiając na uboczu jej część społeczno-polityczną. Poczęto czynić starania o zatwierdzenie przez Stolicę Apostolską kościelnej uroczystości Królowej Polski. Arcybiskupi lwowscy, Seweryn Morawski, a po nim Józef Bilczewski i następca Andrzeja Trzebickiego, tego co pierwszy po królu śluby czynił, biskup przemyski Józef Sebastian Pelczar, uzyskali od Stolicy Apostolskiej dla swych diecezji zatwierdzenie uroczystego święta Królowej Korony Polskiej. Papież Leon XIII zgodził się na zaprowadzenie tego święta we wspomnianych diecezjach 1902 roku. Po czym już tytuł „Królowej Polski”, mimo zaborów i cenzur zaborczych, począł coraz śmielej i częściej odzywać się w świątyniach i w świecie.

Wyrażenia „Królowa Korony Polskiej” użył po raz pierwszy papież Pius X d. 5 maja 1904 roku podczas uroczystej audiencji, udzielonej pielgrzymce polskiej, z arcybiskupem Bilczewskim na czele. Ten sam papież dekretem z dn. 28 listopada 1908 r. oddał Polskę w szczególniejszą opiekę Najśw. Panny i zezwolił na wzywanie w litanii loretańskiej wezwania: „Królowo Korony Polskiej — módl się za nami!”

W roku 1920, przed najściem bolszewików, na prośbę biskupów polskich, zebranych u grobu św. Wojciecha, papież Benedykt XV włączył tę inwokację do litanii publicznej. Wreszcie po wspaniałym zwycięstwie nad bolszewikami, nazwanym „Cudem nad Wisłą”, 1920 r. biskupi polscy podjęli starania 1921 r. o uznanie uroczystości Królowej Polski, jako święta kościelnego dla całego kraju. Pius XI papież, przychylając się do przedłożeń episkopatu, dnia 12 listopada 1923 r. przeniósł uroczystość Królowej Polski z pierwszej niedzieli maja, na dzień uroczystości narodowej 3 maja, a w październiku następnego 1924 roku dzień ten podniósł do godności święta kościelnego.

Na pierwsze to święto, uznane przez Stolicę Apostolską, dnia 3-go maja 1925 roku, popłynęły wielotysięczne rzesze polskie z biskupami na czele do stóp tronu swej Królowej — na Jasną Górę. A panie polskie złożyły Maryi berło królewskie w darze, z korną modlitwą, aby nim nie pogardziła, lecz silnie ujęła w tych czasach zamętu — i głów, i serc i sumień — w błogosławione ręce Swoje.

IV.

W ten sposób część kościelna ślubu została spełniona. Królowa niebios została Królową Polski. Ale to jeszcze nie koniec. Do całkowitego wypełnienia ślubu pozostaje rzecz daleko trudniejsza od uzyskania tytułu i osobnego święta w kościele. Należy doprowadzić stosunki państwowe Polski do takiego stanu, żeby można powiedzieć o niej: Polska katolicka.

Tę myśl, tak wyraziście uchwyconą ostatnio przez J. E. ks. Arcybiskupa Teodorowicza, nie bardzo jeszcze ogół Polaków rozumie. W ubiegłym wieku tylko dusze głębsze ją pojmowały i szerzyły jej znajomość wśród swoich. Dwa głównie nazwiska podkreślić tu trzeba. jedno — nazwisko kapłana-patrioty, wielkiego duchem i czynem, ks. Bronisława Markiewicza, a drugie — wieszcza narodowego Zygmunta Krasińskiego. Obaj wychodzili z tego założenia, że Polska, która się szczyci posiadaniem Królowej nieba jako Królowe swojej, musi czynami dziejowymi swych synów i córek doróść do tej niebiańskiej wysokości.

Ks. Bronisław Markiewicz od lat najmłodszych przylgnął sercem calem do tej idei. Najpierw sam uwielbiał Bogarodzicę, jako Królową Polski i otoczeniu swemu tak Ją nazywać zalecał, tak ją czcić i wielbić kazał. W ufundowanym przezeń Zakładzie dla sierot opuszczonych w Miejscu Piastowem — w ołtarzu kaplicy zakładowej — widnieje Maryja, jako Królowa Polski. U Jej stóp rozwijał się Zakład, u Jej stóp powstawało także Zgromadzenie św. Michała Archanioła, jakie ks. Markiewicz powołał do życia. Szerzenie kultu Królowej Polski w diecezji przemyskiej było w znacznej części jego także zasługą. Lecz obok tego kultu, pojętego w myśl Kościoła, rozrastał się w jego pismach, w jego przemówieniach, także kult Królowej Polski, pojęty w myśl politycznych potrzeb i przyszłych zadań Polski Wolnej. Mówił, pisał i nalegał, nieraz gwałtował słowem i pismem, by jego współcześni to zrozumieli, że Królowa Polski musi mieć pod swym berłem kraj, co rządzi się ewangelią, dekalogiem, sprawiedliwością, że przede wszystkim pod królewskim płaszczem Pani niebios nie mogą pozostać bez opieki najnieszczęśliwsze istoty pod słońcem — dzieci, sieroty opuszczone. Trzeba by tu niemal przepisać połowę jego dzieł, chcąc uwypuklić szerzenie tej właśnie idei królestwa Maryi w Polsce. Pół wieku z górą nad tym pracował i odszedł od nas — po części jednak zrozumiany, bo tylko przez bardzo niewielu.

Drugi, Zygmunt Krasiński tę samą ideę podawał w obsłonach poezji. Przyszedł ze swym poselstwem w samą porę. W połowie bowiem zeszłego wieku Polska ujrzała się w upadku, w rozbiorach pod trzema zaborami, pogrzebana — zdawało się — na zawsze. Wszędzie ogromne było przygnębienie. Tylko grób i żadnej nadziei.

Wówczas nagle stała się rzecz niesłychana. Wśród ogólnego zwątpienia powstał potężny duchem i wiarą człowiek i zanucił hymn przewspaniały Zmartwychwstania narodu w swym „Przedświcie”. Lękano się wierzyć, niemal czytać o tym, ale czar porywał — czytano.

I za przewodem wieszcza ujrzano się nad brzegiem jezior włoskich w kraju, gdzie Najśw. Dziewica kazała się nazywać Królową Polski. I na głębinie tych, gwiezdnych szafirów ujrzano Ją samą — Zjawioną Polsce całej — Zmartwychwstałej Polsce. — Ona wiedzie drogami niebios ku chwale wszystkie duchy Polaków, wszystkie stosunki w narodzie, Ona — Królowa Polski. — Przedmowa „Przedświtu” tłumaczyła dokładniej polityczną myśl wieszcza, a poemat żywymi barwami tę zjawę malował…

Patrz! Z błękitów i szkarłatów

Już otacza Ją przesłona!

Na tle pereł, na tle z kwiatów

Diamentowa lśni korona.

W krzyż na piersiach zwarte dłonie.

Złote gwiazdy na Jej łonie.

Czy poznajesz ty, kto Ona?

Witaj! witaj! To Królowa!

Po swym ludu długo wdowa.

A dziś wraca w tej koronie,

Którą w polskiej Częstochowie

Niegdyś dali — Jej ojcowie

I tych ojców przez te tonie

Patrz! — prowadzi…

Tak, prowadzi. Przeprowadziła Polskę przez otchłań dziejową rozbiorów i prowadzić pragnie na wiek Ale dusze i serca wszystkich Polaków przy Niej uszeregować się muszą. Całym życiem swoim – prywatnym i publicznym — iść. muszą w Jej ślady, dążyć nieustannie w myśl wskazań Kościoła — za Królową Polski.